Para gołąbeczków zajęła najlepsze miejsce na jachcie, a było ono takie, dlatego że nikt nie mógł podglądać co się tam dzieje. Statek było ogromny, więc ludzie rozeszli się po całym pokładzie. Pogoda nam bardzo dopisywała i nikt nie śmiał jej nie wykorzystywać. No prawie każdy, bo jak na Loren przystało to zaciągnęła Hav'a do jednej z sypialń no i wiadomo co ta dwójka tam robiła. Nie wnikam bardziej w szczegóły. Ja natomiast zajmowałam się siedzeniem na dziobie okrętu i wpatrywaniem się w morze. Niektórzy balowali, niektórzy zajmowali się przyjacielskimi pogaduszkami, a ja byłam sama pogrążona we własnych myślach. Nie liczył się dla mnie świat dookoła, ale to co miałam przed oczami. Błękitna głębia była przepiękna, aż chwytała za serce. Mogłabym się na nią patrzeć godzinami, ale niestety ktoś przerwał mój prawie że bezsensowny monolog. Tą osobą okazał się Mordred. Moje myśli powędrowały ku tej postaci, bo niestety ukradkiem na niego spojrzałam. Jakoś zawsze musiałam na niego trafiać, chciałam czy nie i tak nie miałam na to wpływu. On po prostu był obok mnie, a ja nadal nie rozumiałam czemu. Czemu muszę na niego wpadać, czemu czułam kłucie w sercu gdy widziałam go z inną, czemu byłam smutna gdy go ze mną nie było. To wciąż doprowadzało mnie do szału i nie wiedziałam jak to skończyć. Gdyby ktoś spytałby mnie co najbardziej podoba mi się w moim kuzynie, odpowiedziałabym, że oczy. Te oczy, które wyrażają więcej niż słowa. Te oczy, w których się zatracam, gdy na nie patrze. Te ciemne oczy, które mogą na wieczność pozostać zagadką.
Mordred
Obserwowałem samotnie siedzącą Persefonę, która tak pięknie wyglądała w tym czarnym bikini. Chyba nad czymś się zamyśliła, bo prawie się nie ruszała. Nie chciałam jej przeszkadzać, więc patrzyłem na nią z bezpiecznej odległości, by czuła się swobodnie. Gdy tak na nią spoglądałem, czułem się nadzwyczaj dobrze. Czułem spokój i byłem rozluźniony, tak jakby ona ukajała moje nerwy. Sama jej obecność sprawiała, że byłem szczęśliwy i to mnie rozbrajało od środka. Ta kobieta niezwykle na mnie działała, jak nikt inny na tym świecie. Chciałem ją chronić nawet za cenę życia, gdyby zaszła taka potrzeba. No ale co ja plecę, nie zasługuję na nią tak samo jak każda istota żyjąca. Ta bogini jest jedyna w swoim rodzaju i nikt nie może jej mieć, skoro ja nie mogę. Wiem, że to jest bardzo samolubne podejście do życia, ale mówi się trudno, jestem egoistą i chyba tylko ona mogłaby sprawić, że to by się zmieniło.
Zerwał się silny wiatr, a na niebie zaczęły się pojawiać deszczowe chmury zwiastujące nagły opad atmosferyczny. Wszyscy szukali schronienia przed zimnymi kroplami wody spadającymi z nieba, tylko nie ona. Persefona wciąż spoglądała na morze, pogrążona w myślach. Zawało się, że nawet tornado nie wybudziłoby jej z tego transu, ale po chwili podniosła się i odwróciła się w moją stronę. Na jej twarzy widniały łzy, a oczy były lekko zaczerwienione tak samo jak policzki. W tej właśnie chwili chciałem do niej podbiec i ją przytulić z całych sił, a następnie wyszeptać do ucha, że wszystko będzie dobrze. Nigdy nie byłem troskliwy i nie przejmowałem się, gdy dziewczyna płakała, ale teraz pragnienie zaopiekowania się nią było silniejsze ode mnie. Uczyniłem, więc to co chciałem, a kuzynka odwzajemniła mój uścisk, a nawet wtuliła się we mnie jeszcze bardziej. Nie pytałem dlaczego wylewa łzy, ale wiedziałem, że poczuła się lepiej w moich ramionach. Nie powinienem robić tego, co przed chwilą dokonałem, ale w tej chwili to nie miało znaczenia. Liczyła się tylko ona i czy z nią wszystko w porządku.
