czwartek, 29 października 2015

Rozdział 27

Lena
Martwiałam się o Mordreda i Imrego. Zniknęli gdzieś bez uprzedzenia i nie wiadomo co się z nimi działo. No i dochodzi jeszcze Nel. Nie widziałam jej pod pokładem ani gdy wracaliśmy. Coś mi tu nie grało i musiałam dowiedzieć się co to było. Wciąż miałam jakieś złe przeczucia, na pewno coś się złego stało. Ohhh. Czemu ja jestem taka bezradna, nic nie mogę zrobić. Nie mogę nikogo uratować, gdyiu jest w niebezpieczeństwie, bo sama wpadam w nie. I to właśnie jest najgorsze w byciu nową mną.
Gdy mój kuzyn wrócił był bardzo blady i nie odezwał się ani jednym słowem do mnie, gdy nie było ni jednej możliwości, aby mnie nie zauważyć. Trochę się na niego zdenerwowałam, ale po chwili opanowałam gniew, który nie miał prawa mną zawładnąć. Chłopak poszedł do kuchni, a ja niestety byłam głodna w tym samym czasie co on, gdyż nie było jeszcze obiadu.
Wzięłam żarcie z lodówki, którym było masło orzechowe, lody no i jeszcze posypka, którą akurat wzięłam z szafki znajdującej się nieopodal, a następnie usiadłam obok Mordreda. Usiłowałam z niego coś wycisnąć, ale jakoś niespecjalnie się dawał. Jakbym gadała do muru.
- Hej Mordred, czy ty mnie w ogóle słuchasz? - zadałam pytanie, na które nie dostałam zbyt obiecującej odpowiedzi.
- Yhym. - to było wszystko co od niego usłyszałam.
- A może będziesz łaskaw mi powiedzieć co się stało, że jesteś blady jak ściana? - odpowiedziała mi pustka - Haaaalooo - pomachałam mu ręką przed oczyma, ale nie dostałam żadnej reakcji - Człowiekuuuu!! - nic nie powiedział i w tym momencie pękłam. Wzięłam dzban wody ze stolika i wylałam mu ją na łeb.
- Kobieto, weź się ogarnij!!!!!!!
- Odpowiesz w końcu na moje pytania czy nie!!!
- Nel nie żyje! Jeżeli to chciałaś usłyszeć to teraz pozwól mi odejść. - powiedział teraz spokojniejszym tonem, a wypowiedziawszy te słowa, wyszedł.
Byłam w ogromnym szoku. Jedyna osoba, której ufałam na tyle by powiedzieć prawdę o sobie, nie żyje. Nie potrafiłam sobie wyobrazić martwego ciała przyjaciółki, leżącego na białym posłaniu w trumnie. Sama próba wywołania tego widoku, sprawiała, że chciało mi się tylko płakać i krzyczeć na całe gardło żeby nie zostawiała mnie samej w tym mitologicznym świecie bogów. Przyswojenie myśli, że kolejna bliska mi osoba zmarła, przyprawiało mnie o dreszcze i złe odczucia. Sprawiało, że chciałam wybudować wokół siebie wielki mur i nikogo nie wpuszczać do środka ani też samej nigdzie wygodzić. Chciałam odizolować się od wszystkich istniejących światów i pozostać w bezdennej nicości. Czarnej dziurze. Po prostu pustce, której nikt nie miał prawa wypełnić. Pragnęłam zatracić się w niej na zawsze i być niewidzialną, by nikt nigdy, ale to przenigdy, nie mógł mnie zauważyć. Ponownie czułam się opuszczona przez cały świat. Było tak, jakby ludzie i bogowie nie istnieli oraz zostawili mnie samą jak palec na tym padole, gdzie panuje tylko smutek, żal i rozpacz. Zero pozytywnych uczuć. Jedynie żal, który wypełnia mnie całą od środka i nie zostawia nic co mogłoby należeć do jakiegokolwiek człowieka. Zostawia tylko bezduszne ciało albo też ciało z duszą, która powoli upada pożerana przez ciemność.
Nastał mrok przed mymi oczyma i nie było już nic na czym mogłam się oprzeć. Osunęłam się na podłogę.

Mordred
Znalazłem Persefonę nieprzytomną w kuchni. Jej twarz wyglądała tak blado, niczym biała róża. Zaróżowione rozchylone usta ukazywały białe jak śnieg zęby. Klatka piersiowa poruszała się, a dziewczyna swobodnie oddychała, ale nie mogłem, a raczej nie dałem rady jej wybudzić. Była niczym Śpiąca Królewna z bajki o tym samym tytule, którą budził książę namiętnym pocałunkiem. Ja nie zamierzałem posunąć się do aż tak radykalnego kroku.
Zaniosłem kuzynkę do jej pokoju i ułożyłem jej ciało na łożu z baldachimem. Ponownie spróbowałem ją wybudzić, ale bez żadnych rezultatów. Po kilku chwilach poddałem się i po prostu ją obserwowałem. Była taka piękna jak spała. To był widok zapierający dech w piersi. Mogłem na nią tak patrzeć godzinami, ale miałem świadomość, że nie powinienem tego robić.
Postanowiłem, że wezwę Hadesa, aby mi pomógł wybudzić ją z tego dziwacznego snu. Miałem przynajmniej taka nadzieję.
Gdy ojciec przyszedł, zaczął robić coś ze swoimi rękoma, co nie przypominało mi niczego. Następnie postawił diagnozę.
- Synu, jest naprawdę źle. Persefona zapadła w śmiertelną śpiączkę, która nie oznacza śmierci, a wieczny sen. Jak na razie niewiele mogę jej pomóc, ale będziemy musieli znaleźć jakieś rozwiązanie żeby ją wybudzić, bo jak nie to będzie z nami naprawdę kiepsko.
- Ile mamy czasu, aby znaleźć rozwiązanie?
-Niewiele. Góra 2, a 3 dni to już max. 
- Okej
Te wieści mną tak wstrząsnęły, że przez chwilę nie wiedziałem na jakim świecie żyję. Dzisiaj umarła Nel, a teraz jeszcze tracę możliwie najważniejszą osobę w moim życiu. Tak, właśnie zrozumiałem co czuję do swojej kuzynki. Zależy mi na niej cholernie mocno i nie pozwolę jej sobie odebrać. Nie wiedziałam za co bogowie mnie tak karzą by od razu zabierać mi sens mojego życia. Chyba chcieli żebym pogrążył się całkowicie albo, żebym upadł jak te anioły, o których ludzie tak często czytają, a to kompletne wymysły.
Poszedłem do biblioteki z nadzieją, że odnajdę w tych bazgrołach coś, co pomoże mi wybudzeniu mojej, być może, przyszłej dziewczyny. Przecież w tak wielkim zbiorze ksiąg powinno być coś napisane o tym "śmiertelnym śnie", który może sprawić, że każdy bóg się czegoś boi. Tyle bazgrołów, a dopiero w jednej księdze odnalazłem frazę "wieczny sen", co odrobinę mnie ucieszyło, choć nie powinno, gdyż niczego tak naprawdę nie byłem pewien, nawet tego, że ona kiedykolwiek się obudzi. Jedyne co mi pozostało to nadzieja, której nie mogłem utracić wraz najpiękniejszą boginią świata. To co powstrzymywało mnie od zrobienia czegoś głupiego, było u kresu wytrzymałości, czyli moje serce. Biło coraz szybciej ze strachu, że ją stracę.
Jedna z ksiąg zwała się "Pasjonująca śmierć". Tytuł zawał niezłego stracha, ale skusiłem się do przeczytania skrawka tekstu. Zerknąłem na kilka pierwszych zdań, które zachęciły do dalszego czytania woluminu. Tekst brzmiał zupełnie jak przepowiednia. "Klątwę okrutną rzuciła ta, która swego brata poświęciła. W imię miłości wszystko porzuciła. Kochanek miłości nie odwzajemniał później więc jego przyszłą żonę ukatrupiła, a swoje własne dzieci zabiła. Próbowała wkupić się w łaski innego męża, lecz ten też poznał się na niej. Na samym końcu historii życia, swą prawdziwą miłość znalazła Madea, ta która zaznała szczęścia u boku Achillesa, wielkiego woja. Klątwa ta ma być przypomnieniem, że tylko prawdziwa miłość życia będzie ocaleniem ", ale to bardziej brzmiało jak streszczenie jakiegoś mitu, którego do tej pory nie znałem. Pomyślałem, że może poszukam czegoś więcej na temat Madei w internecie, który oczywiście nie jest dostępny w Podziemiach, a to oznaczało, że muszę udać się na Olimp.


Nel
Odkąd zapadła wokół mnie namacalna ciemność i ten okropny stan nieważkości poczułam się tak lekka, jakbym straciła sporo na wadze. Nie, wróć, jakbym straciła ciało! Tak, to było to. Czułam się jakbym nie miała żadnych kości, ani mięśni. Tylko myśl o nudnej wieczności. Gdy tak szybowałam myślami w powietrzu pośród mroku widziałam przeróżne wspomnienia, które tak jak czasami Mordred wyłaniały się z czarnej mgły. Na początku pokazał mi się obraz taty. Pomimo iż nie miałam ust uśmiechnęłam się na widok tego wspomnienia. Było to jedno z moich pierwszych wspomnień, które pamiętałam. Zaraz po tacie, mignęło mi kolejne wspomnienie. Dotyczyło ono Sebastiana, a właściwie jego narodzin. Poczułam skurcz w sercu, którego tak jak ust już nie posiadałam. Co się z nim stanie? Jak zareaguje na wieść, że jego siostra nie żyje, że został sam. Jedyną rodziną jaką obecnie posiadał była jego chrzestna. Tak zatraciłam się w rozmyślaniu nad bratem, że nie zauważyłam wspomnienia, którym było zamknięcie mnie w piwnicy. Ku mojemu zdziwieniu we wspomnieniach nie było mojej matki. W żadnym! Był tylko tata i Sebastian. Później z mgły wyłoniła się para intensywnie turkusowych oczu, których znałam już na pamięć. Tak więc doszłam do momentu spotkania Imrego. Jak zawsze był oszałamiający. ,,Teraz po raz ostatni się widzimy" przeleciało mi przez głowę. Poczułam, że zaraz się rozpłaczę. Następnym wspomnieniem był pobyt na Olimpie. Taniec z Marco, drzemka w jego szafie, ofiarowany przez niego naszyjnik z kryształem. No właśnie! Naszyjnik! Boże ... Czy Persefona znaczy się Lena o nim pamięta? Czy uda jej się odkryć kto zostawił tą wiadomość? Ech, znów zatraciłam się nad rozmyśleniami, a w tym czasie pojawiło się moje drugie spotkanie z Danielem. I znów uderzył we mnie potok myśli.
Gdy ten niezwykły spis mojego życia się skończył ponownie nastały ciemności. Poczułam lekki podmuch, który skierował mnie w prawą stronę. Poruszałam się! To była naprawdę przedziwne uczucie. W ogóle nie miałam kontroli nad wyborem kierunku, w który chciałabym się udać. A z resztą na co mi poruszanie się gdziekolwiek? Przecież umarłam ... Aż na me usta, których mi brak ciśnie się tekst piosenki Elektrycznych Gitar: ,,To już jest koniec, nie ma już nic (...) " (http://www.tekstowo.pl/piosenka,elektryczne_gitary,to_juz_jest_koniec.html).
Podczas, gdy mych myśli jak nóż nie przecinały myśli nad bliskimi i znajomymi zdołałam odkryć, że w tej ciemnicy nie jestem sama. Nad i pode mną też unosiły się jakieś postacie. Nie widziałam ich, ale potrafiłam wyczuć ich obecność. Czasami ktoś się zbliżał na wyciągnięcie ręki, a innym razem znikał z mojego pola ,,czucia".
W końcu stało się coś dziwnego! Odczułam to jakbym stała na scenie skąpanej w mroku i nagle tuż nad moją głową zapalił się reflektor, który oświetlał całą moją osobę.W każdym razie światło mnie oślepiło i przez jakiś czas niczego nie dostrzegałam, lecz czułam, że powoli unoszę się do góry. Gdy wreszcie moje oczy przyzwyczaiły sie do rażącego światła zauważyłam, że znów mam swoje ciało. Widziałam swoją poplamioną krwią bluzkę oraz brudne szorty. Chciałam dotknąć mej szyi, by sprawdzić, czy rana sie zagoiła, lecz nie miałam czucia w żadnych kończynach. Gdy wreszcie stanęłam na jakiejś polanie poczułam błogi spokój. Jakby wielkie niebezpieczeństwo minęło. Powoli rozejrzałam się dookoła i dostrzegłam ludzi. Byli przedziwnie ubrani! Jedni w starożytne togi, inni w królewskie szaty, a jeszcze inni bardziej współcześnie. Wszyscy byli zdziwieni,a jednocześnie sprawiali wrażenie zadowolonych z mojego przybycia. Z tłumu otaczających mnie postaci wyłoniła się dziewczyna w olśniewająco białej greckiej todze, brązowych włosach i piwnych oczach:
-Witaj, czekaliśmy na ciebie.- przywitała się ze mną - Mam na imię Iris, a to są Pola Elizejskie.
-Pola Elizejskie? - zdziwiłam się, miałam nadzieję, że pójdę do nieba, ale w sumie dobre i to.
-Tak. Znajdują się tutaj ci, którzy umarli z czystym sercem w słusznej sprawie. - odparła swoim łagodnym głosem, który był przepełniony miłością -Czy mogłabyś się nam przedstawić?
- Jestem Nel. - odpowiedziałam zbita z tropu.
- Miło nam cię poznać Nel. Jeśli chcesz mogę ci wszystko pokazać. - wyciągnęła do mnie smukłą dłoń, którą praktycznie bez namysłu złapałam. Ku mojemu zdziwieniu była ... nijaka. Tak jakbym złapała ducha. No, ale nie ważne.
Oprowadzała mnie po Polach Elizejskich i pokazywała przedziwne miejsca. Wszędzie były kwiaty:
-To są ,,domy" dusz, ty też taki masz. Chodź, pokażę ci. - po czym zaprowadziła mnie do rosnącej nieopodal dzikiej róży. -Wszystkie dusze osób, które umarły tak młodo jak ty za swój ,,dom" dostają róże. Osoby, które zmarły w dosyć podeszłym wieku dostają tulipany, w wieku średnim w przebiśniegach, a małe dzieci w niezapominajkach. Zapewne poznasz tu wiele nowych osób. - zapewniała mnie.
- A macie tutaj książki? - zapytałam, gdy wreszcie umilkła.
- Hmm ... -zastanowiła się - Mamy coś podobnego do książek, gdyż to są historie osób, które tutaj trafiły. Jeżeli podejdziesz do tamtej alei ... - w tym momencie pokazała na dosyć sporą aleję drzew - ... To tam na każdym liściu jest zapisana historia każdego z nas. Twoja też. -posłała mi lekki uśmiech
- Dziękuję ci za pokazanie mi mojego lokum oraz Pól. -podziękowałam
- Nie ma sprawy, jakbyś miała jakieś pytania to zajdź do mnie.
- Na pewno tak zrobię. - obiecałam i rozstałam się z nią. Lekkim krokiem pospacerowała w stronę mężczyzn prawdopodobnie z jej epoki.
Gdy zniknęła mi z oczu poszłam zapoznać się z moimi sąsiadami, z którymi miałam dzielić krzak. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak było! Okazali się nimi urocza, skośnooka Japonka o atramentowych włosach oraz chłopak, który z pozoru wyglądał na pesymistę i ponuraka. Szybko się z nimi zapoznałam. Dziewczyna miała na imię Risa ( co po japońsku oznacza tyle co piasek) oraz Tristan ( ,,Tris" oznacza po norwesku smutny). W każdym razie ich imiona idealnie oddawały ich charakterystyczne cechy wyglądu. Risa miała skórę koloru piasku, a jej norweski kolega poprostu wydawał się na pierwszy rzut oka smutny.
Każdy z nich opowiedział mi swoją historię. Młoda Japonka miała piętnaście lat, gdy zmarła podczas pożaru swojego domu. Opowiedziała mi, że obudziła wszystkich domowników i sama uciekała na końcu, lecz przygniótł ją filar i spaliła się żywcem. Jak się okazało Tristan, który miał siedemnaście lat jak zmarł wybrał się wraz z rodziną w góry. Niestety zgubili się, a mróz osiągnął wręcz szczyt. Jego rodzice podczas wycieczki poślizgnęli sie i spadli z bardzo dużej wysokości. Tristan razem z młodszą siostrą chcieli do nich zejść, lecz zgubili drogę. Zatrzymali się w jednej z opuszczonych jaskiń .Jego młodsza siostra przymarzała, więc dał jej swoją kurtkę i sweter, a sam zamarzł na śmierć. Rano znaleziono jego ciało, do którego przytulała się mała dziewczynka. Teraz już wiedziałam dlaczego ma taki smutny wyraz twarzy. Również był sierotą jak ja, ale różnica między nami była taka, że on widział śmierć swoich rodziców na własne oczy, a ja nie.
Szybko się z nimi zaprzyjaźniłam.
Najpierw nauczyli mnie jak wchodzić i wychodzić z kwiatu. Jest to dosyć trudna sztuka, ale bardzo przydatna. Gdy wreszcie skończyły się nauki weszłam do mego ,,mieszkania" i znów trafiłam do pustki. Było ciemno i cicho. Nie chciałam tu przebywać, lecz Iris mówiła iż to jest konieczne. Tutaj dusze mogą ,,gromadzić swoją energię" czyli spać. Próbowałam zasnąć. W głowie miałam mętlik. Chociaż z drugiej strony również ta idealna cisza mi przeszkadzała. Ostatecznie udało mi sie zasnąć. To było jakbym zamknęła oczy odczekała minutę i wstała. Gdy już się obudziłam zauważyłam strugę światła, która sączyła się przez szczelinę w kielichu. Postanowiłam wyjść na zewnątrz i sama rozejrzeć się po okolicy. Moja dusza wyszła z róży i zmaterializowała się przed krzakiem. Dostrzegłam w sobie jakąś zmianę. Byłam inaczej ubrana! Miałam na sobie zwiewną sukienkę w ciepłych barwach ( żółty, zielony oraz pomarańczowy ). Idealnie była dopasowana do mej figury. Stopy miałam bose. Wręcz cudowne było uczucie ciepłej rosy na stopach. Pobiegłam do Alei Historii. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym podczas biegu nie poślizgnęła się i wylądowała na tyłku. Podczas, gdy powinnam była być zirytowana, tylko roześmiałam się beztrosko. Nic mnie nie bolało. Podniosłam się i spokojnym już krokiem zbliżałam się do alei drzew.