Do tematów moich zmartwień dochodziła zaistniała sytuacja, bo każdy bóg wytrzeszczał oczy patrząc na nas. Ich zdziwienie nie miało końca, a w dodatku stałem z Persefoną w deszczu, więc byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Moda zaczynała się trząść z zimna, dlatego też wzmocniłem uścisk, co jej odpowiadało, bo mnie nie odepchnęła. To było bardzo przyjemne uczucie, trzymanie dziewczyny w ramionach sprawiało nie małą przyjemność. Mógłbym to robić przez wieczność, aż do końca świata i dalej, jeżeli byłoby coś.
Ręce Mordreda otaczały moją talię i sprawiały, że moje serce zaczynało szybciej bić. Krople wody spływały po całym moim ciele, a tam gdzie sylwetka chłopaka przylegała do mej, przenikało mnie jego ciepło. Nie przeszkadzał mi fakt, że zwróciliśmy uwagę wszystkich dookoła, ale miałam świadomość, że po tym wydarzeniu relacje moje i Mordreda ulegną zmianie.
Moje ciało zachowywało się tak, jakby znały dotyk Mordreda od lat, tylko gorzej, że ja tego nie pamiętałam. Ale cóż, deszcz przestawał powoli padać, a my dwoje wciąż staliśmy w tym pełnym emocji uścisku, który zdaje się, że trwał mini sekundy. Nie chciałam, by dzieliła mnie z mężczyzną jakaś odległość, ale powoli docierało do mnie, że już czas obudzić się z tego pięknego snu, który nie mógł trwać w nieskończoność.
Z minuty na minutę zwiększałam dystans między naszymi ciałami. Chłód otoczenia dawał się we znaki dla mnie, tak samo jak dla reszty. Prawie wszystkim było zimno, tylko nie Mordredowi. Zawsze był z niego ognisty chłopak, ale teraz to nie wiem jak mu mogło być ciepło i to w takiej temperaturze. Normalnie zamarzałam. Pragnęłam jeszcze raz znaleźć się w ramionach młodzieńca, chociażby po to, aby się ogrzać. W trakcie naszego przytulaska, było mi tak cieplusio, że mogłam się roztopić, a teraz zmieniałam się w bryłę lodu przez nagły spadek temperatury.
W każdej chwili robiło się coraz zimniej, aż zaczął się pojawiać szron na metalowych barierkach statku, jak również i na drewnianej podłodze pokładu. Bogowie mieli już dość tego rejsu, głównie przez pogodę, ale także z powodu dziwnych dźwięków, których sama się przestraszyłam. Nie wiedziałam co wydaje te odgłosy, ale byłam pewna, że to nie zwierzęta morskie. Coś stukało, wydawało mi się, że słyszę kroki, ale to było niemożliwe, bo nie było ani jednej żywej duszy na morzu.
Po kilku chwilach, jakieś ramiona złapały mnie od tyłu i trzymały mocno. Uścisk tej osoby był bolesny, aż skóra zaczynała mnie piec od tarcia.
Nel
Wszystko stało się tak nagle! Przecież przed chwilą jechałam razem z Sebastianem do domu na rowerze, a teraz siedzę na ławce wspaniałego jachtu, a obok mnie mój cały świat, natomiast na sobie mam czarną bluzkę z jeansowymi spodenkami, które należą do jego siostry. Czy nie może być lepiej?