Imre
Gdy wreszcie znalazłem się w swoim pokoju, a Mordred wrócił do Hadesu bezsilny padłem na łóżko. Leżałem tak z trzy godziny i rozmyślałem nad widokiem, który zastałem w jednej z kajut. W pamięci wyryły mi się te martwe oczy i gardło skąpane krwią. Wiedziałem, że ten obraz będzie mnie nękał we snach i wspomnieniach. Tak bardzo tęskniłem do Nel, której już nie ma. Gdy wreszcie wszystko doszło do mnie, że to nie jest zły sen znów uroniłem całe morze łez. Wiem, że to nie jest zbyt męskie, ale tak było. Nie wiedziałem co zrobić. Pomyślałem co robią ludzie w takich sytuacjach jak ta ... Upijają się do nieprzytomności, popełniają samobójstwa, samo okaleczają się. Jako iż nie mogłem popełnić samobójstwa, a wszelkie rany jakie bym sobie zadał zagoiłyby się w błyskawicznym czasie postanowiłem odwiedzić winnicę Williama.
Powoli wygramoliłem się z wielkiego olśniewająco białego łoża i zniknąłem w równie perfekcyjnie białej mgle.
Znalazłem się w miejscu przyciemnionym i bardzo wilgotnym. Z tego co zauważyłem nikogo oprócz mnie tam nie było. Skorzystałem z okazji i sięgnąłem po średniej jakości wino. Otworzyłem korek i piłem na umór. Butelka po butelce, aż w końcu zostały tylko najlepsze i najświeższe wina. Siedziałem na podłodze,a wokół mnie walały się puste butelki. Wyglądałem gorzej niż wrak Titanica. Powoli przymykały mi się oczy i odpływałem w głęboki sen, lecz nagle wokół mnie zapanował ruch. Niczego nie widziałem oprócz dwóch sylwetek, które prawdopodobnie były Williamem i Dionizosem. Poczułem jak ktoś z wielkim wysiłkiem podnosi mnie z podłogi i zaciąga na najbliższe łóżko. Powieki już mi się zamknęły i nic nie widziałem, lecz słuch miałem w dalszym ciągu sprawny:
-I co my zrobimy? Wychlał prawie wszystko! -narzekał głos, który bez wątpliwości należał do Williama
-Cicho bądź! Hermes nas ukatrupi, jeśli zobaczy go w takim stanie! -jak widać bóg winnej latorośli miał inne zmartwienia niż jego syn
- Przynajmniej zostawił najlepsze roczniki.
- Zamknij się debilu. O Zeusie ... - wzdychał Dionizos i co chwila przeczesywał palcami swoją czuprynę - I co ja pocznę? Jak ja mu to wytłumaczę? Cholera! - panikował.
- Tato patrz, nadal jest przytomny! Mocny z niego zawodnik co nie? - z entuzjazmem zaalarmował Will.
- Ach, Imre, słyszysz nas? -zadał mi pytanie ojciec Williama.
- Taaaaa jest! -odparłem inaczej niż chciałem, język zupełnie mi się plątał.
- Jest nawalony jak szpak! -zaśmiał się chłopak.
- Przymknij się ty mała cholero! -w dalszym ciągu uciszał go Dionizos - Imre, możesz otworzyć oczy i spojrzeć na mnie?
- A no mogę. - odparłem jak mocno schlany pijaczyna
- To otwórz. - z trudem rozchyliłem powieki. Od razu ujrzałem napiętą ze strachu twarz boga winnej latorośli i ostre światło. Gdzieś niedaleko stał William.
- Ło cie panie! - wyrwało mi się zupełnie przez przypadek i nieświadomie - Ale pizga światło! - i zasłoniłem oczy ręką
-Ha ha ha ciemna strona Imrego-reaktywacja. - znów zaśmiał się Will.
-Wyjdź mi stąd miernoto. -wrzasnął wnerwiony Dionizos i palcem pokazał na drzwi; William wiedział, że jak jego ojciec jest zły to nie wypada z nim zadzierać, więc posłusznie opuścił pomieszczenie.
-Es ist zu laut.(Jest za głośno) -odparłem po niemiecku; nawet zacząłem używać języków z różnych stron świata.
- Co mówisz?
- Żeś sie za głośno wyrażasz.
- Aj, wybacz. Posłuchaj, czemu się tutaj znalazłeś? Dlaczego wypiłeś prawie wszystkie wina?
- Because I lost my love (Ponieważ straciłem swoją miłość). Je veux me saouler et ne me lève pas (Chcę się upić i nie wstawać). Jeg har fått nok av livet ditt! (Mam dość swojego życia!) -byłem mocno pijany.
- Mów po grecku! Niczego nie rozumiem. - lamentował Dionizos, który prawie osiwiał ze stresu.
- Moje życie jest do dupy. - powiedziałem w skrócie.
- Aha. - skomentował.
- Ho perso ... (Straciłem). Я потерял его (Straciłem ją). Evigt (Na zawsze). S'il vous plaît aidez-moi (Pomóż mi). Hjælp mig til at leve! (Pomóż mi żyć!) Ze is niet al (Nie ma jej już). Después de lo que tengo que vivir?! (Po co mam żyć?!) -gdy tak bredziłem w różnych językach Dionizos zaproponował, że zabierze mnie na Olimp do mojego pokoju. Ostrożnie pomógł mi wstać i zawołał Will'a do pomocy. Obaj wzięli mnie pod pachy i znieśli na Olimp w ścisłej tajemnicy. W końcu wylądowałem na znajomo miękkim materacu i odpłynąłem.