Oboje siedzieliśmy w ciszy. Powoli widać było zachodzące słońce, ale po naszej lewej stronie czyli na dziobie statku. Imre delikatnie wziął moją rękę i pociągnął ,,w stronę słońca". Jego blond włosy przybrały odcień złotego i bez wszelkich wątpliwości mogłam sądzić, że to bóg. Jego umięśniona klatka podnosiła się i odpadała regularnie, a jego ciało było gorące pod dotykiem moich rąk. Chłopak przyciągną mnie bliżej siebie i lekko się schylił. Czułam jego gorący oddech na policzku. Spojrzałam mu głęboko w oczy. Już je dobrze znałam. Jeszcze nigdy nie widziałam tak intensywnie turkusowych oczu, nawet w photoshop'ie. I pomyśleć, że należały one do mojego Imrego! Zaraz, chwila ... Czemu jestem taka egoistyczna? Może dlatego, że takiego to ze świecą szukać? Bardzo prawdopodobne. W każdym razie zatraciłam się w nich bez reszty. Ta chwila trwała tak długo dopóki nie zaczął padać deszcz.
Szybko dołączyliśmy do reszty bogów i bogiń, którzy się schronili przed opadami. Jedynie Mordred i Persefona trwali w żelaznym uścisku w tę ulewę. Chyba się polubili. W każdym razie Imre poszedł za przykładem swego przyjaciela i przytulił mnie od tyłu, aczkolwiek woleliśmy nie stać w deszczu.
Niedługo potem zamiast deszczu pojawiła się mgła. Doprawdy, morze w taką pogodę wyglądało wręcz upiornie! ,,Jak dobrze, że mieszkam w środku Polski" przemknęło mi przez głowę. Nie, nie boję się wody tylko jej nie lubię, a to jest różnica! Ech, zaczynam za bardzo gadać o sobie ...
Nawet, gdy deszcz przestał padać Mordred i jego kuzynka trwali w uścisku nie widząc świata poza sobą. Nikt nie chciał im przerywać, więc każdy zajął się sobą. Pewien chłopak o ciemnych oczach i brązowych podszedł do Imrego i zaczął mu składać życzenia urodzinowe, a z nim przyszła dosyć drobna dziewczyna, która sprawiała wrażenie inteligentnej optymistki. Chłopak wypuścił mnie w objęć z czego skorzystałam. Podeszłam do barierki i spoglądałam w morze spowite gęstą mgłą. Zaczęłam rozmyślać nad pewną sprawą, która wcześniej mnie nie interesowała za bardzo. Co się tak naprawdę wydarzyło u Forkid? Czy oprócz mówienia po grecku otrzymałam coś jeszcze?
Z mych myśli wyrwał mnie wolno poruszający się ciemny punkt wśród kłębków mgły. Wytężyłam swój lekko zniszczony przez książki wzrok. Powoli zaczynałam rozróżniać kontury starodawnego statku. Na jego szczycie powiewała czarna flaga z czymś białym na środku. Gdy okręt był jakieś 200 metrów od naszego wycieczkowca zrozumiałam, że płynie na nas statek piratów! Na pokładzie zapanował chaos. Nikt nie wiedział co w takiej sytuacji zrobić. Jak się skapnęłam Mordred razem z Persefoną gdzieś zniknęli. Wrogi statek przybliżał się coraz bardziej, aż w końcu piraci wtargnęli na nasz pokład. Zaczęłam wzrokiem szukać dosyć wysokiego chłopaka o kręconych blond włosach, lecz nigdzie nie mogłam go znaleźć. Tak się złożyło, że stałam niedaleko dziobu i miałam widok na reszte uczestników. Nagle ktoś złapał mnie za włosy od tyłu i zatkał usta usmoloną dłonią. Osoba, która odważyła sie dotknąć mych włosów przyciągnęła mnie do siebie i przystawiła nóż do gardła. Usłyszałam za sobą ochrypły głos mężczyzny w wieku około trzydziestu lat:
-Nie ruszaj się maleńka, a nie ucierpisz.