wtorek, 20 października 2015

Małe ogłoszenie, a raczej prośba

Ludzie, jest nam bardzo miło, że czytacie naszą małą twórczość, która się rozwija z biegiem dni, ale jeśli możemy o coś was poprosić , to będzie to, zostawianie jakichś komentarzy, w których umieścilibyście swoje odczucia związane z naszym opowiadaniem. Bardzo by nam to pomogło i oczywiście nie bójcie się zostawić nam małej krytyki, która jest bardzo przydatna. Przynajmniej byśmy wiedziały na czym stoimy i również miałybyśmy świadomość co mogło być lepsze, co można by poprawić albo też co można by nowego umieścić. 
Będzie nam niezmiernie miło jeżeli wysłuchacie naszej mini prośby. 

sobota, 17 października 2015

Rozdział 26

Lena
Para gołąbeczków zajęła najlepsze miejsce na jachcie, a było ono takie, dlatego że nikt nie mógł podglądać co się tam dzieje. Statek było ogromny, więc ludzie rozeszli się po całym pokładzie. Pogoda nam bardzo dopisywała i nikt nie śmiał jej nie wykorzystywać. No prawie każdy, bo jak na Loren przystało to zaciągnęła Hav'a do jednej z sypialń no i wiadomo co ta dwójka tam robiła. Nie wnikam bardziej w szczegóły. Ja natomiast zajmowałam się siedzeniem na dziobie okrętu i wpatrywaniem się w morze. Niektórzy balowali, niektórzy zajmowali się przyjacielskimi pogaduszkami, a ja byłam sama pogrążona we własnych myślach. Nie liczył się dla mnie świat dookoła, ale to co miałam przed oczami. Błękitna głębia była przepiękna, aż chwytała za serce. Mogłabym się na nią patrzeć godzinami, ale niestety ktoś przerwał mój prawie że bezsensowny monolog. Tą osobą okazał się Mordred. Moje myśli powędrowały ku tej postaci, bo niestety ukradkiem na niego spojrzałam. Jakoś zawsze musiałam na niego trafiać, chciałam czy nie i tak nie miałam na to wpływu. On po prostu był obok mnie, a ja nadal nie rozumiałam czemu. Czemu muszę na niego wpadać, czemu czułam kłucie w sercu gdy widziałam go z inną, czemu byłam smutna gdy go ze mną nie było. To wciąż doprowadzało mnie do szału i nie wiedziałam jak to skończyć. Gdyby ktoś spytałby mnie co najbardziej podoba mi się w  moim kuzynie, odpowiedziałabym, że oczy. Te oczy, które wyrażają więcej niż słowa. Te oczy, w których się zatracam, gdy na nie patrze. Te ciemne oczy, które mogą na wieczność pozostać zagadką.