Praktycznie nic nie mogłam zrobić tylko patrzeć jak reszt załogi tego typka pod osłoną mgły przedostaje się na pokład i próbuje uprowadzić ,,boskie dzieci". Zupełnie nieświadomie przez policzek przeleciała moja łza i dziwnym trafem kapnęła na rękę opryszka:
-Ej, nie mów skarbie, że cię to boli. -odparł rozbawiony
-Tu nie chodzi o ból fizyczny. -wyszeptałam- Tylko o bezradność.
-No proszę, poetka! Może jednak uda nam się na tobie jakoś zarobić.
Dalej wolałam przemilczeć. Rozmowa z tym mężczyzną byłaby po prostu stratą czasu. Zdołałam zauważyć jak dwóch piratów niesie przerzucone przez bark nieprzytomne bliźniaczki:
-Z tych będzie niezły pożytek! -poinformował swego kapitana jeden z tej dwójki
-Bardzo dobrze! Ile ich tam jeszcze jest?
-Claus znalazł wręcz żyłę złota, najpiękniejszą dziewczynę na świecie! -nie trzeba było się domyśleć, że chodziło im o Loren.
-Z chęcią obejrzę nasz towar. -odparł mój oprawca
-Wszystkie będą pod pokładem naszego statku. -rzucił szybko mężczyzna, który niósł Tessę i zniknął z mego pola widzenia
-A co zrobicie z chłopakami? -nie chciałam zadawać tego pytania, ale wolałam wiedzieć
-Jak to co? Zginą szybką i bezbolesną śmiercią!
-Nie możecie! -krzyknęłam załamującym się głosem, a po mych policzkach zaczęły ciurkiem spływać łzy.
-Jak nie jak tak?! -wykrzyknął z tym irytującym rozbawieniem w głosie
Wiedziałam, że prowadzenie tej konwersacji było bez sensu, więc próbowałam powstrzymać łzy rozpaczy, lecz kiepsko mi to szło. W między czasie piraci wyprowadzili wszystkie dziewczyny jakie były na statku, a chłopaków związali przed kapitanem i mą osobą. Jak ich przeliczałam coś mi się nie zgadzało. Kogoś brakowało. Tak czy inaczej każdy chłopak miał krwawy ślad na czole od uderzenia prawdopodobnie łomem. Serce mi krwawiło gdy spoglądałam na nieprzytomnego Imrego.
Tak jak wspominałam, gdy wszystkie dziewczęta zostały przeniesione na statek piratów ich kapitan zaciągnął mnie na ich pokład. Ku mojemu zdziwieniu rozkazał zabrać również chłopców. Uważał, że może jednak los mu się poszczęści i ktoś będzie chciał kupić pięknego młodzieńca. W dalszym ciągu trzymał przy mym gardle nóż, ale w końcu rozbolała go ręka i postanowił związać mi ręce. Jednak nie wsadził mnie pod pokład do reszty dziewczyn. Mogłam swobodnie poruszać się po prawie całym statku. Gdyby nie ta piracka flaga i wygląd statku, można by było ich pomylić z uczciwymi marynarzami. Jak się okazuje pozory mylą.
Słońce już zaszło, a niebo przybrało barwę indygo. Mgła ustąpiła, a w oddali było widać kilka jasno świecących gwiazd. Zapowiadała się dosyć ciepła noc.
Po pewnym czasie usłyszałam coś w stylu dzwonka i krzyk jednego z piratów ,,Kolacja!". Nikt praktycznie się mną nie przeją i wszyscy poszli coś zjeść. Na pokładzie zostałam tylko ja i nieprzytomni chłopcy. Szybkim, aczkolwiek ostrożnym krokiem czmychnęłam do mych znajomych. W pierwszej kolejności przykucnęłam przy Imrem. Wyglądał tak niewinnie i słodko. Chwyciłam skrawek mojej bluzki i wytarłam nim czoło mego ukochanego, które zdobiła zaschnięta już krew. To samo uczyniłam z innymi uwięzionymi chłopakami. Jako iż nadal nikogo nie było postanowiłam uwolnić młodych bogów z więzów. Całkiem szybko znalazłam leżący na beczce mały nożyk do obierania ziemniaków. Znów przykucnęłam przy chłopaku o blond lokach i zaczęłam piłować. Sznur, którym byli związani był bardzo gruby. Piłowałam dosyć długo, aż w końcu został mi prawdopodobnie jeden centymetr do przepiłowania, lecz w tym momencie ktoś od tyłu chwycił mnie za włosy i przyciągnął do siebie. Znów usłyszałam ten sam zachrypnięty głos:
- No wiesz ty co? Tak ładnie ich związaliśmy, a ty chcesz to popsuć? Aż szkoda mi twojej głupoty maleńka, bo bardzo cie polubiłem. - wypowiedziawszy to szybkim ruchem przejechał długim tasakiem po moim gardle rozcinając skórę oraz tętnicę. Poczułam silny ból w klatce piersiowej i w rozciętym miejscu, po czym upadłam na ziemię. Obiema rękami uciskałam swoje krwawiące gardło i spoglądałam na Imrego. Powoli przestawałam słyszeć gwar dochodzący z kuchni oraz szum morza, aż w końcu nastała niezmącona cisza. Pozostał tylko niewyraźny obraz blondyna, ale nie na długo. Poczułam się niebywale senna. Ból mi już nie przeszkadzał. Najważniejsze było zamknięcie oczu i zaśnięcie. Wiedziałam, że umieram. Nie chciałam tego, nie chciałam zostawić Imrego samego! To było takie uczucie jakbym wlazła w rozlany, szybko schnący beton na torach i w moją stronę pędził pociąg zwany śmiercią. Był coraz bliżej, aż w końcu nastała wieczna ciemność oraz stan nieważkości i ta irytująca bezwładność. Nic nie mogłam zrobić ...
Mordred
Po tej jakże cudownej ulewie, moja kuzyneczka gdzieś zniknęła. Nie mogłem jej nigdzie znaleźć, co mnie bardzo martwiło. W jednej chwili córka Afrodyty zaczęła panikować, nie wiadomo po jakie licho, skoro nic się nie działo, co można było wywnioskować po normalnym zachowaniu reszty uczestników wycieczki zorganizowanej z okazji urodzin Imrego.
Zapewne zobaczyła rekina, wieloryba, albo może jeszcze inne zwierze wodne - pomyślałem.
Z racji tego, że do tej pory od naszego pamiętnego wieczoru szczerze nie rozmawiałem z Persefoną ani razu o tej sprawie, a może nawet ani trochę, postanowiłem jej poszukać. Chciałbym wszystko wyjaśnić. To co wydarzyło się wtedy w nocy, nie powinno się nigdy stać. To był wielki błąd, mimo że wcale nie czuję się winny wobec siebie, bo chciałem tego, ale wobec niej, to już inna sprawa. Przecież nie mogłem mieć wszystkiego co chciałem, a zdaje się, że chciałem i wciąż ją chcę.
Odnalazłem dziewczynę po niecałym kwadransie poszukiwań w jednej z sypialń, gdzie się zdrzemnęła. Pewnie się strasznie nudziła, więc poszła odpocząć. Wszedłszy do pokoju, ujrzałem dziewczynę pogrążoną w głębokim śnie, która wyglądała tak pięknie, jak gwiazdy na niebie nocą. Po prostu była idealna, cudowna i nie wiem jakie można dać jeszcze synonimy, by opisać jak niezwykłą urodę posiadała ta istota.