Mordred
Obserwowałem samotnie siedzącą Persefonę, która tak pięknie wyglądała w tym czarnym bikini. Chyba nad czymś się zamyśliła, bo prawie się nie ruszała. Nie chciałam jej przeszkadzać, więc patrzyłem na nią z bezpiecznej odległości, by czuła się swobodnie. Gdy tak na nią spoglądałem, czułem się nadzwyczaj dobrze. Czułem spokój i byłem rozluźniony, tak jakby ona ukajała moje nerwy. Sama jej obecność sprawiała, że byłem szczęśliwy i to mnie rozbrajało od środka. Ta kobieta niezwykle na mnie działała, jak nikt inny na tym świecie. Chciałem ją chronić nawet za cenę życia, gdyby zaszła taka potrzeba. No ale co ja plecę, nie zasługuję na nią tak samo jak każda istota żyjąca. Ta bogini jest jedyna w swoim rodzaju i nikt nie może jej mieć, skoro ja nie mogę. Wiem, że to jest bardzo samolubne podejście do życia, ale mówi się trudno, jestem egoistą i chyba tylko ona mogłaby sprawić, że to by się zmieniło.
Zerwał się silny wiatr, a na niebie zaczęły się pojawiać deszczowe chmury zwiastujące nagły opad atmosferyczny. Wszyscy szukali schronienia przed zimnymi kroplami wody spadającymi z nieba, tylko nie ona. Persefona wciąż spoglądała na morze, pogrążona w myślach. Zawało się, że nawet tornado nie wybudziłoby jej z tego transu, ale po chwili podniosła się i odwróciła się w moją stronę. Na jej twarzy widniały łzy, a oczy były lekko zaczerwienione tak samo jak policzki. W tej właśnie chwili chciałem do niej podbiec i ją przytulić z całych sił, a następnie wyszeptać do ucha, że wszystko będzie dobrze. Nigdy nie byłem troskliwy i nie przejmowałem się, gdy dziewczyna płakała, ale teraz pragnienie zaopiekowania się nią było silniejsze ode mnie. Uczyniłem, więc to co chciałem, a kuzynka odwzajemniła mój uścisk, a nawet wtuliła się we mnie jeszcze bardziej. Nie pytałem dlaczego wylewa łzy, ale wiedziałem, że poczuła się lepiej w moich ramionach. Nie powinienem robić  tego, co przed chwilą dokonałem, ale w tej chwili to nie miało znaczenia. Liczyła się tylko ona i czy z nią wszystko w porządku.
Do tematów moich zmartwień dochodziła zaistniała sytuacja, bo każdy bóg wytrzeszczał oczy patrząc na nas. Ich zdziwienie nie miało końca, a w dodatku stałem z Persefoną w deszczu, więc byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Moda zaczynała się trząść z zimna, dlatego też wzmocniłem uścisk, co jej odpowiadało, bo mnie nie odepchnęła. To było bardzo przyjemne uczucie, trzymanie dziewczyny w ramionach sprawiało nie małą przyjemność. Mógłbym to robić przez wieczność, aż do końca świata i dalej, jeżeli byłoby coś.

Lena
Ręce Mordreda otaczały moją talię i sprawiały, że moje serce zaczynało szybciej bić. Krople wody spływały po całym moim ciele, a tam gdzie sylwetka chłopaka przylegała do mej, przenikało mnie jego ciepło. Nie przeszkadzał mi fakt, że zwróciliśmy uwagę wszystkich dookoła, ale miałam świadomość, że po tym wydarzeniu relacje moje i Mordreda ulegną zmianie.
Moje ciało zachowywało się tak, jakby znały dotyk Mordreda od lat, tylko gorzej, że ja tego nie pamiętałam. Ale cóż, deszcz przestawał powoli padać, a my dwoje wciąż staliśmy w tym pełnym emocji uścisku, który zdaje się, że trwał mini sekundy. Nie chciałam, by dzieliła mnie z mężczyzną jakaś odległość, ale powoli docierało do mnie, że już czas obudzić się z tego pięknego snu, który nie mógł trwać w nieskończoność.
Z minuty na minutę zwiększałam dystans między naszymi ciałami. Chłód otoczenia dawał się we znaki dla mnie, tak samo jak dla reszty. Prawie wszystkim było zimno, tylko nie Mordredowi. Zawsze był z niego ognisty chłopak, ale teraz to nie wiem jak mu mogło być ciepło i to w takiej temperaturze. Normalnie zamarzałam. Pragnęłam jeszcze raz znaleźć się w ramionach młodzieńca, chociażby po to, aby się ogrzać. W trakcie naszego przytulaska, było mi tak cieplusio, że mogłam się roztopić, a teraz zmieniałam się w bryłę lodu przez nagły spadek temperatury.
W każdej chwili robiło się coraz zimniej, aż zaczął się pojawiać szron na metalowych barierkach statku, jak również i na drewnianej podłodze pokładu. Bogowie mieli już dość tego rejsu, głównie przez pogodę, ale także z powodu dziwnych dźwięków, których sama się przestraszyłam. Nie wiedziałam co wydaje te odgłosy, ale byłam pewna, że to nie zwierzęta morskie. Coś stukało, wydawało mi się, że słyszę kroki, ale to było niemożliwe, bo nie było ani jednej żywej duszy na morzu.
Po kilku chwilach, jakieś ramiona złapały mnie od tyłu i trzymały mocno. Uścisk tej osoby był bolesny, aż skóra zaczynała mnie piec od tarcia.