Niestety mój monolog przerwała budząca się bogini.
- Hej. - powiedziała lekko zaspana i przy tym tak bardzo urocza Persefona, gdy próbowała się do końca rozbudzić.
- Hej.
- Jesteśmy już z powrotem w kurorcie?
- Nie. Ale uprzedzę twe następne pytanie i zaraz ci wyjawię, dlaczego jestem w pokoju, którym spałaś.
- No, słucham. Chociaż powiem ci szczerze, że się chyba domyślam czemu.
- Co?
- Zgaduję, że chodzi ci o to co wtedy się stało. - rzekła te słowa nakładając szczególny nacisk na ''wtedy'' - I żeby było jasne, to nie mam ci niczego za złe.
- To ułatwia sprawę.
- Stało to się również z mojej winy, więc nie obwiniaj siebie, proszę.
- Ok.
- To jak, wszystko w porządku z nami?
- Jasne. - i dziewczyna wstała z łóżka, po czym przytuliła się do mnie. Niestety dla mnie ten ruch był dwuznaczne znaczenie.
Oboje wyszliśmy na dwór, ale nie znaleźliśmy nikogo na pokładzie i pod nim. Normalnie gdzieś ich wywiało. Wyglądało na to, ze ja wraz z kuzynką zostałem sam na statku i to nie wróżyło niczego dobrego. W każdym razie, rozdzieliliśmy się i ponownie przeszukaliśmy łajbę. Ja znalazłem tylko jakieś niedopałki po papierosach, ale byłem zaciekawiony bardziej tym, co moja towarzyszka znalazła.
Umówiliśmy się, że spotkamy się przy dziobie, dokładnie tam, gdzie większość dzisiejszego dnia spędziła moja kuzyneczka.
Nie minęła godzina, a zebraliśmy się w miejscu spotkania. Dziewczyna trzymała coś w ręce, gdy szła w moja stronę. Ta rzecz była raczej metalowa, gdyż odbijało się w niej światło słoneczne. Po chwili Persefona stanęła na przeciwko mnie i ukazała dany przedmiot. W sumie to nie był jeden przedmiot, a dwa. Jednym z nich był składany nóż, a drugim zaś, skrawek czarnego materiału pachnącego wodą.
Moja krewna wyglądała na zadowoloną z siebie, uśmiechała się nieśmiało, ale i tak pięknie.
- Ja znalazłam to - podała mi dwa przedmioty - mogą się do czegoś przydać. A ty co znalazłeś? - zapytała z zaciekawieniem.
- Tylko jakieś resztki po fajkach. W sumie nic interesującego.
- Może i tak, ale nadal to jakiś ślad. Nie sądzisz?
- Co prawda to prawda. Może wejdziemy na dach statku?
- Po co?
- Istnieje pięćdziesiąt procent szans, że dzięki temu odnajdziemy resztę.
- Niech ci będzie, ale wiedz, że ostatnio nie ćwiczyłam wspinaczki.
- Nie martw się, jakoś sobie poradzimy. Najwyżej trochę ci pomogę.
Wraz z dziewczyną udaliśmy się do "wejścia" na dach, które zmuszało nas do niemałej wspinaczki. Przepuściłem Persefonę, na wszelki wypadek, gdyby potrzebowała podsadzenia czy coś. No dobra, to nie był jedyny powód, chciałem trochę popatrzeć na jej wspinający się zgrabny tyłek. Oczywiście jak to ja, nie przepuściłbym takiej świetnej okazji na podziwianie jej krągłości.