Nel
Wszystko stało się tak nagle! Przecież przed chwilą jechałam razem z Sebastianem do domu na rowerze, a teraz siedzę na ławce wspaniałego jachtu, a obok mnie mój cały świat, natomiast na sobie mam czarną bluzkę z jeansowymi spodenkami, które należą do jego siostry. Czy nie może być lepiej?
Oboje siedzieliśmy w ciszy. Powoli widać było zachodzące słońce, ale po naszej lewej stronie czyli na dziobie statku. Imre delikatnie wziął moją rękę i pociągnął ,,w stronę słońca". Jego blond włosy przybrały odcień złotego i bez wszelkich wątpliwości mogłam sądzić, że to bóg. Jego umięśniona klatka podnosiła się i odpadała regularnie, a jego ciało było gorące pod dotykiem moich rąk. Chłopak przyciągną mnie bliżej siebie i lekko się schylił. Czułam jego gorący oddech na policzku. Spojrzałam mu głęboko w oczy. Już je dobrze znałam. Jeszcze nigdy nie widziałam tak intensywnie turkusowych oczu, nawet w photoshop'ie. I pomyśleć, że należały one do mojego Imrego! Zaraz, chwila ... Czemu jestem taka egoistyczna? Może dlatego, że takiego to ze świecą szukać? Bardzo prawdopodobne. W każdym razie zatraciłam się w nich bez reszty. Ta chwila trwała tak długo dopóki nie zaczął padać deszcz.
Szybko dołączyliśmy do reszty bogów i bogiń, którzy się schronili przed opadami. Jedynie Mordred i Persefona trwali w żelaznym uścisku w tę ulewę. Chyba się polubili. W każdym razie Imre poszedł za przykładem swego przyjaciela i przytulił mnie od tyłu, aczkolwiek woleliśmy nie stać w deszczu.
Niedługo potem zamiast deszczu pojawiła się mgła. Doprawdy, morze w taką pogodę wyglądało wręcz upiornie! ,,Jak dobrze, że mieszkam w środku Polski" przemknęło mi przez głowę. Nie, nie boję się wody tylko jej nie lubię, a to jest różnica! Ech, zaczynam za bardzo gadać o sobie ...
Nawet, gdy deszcz przestał padać Mordred i jego kuzynka trwali w uścisku nie widząc świata poza sobą. Nikt nie chciał im przerywać, więc każdy zajął się sobą. Pewien chłopak o ciemnych oczach i brązowych podszedł do Imrego i zaczął mu składać życzenia urodzinowe, a z nim przyszła dosyć drobna dziewczyna, która sprawiała wrażenie inteligentnej optymistki. Chłopak wypuścił mnie w objęć z czego skorzystałam. Podeszłam do barierki i spoglądałam w morze spowite gęstą mgłą. Zaczęłam rozmyślać nad pewną sprawą, która wcześniej mnie nie interesowała za bardzo. Co się tak naprawdę wydarzyło u Forkid? Czy oprócz mówienia po grecku otrzymałam coś jeszcze?
Z mych myśli wyrwał mnie wolno poruszający się ciemny punkt wśród kłębków mgły. Wytężyłam swój lekko zniszczony przez książki wzrok. Powoli zaczynałam rozróżniać kontury starodawnego statku. Na jego szczycie powiewała czarna flaga z czymś białym na środku. Gdy okręt był jakieś 200 metrów od naszego wycieczkowca zrozumiałam, że płynie na nas statek piratów! Na pokładzie zapanował chaos. Nikt nie wiedział co w takiej sytuacji zrobić. Jak się skapnęłam Mordred razem z Persefoną gdzieś zniknęli. Wrogi statek przybliżał się coraz bardziej, aż w końcu piraci wtargnęli na nasz pokład. Zaczęłam wzrokiem szukać dosyć wysokiego chłopaka o kręconych blond włosach, lecz nigdzie nie mogłam go znaleźć. Tak się złożyło, że stałam niedaleko dziobu i miałam widok na reszte uczestników. Nagle ktoś złapał mnie za włosy od tyłu i zatkał usta usmoloną dłonią. Osoba, która odważyła sie dotknąć mych włosów przyciągnęła mnie do siebie i przystawiła nóż do gardła. Usłyszałam za sobą ochrypły głos mężczyzny w wieku około trzydziestu lat:
-Nie ruszaj się maleńka, a nie ucierpisz.
Praktycznie nic nie mogłam zrobić tylko patrzeć jak reszt załogi tego typka pod osłoną mgły przedostaje się na pokład i próbuje uprowadzić ,,boskie dzieci". Zupełnie nieświadomie przez policzek przeleciała moja łza i dziwnym trafem kapnęła na rękę opryszka:
-Ej, nie mów skarbie, że cię to boli. -odparł rozbawiony
-Tu nie chodzi o ból fizyczny. -wyszeptałam- Tylko o bezradność.
-No proszę, poetka! Może jednak uda nam się na tobie jakoś zarobić.
Dalej wolałam przemilczeć. Rozmowa z tym mężczyzną byłaby po prostu stratą czasu. Zdołałam zauważyć jak dwóch piratów niesie przerzucone przez bark nieprzytomne bliźniaczki:
-Z tych będzie niezły pożytek! -poinformował swego kapitana jeden z tej dwójki
-Bardzo dobrze! Ile ich tam jeszcze jest?
-Claus znalazł wręcz żyłę złota, najpiękniejszą dziewczynę na świecie! -nie trzeba było się domyśleć, że chodziło im o Loren.
-Z chęcią obejrzę nasz towar. -odparł mój oprawca
-Wszystkie będą pod pokładem naszego statku. -rzucił szybko mężczyzna, który niósł Tessę i zniknął z mego pola widzenia
-A co zrobicie z chłopakami? -nie chciałam zadawać tego pytania, ale wolałam wiedzieć
-Jak to co? Zginą szybką i bezbolesną śmiercią!
-Nie możecie! -krzyknęłam załamującym się głosem, a po mych policzkach zaczęły ciurkiem spływać łzy.
-Jak nie jak tak?! -wykrzyknął z tym irytującym rozbawieniem w głosie
Wiedziałam, że prowadzenie tej konwersacji było bez sensu, więc próbowałam powstrzymać łzy rozpaczy, lecz kiepsko mi to szło. W między czasie piraci wyprowadzili wszystkie dziewczyny jakie były na statku, a chłopaków związali przed kapitanem i mą osobą. Jak ich przeliczałam coś mi się nie zgadzało. Kogoś brakowało. Tak czy inaczej każdy chłopak miał krwawy ślad na czole od uderzenia prawdopodobnie łomem. Serce mi krwawiło gdy spoglądałam na nieprzytomnego Imrego.
Tak jak wspominałam, gdy wszystkie dziewczęta zostały przeniesione na statek piratów ich kapitan zaciągnął mnie na ich pokład. Ku mojemu zdziwieniu rozkazał zabrać również chłopców. Uważał, że może jednak los mu się poszczęści i ktoś będzie chciał kupić pięknego młodzieńca. W dalszym ciągu trzymał przy mym gardle nóż, ale w końcu rozbolała go ręka i postanowił związać mi ręce. Jednak nie wsadził mnie pod pokład do reszty dziewczyn. Mogłam swobodnie poruszać się po prawie całym statku. Gdyby nie ta piracka flaga i wygląd statku, można by było ich pomylić z uczciwymi marynarzami. Jak się okazuje pozory mylą.
Słońce już zaszło, a niebo przybrało barwę indygo. Mgła ustąpiła, a w oddali było widać kilka jasno świecących gwiazd. Zapowiadała się dosyć ciepła noc.
Po pewnym czasie usłyszałam coś w stylu dzwonka i krzyk jednego z piratów ,,Kolacja!". Nikt praktycznie się mną nie przeją i wszyscy poszli coś zjeść. Na pokładzie zostałam tylko ja i nieprzytomni chłopcy. Szybkim, aczkolwiek ostrożnym krokiem czmychnęłam do mych znajomych. W pierwszej kolejności przykucnęłam przy Imrem. Wyglądał tak niewinnie i słodko. Chwyciłam skrawek mojej bluzki i wytarłam nim czoło mego ukochanego, które zdobiła zaschnięta już krew. To samo uczyniłam z innymi uwięzionymi chłopakami. Jako iż nadal nikogo nie było postanowiłam uwolnić młodych bogów z więzów. Całkiem szybko znalazłam leżący na beczce mały nożyk do obierania ziemniaków. Znów przykucnęłam przy chłopaku o blond lokach i zaczęłam piłować. Sznur, którym byli związani był bardzo gruby. Piłowałam dosyć długo, aż w końcu został mi prawdopodobnie jeden centymetr do przepiłowania, lecz w tym momencie ktoś od tyłu chwycił mnie za włosy i przyciągnął do siebie. Znów usłyszałam ten sam zachrypnięty głos:
- No wiesz ty co? Tak ładnie ich związaliśmy, a ty chcesz to popsuć? Aż szkoda mi twojej głupoty maleńka, bo bardzo cie polubiłem. - wypowiedziawszy to szybkim ruchem przejechał długim tasakiem po moim gardle rozcinając skórę oraz tętnicę. Poczułam silny ból w klatce piersiowej i w rozciętym miejscu, po czym upadłam na ziemię. Obiema rękami uciskałam swoje krwawiące gardło i spoglądałam na Imrego. Powoli przestawałam słyszeć gwar dochodzący z kuchni oraz szum morza, aż w końcu nastała niezmącona cisza. Pozostał tylko niewyraźny obraz blondyna, ale nie na długo. Poczułam się niebywale senna. Ból mi już nie przeszkadzał. Najważniejsze było zamknięcie oczu i zaśnięcie. Wiedziałam, że umieram. Nie chciałam tego, nie chciałam zostawić Imrego samego! To było takie uczucie jakbym wlazła w rozlany, szybko schnący beton na torach i w moją stronę pędził pociąg zwany śmiercią. Był coraz bliżej, aż w końcu nastała wieczna ciemność oraz stan nieważkości i ta irytująca bezwładność. Nic nie mogłam zrobić ...


Mordred
Po tej jakże cudownej ulewie, moja kuzyneczka gdzieś zniknęła. Nie mogłem jej nigdzie znaleźć, co mnie bardzo martwiło. W jednej chwili córka Afrodyty zaczęła panikować, nie wiadomo po jakie licho, skoro nic się nie działo, co można było wywnioskować po normalnym zachowaniu reszty uczestników wycieczki zorganizowanej z okazji urodzin Imrego.
Zapewne zobaczyła rekina, wieloryba, albo może jeszcze inne zwierze wodne - pomyślałem.
Z racji tego, że do tej pory od naszego pamiętnego wieczoru szczerze nie rozmawiałem z Persefoną ani razu o tej sprawie, a może nawet ani trochę, postanowiłem jej poszukać. Chciałbym wszystko wyjaśnić. To co wydarzyło się wtedy w nocy, nie powinno się nigdy stać. To był wielki błąd, mimo że wcale nie czuję się winny wobec siebie, bo chciałem tego, ale wobec niej, to już inna sprawa. Przecież nie mogłem mieć wszystkiego co chciałem, a zdaje się, że chciałem i wciąż ją chcę.
Odnalazłem dziewczynę po niecałym kwadransie poszukiwań w jednej z sypialń, gdzie się zdrzemnęła. Pewnie się strasznie nudziła, więc poszła odpocząć. Wszedłszy do pokoju, ujrzałem dziewczynę pogrążoną w głębokim śnie, która wyglądała tak pięknie, jak gwiazdy na niebie nocą. Po prostu była idealna, cudowna i nie wiem jakie można dać jeszcze synonimy, by opisać jak niezwykłą urodę posiadała ta istota.
Niestety mój monolog przerwała budząca się bogini.
- Hej. - powiedziała lekko zaspana i przy tym tak bardzo urocza Persefona, gdy próbowała się do końca rozbudzić.
- Hej.
- Jesteśmy już z powrotem w kurorcie?
- Nie. Ale uprzedzę twe następne pytanie i zaraz ci wyjawię, dlaczego jestem w pokoju, którym spałaś.
- No, słucham. Chociaż powiem ci szczerze, że się chyba domyślam czemu.
- Co?
- Zgaduję, że chodzi ci o to co wtedy się stało. - rzekła te słowa nakładając szczególny nacisk na ''wtedy'' - I żeby było jasne, to nie mam ci niczego za złe.
- To ułatwia sprawę.
- Stało to się również z mojej winy, więc nie obwiniaj siebie, proszę.
- Ok.
- To jak, wszystko w porządku z nami?
- Jasne. - i dziewczyna wstała z łóżka, po czym przytuliła się do mnie. Niestety dla mnie ten ruch był  dwuznaczne znaczenie.
Oboje wyszliśmy na dwór, ale nie znaleźliśmy nikogo na pokładzie i pod nim. Normalnie gdzieś ich wywiało. Wyglądało na to, ze ja wraz z kuzynką zostałem sam na statku i to nie wróżyło niczego dobrego. W każdym razie, rozdzieliliśmy się i ponownie przeszukaliśmy łajbę. Ja znalazłem tylko jakieś niedopałki po papierosach, ale byłem zaciekawiony bardziej tym, co moja towarzyszka znalazła.
Umówiliśmy się, że spotkamy się przy dziobie, dokładnie tam, gdzie większość dzisiejszego dnia spędziła moja kuzyneczka.
Nie minęła godzina, a zebraliśmy się w miejscu spotkania. Dziewczyna trzymała coś w ręce, gdy szła w moja stronę. Ta rzecz była raczej metalowa, gdyż odbijało się w niej światło słoneczne. Po chwili  Persefona stanęła na przeciwko mnie i ukazała dany przedmiot. W sumie to nie był jeden przedmiot, a dwa. Jednym z nich był składany nóż, a drugim zaś, skrawek czarnego materiału pachnącego wodą.
Moja krewna wyglądała na zadowoloną z siebie, uśmiechała się nieśmiało, ale i tak pięknie.
- Ja znalazłam to - podała mi dwa przedmioty - mogą się do czegoś przydać. A ty co znalazłeś? - zapytała z zaciekawieniem.
- Tylko jakieś resztki po fajkach. W sumie nic interesującego.
- Może i tak, ale nadal to jakiś ślad. Nie sądzisz?
- Co prawda to prawda. Może wejdziemy na dach statku?
- Po co?
- Istnieje pięćdziesiąt procent szans, że dzięki temu odnajdziemy resztę.
- Niech ci będzie, ale wiedz, że ostatnio nie ćwiczyłam wspinaczki.
- Nie martw się, jakoś sobie poradzimy. Najwyżej trochę ci pomogę.
Wraz z dziewczyną udaliśmy się do "wejścia" na dach, które zmuszało nas do niemałej wspinaczki. Przepuściłem Persefonę, na wszelki wypadek, gdyby potrzebowała podsadzenia czy coś. No dobra, to nie był jedyny powód, chciałem trochę popatrzeć na jej wspinający się zgrabny tyłek. Oczywiście jak to ja, nie przepuściłbym takiej świetnej okazji na podziwianie jej krągłości.
Wyszło jednak na to, że obeszło się jej bez mojej pomocy, przez co byłem trochę zawiedziony. Myślałem, że mógłbym ponownie dotknąć jej boskiego ciała. No niestety nie poszło po mojej myśli i teraz ja musiałem się wpinać. Byłem wysportowany, więc nie miałem problemów z wejściem na górę. Pod koniec, gdy musiałem stanąć, trochę noga mi się poślizgnęła i mało brakowało żebym poleciał w dół. Z tejże opresji uratowała mnie Persefona, łapiąc moją dłoń i ciągnąc w swoją stronę. Wiadome jest, że ważę więcej od swojej kuzynki, więc dziewczyna musiała się nieźle wysilić bym się nie wywalił. W ostatniej chwili ratunku nasze ciała się spotkały i poczułem jak Persefonie szybko bije serce, a oddech ma przyśpieszony. Ręce jej spoczywały na mych barkach, a cóż, jej biust przylegał do mej klatki piersiowej. Na samą myśl, że sylwetka kuzynki jest tak blisko, cała moja krew zawrzała i zacząłem myśleć przyrodzeniem, anie mózgiem. Już się schylałem, by pocałować Persefonę, gdy ujrzałem obcy statek, który natychmiastowo zepsuł nastrój. Odsunąłem się od niezwykłej kobiety i wróciły mi moje zmysły jak też i rozum.
- Widzisz ten oddalający się statek? -zapytałem się chyba podnieconej dziewczyny. Nie potrafiłem odczytać emocji nią szargających.
- Yhm.
- Musimy się na niego dostać, podejrzewam, że tam znajdziemy naszych przyjaciół.
- Ale jak my się tam znajdziemy w tak krótkim czasie.
- O to nie musisz się już martwić. Prze teleportuje nas tam, więc złap się mnie i za chwilę będziemy na miejscu. - powiedziałem to i dopiero po kilku sekundach dotarł do mnie sens wypowiedzianych słów.
- W porządku. - tak więc dziewczyna przytuliła się do mnie swym zmysłowym ciałem, a ja szybko
nas przetransportowałem na drugi okręt.
W mig znaleźliśmy się pod pokładem okrętu, gdzie ujrzeliśmy dziewczyny ze związanymi dłońmi i stopami. Wyglądały na przerażone. I właśnie w tym oto momencie wkurzyłem się cholernie. Chciałem ukatrupić tego, kto to zrobił. No bo jak tak można postępować z kobietami. Ten facet lub faceci musieli być porządnie porąbani.
Jak tylko znalazłem wejście na pokład, wyszedłem na zewnątrz by się rozliczyć z całą bandą, podczas gdy Persefona będzie uwalniać pozostałe boginie.


Imre
Jakoś nie mogłem nigdzie znaleźć Nel. Wszędzie szukałem jej wzrokiem, lecz bez skutku. Uspokajałem się myślą, że być może Megan ją zabrała na Ziemię, a może chciałem w to wierzyć? W każdym razie wróciłem do swojego pokoju cały wyczerpany i obolały. Ci piraci całkiem mocno nas związali. Ostatnie co pamiętam to wielki tłok. Wszyscy pchali się do wnętrz statku i przy okazji mnie tam wepchnęli. Wiedziałem, że Nel stoi na dziobie i wpatruje się w ocean. Próbowałem się do niej dostać, lecz siła tłumu była większa. Później pobiegłem do drugich drzwi by tamtędy wybiec na dziób, ale ktoś walną mnie czymś ciężkim w głowę i osunąłem się na podłogę. Później ocknąłem się, gdy Mordred zaczął mnie walić po policzkach. Kiedy walczył to było coś na prawde epickiego. Nigdy nie widziałem mego przyjaciela w takiej furii. Myślałem, że ich pozabija, lecz syn Hadesa okazał się bardziej okrutny niż sądziłem. No ale przynajmniej wszyscy wyszliśmy z tego cało ...
Nie! Nie wszyscy przecież wrócili! Zacząłem panikować, a serce biło jakbym przebiegł dziesięć kilometrów. Natychmiast wybiegłem z pokoju prosto we mgłę, która zabrała mnie do Hadesu. Waliłem do drzwi, aż zdziwiony lokaj mi je otworzył. Wparowałem do środka i co sił w nogach popędziłem po schodach na górę do pokoju Mordreda. Wtargnąłem na jego teren bez pukania przez co mało nie oberwałem składanym nożem w czoło:
- Ach, to tylko ty. - westchnął.
- Zwariowałeś? Mało mnie nie zabiłeś?! - wrzasnąłem wnerwiony.
- A tak właściwie, czemuż zawdzięczam tę niespodziewaną wizytę? - zapytał z nonszalancją.
- Nigdzie nie mogę znaleźć Nel. Mam wrażenie, że jest na statku.
- Serio? Myślałem, że wróciła z tobą. - odparł zakłopotany.
- Mógłbyś tam ze mną pójść? Jakby któryś z piratów żył to byś się z nim rozprawił. Wiesz, że ja nikogo oprócz Marco bym nie skrzywdził.
- Jasne. Ale będziesz mi winny czekoladę.
-Dobra, chodź! - pociągnąłem go za rękę w białą mgłę.
Wkrótce znaleźliśmy się na statku. Praktycznie cała jego już martwa załoga zaczęła się rozkładać przez co smród był okropny.
- Na serio myślisz, że Nel może tu być? - zapytał z nutą kpiny w głosie.
- Ona musi tu być! - wrzasnąłem bliski załamania.
- Cóż, ten statek jest dosyć duży więc może się podzielimy? Ja sprawdzę kajuty, a ty pod pokładem.
- Ok. - i pomknąłem niby strzała pod pokład. Panowała tam wręcz namacalna ciemność. Widać tylko było promienie słoneczne przedostające się przez szczeliny w suficie. Całe pomieszczenie było zakurzone i brudne. Co chwila o coś się potykałem. Starannie przeszukałem to miejsce, lecz mojej Nel nigdzie nie było. Miałem nadzieję, że Mordred ją znalazł. Tak więc poleciałem z powrotem na góre i skierowałem się w stronę kajut. Wszystkie drzwi były otwarte, a pokoje puste. Gdy doszedłem do ostatniego zauważyłem mego przyjaciela stojącego w przejściu. Najwyraźniej się w coś wpatrywał:
- Znalazłeś coś? - zapytałem, a on drgnął wystraszony na dźwięk mojego głosu.
- N-nie! - odpowiedział za szybko, coś mi nie pasowało.
- Co tam jest?
- Pies ... Martwy pies. - wyszeptał pobielałymi wargami.
- Pies? - zapytałem nie dowierzając - Jaki pies?
- Piękny. - odpowiedział wpatrując się w ,,psa".
- Pokaż. - odparłem nagle i odepchnąłem go w bok by przejść. O dziwo nie stawiał oporu i posłusznie się odsunął. Zajrzałem w głąb pokoju i zauważyłem coś co leżało w kącie. Na pierwszy rzut oka owo coś wyglądało jak skulony pies, lecz po podejściu bliżej zauważyłem ludzkie kontury. Dreszcz przeszedł mi po plecach, gdy uświadomiłem kogo mam u swych stóp. Załamany upadłem na kolana i delikatnie podniosłem dziewczynę całą umazaną we krwi. Ze łzami w oczach z całej siły przytuliłem ją do swej piersi i zacząłem płakać. Czułem się jak dziecko. Z każdą minutą wylewałem co raz więcej łez. Nie dałem rady na nią patrzeć. Wyglądała wręcz okropnie. Wszystko było w zaschniętej krwi. Zdołałem zauważyć głębokie cięcie na szyi i domyśliłem się co było powodem jej śmierci:
- Nie zdążyłem cię mieć, a już straciłem. - wyszeptałem drżącym głosem - Boli mnie świadomość, że już ciebie więcej nie zobaczę, że już nigdy cię nie pocałuję, że już nigdy nie przytulę. - nadal szeptałem - Ale ciebie już nie ma! Znowu jestem sam! - wykrzyczałem. Nawet nie zauważyłem kiedy podszedł do mnie Mordred i przyjacielsko położył rękę na ramieniu. Delikatnie pociągnął mnie w tył co dało mi sygnał byśmy już szli. Jeszcze raz mocno przytuliłem Nel do swojej piersi, po czym wypuściłem ją z mych objęć i położyłem na podłodze:
- Chodźmy już. - szepnął mój przyjaciel. Nie dałem rady odpowiedzieć. Stałem jak słup soli i wpatrywałem się w jej martwe ciało. Czułem dojmujący ból. Straciłem ją ... Straciłem na zawsze!