Wyszło jednak na to, że obeszło się jej bez mojej pomocy, przez co byłem trochę zawiedziony. Myślałem, że mógłbym ponownie dotknąć jej boskiego ciała. No niestety nie poszło po mojej myśli i teraz ja musiałem się wpinać. Byłem wysportowany, więc nie miałem problemów z wejściem na górę. Pod koniec, gdy musiałem stanąć, trochę noga mi się poślizgnęła i mało brakowało żebym poleciał w dół. Z tejże opresji uratowała mnie Persefona, łapiąc moją dłoń i ciągnąc w swoją stronę. Wiadome jest, że ważę więcej od swojej kuzynki, więc dziewczyna musiała się nieźle wysilić bym się nie wywalił. W ostatniej chwili ratunku nasze ciała się spotkały i poczułem jak Persefonie szybko bije serce, a oddech ma przyśpieszony. Ręce jej spoczywały na mych barkach, a cóż, jej biust przylegał do mej klatki piersiowej. Na samą myśl, że sylwetka kuzynki jest tak blisko, cała moja krew zawrzała i zacząłem myśleć przyrodzeniem, anie mózgiem. Już się schylałem, by pocałować Persefonę, gdy ujrzałem obcy statek, który natychmiastowo zepsuł nastrój. Odsunąłem się od niezwykłej kobiety i wróciły mi moje zmysły jak też i rozum.
- Widzisz ten oddalający się statek? -zapytałem się chyba podnieconej dziewczyny. Nie potrafiłem odczytać emocji nią szargających.
- Yhm.
- Musimy się na niego dostać, podejrzewam, że tam znajdziemy naszych przyjaciół.
- Ale jak my się tam znajdziemy w tak krótkim czasie.
- O to nie musisz się już martwić. Prze teleportuje nas tam, więc złap się mnie i za chwilę będziemy na miejscu. - powiedziałem to i dopiero po kilku sekundach dotarł do mnie sens wypowiedzianych słów.
- W porządku. - tak więc dziewczyna przytuliła się do mnie swym zmysłowym ciałem, a ja szybko
nas przetransportowałem na drugi okręt.
W mig znaleźliśmy się pod pokładem okrętu, gdzie ujrzeliśmy dziewczyny ze związanymi dłońmi i stopami. Wyglądały na przerażone. I właśnie w tym oto momencie wkurzyłem się cholernie. Chciałem ukatrupić tego, kto to zrobił. No bo jak tak można postępować z kobietami. Ten facet lub faceci musieli być porządnie porąbani.
Jak tylko znalazłem wejście na pokład, wyszedłem na zewnątrz by się rozliczyć z całą bandą, podczas gdy Persefona będzie uwalniać pozostałe boginie.
Imre
Jakoś nie mogłem nigdzie znaleźć Nel. Wszędzie szukałem jej wzrokiem, lecz bez skutku. Uspokajałem się myślą, że być może Megan ją zabrała na Ziemię, a może chciałem w to wierzyć? W każdym razie wróciłem do swojego pokoju cały wyczerpany i obolały. Ci piraci całkiem mocno nas związali. Ostatnie co pamiętam to wielki tłok. Wszyscy pchali się do wnętrz statku i przy okazji mnie tam wepchnęli. Wiedziałem, że Nel stoi na dziobie i wpatruje się w ocean. Próbowałem się do niej dostać, lecz siła tłumu była większa. Później pobiegłem do drugich drzwi by tamtędy wybiec na dziób, ale ktoś walną mnie czymś ciężkim w głowę i osunąłem się na podłogę. Później ocknąłem się, gdy Mordred zaczął mnie walić po policzkach. Kiedy walczył to było coś na prawde epickiego. Nigdy nie widziałem mego przyjaciela w takiej furii. Myślałem, że ich pozabija, lecz syn Hadesa okazał się bardziej okrutny niż sądziłem. No ale przynajmniej wszyscy wyszliśmy z tego cało ...
Nie! Nie wszyscy przecież wrócili! Zacząłem panikować, a serce biło jakbym przebiegł dziesięć kilometrów. Natychmiast wybiegłem z pokoju prosto we mgłę, która zabrała mnie do Hadesu. Waliłem do drzwi, aż zdziwiony lokaj mi je otworzył. Wparowałem do środka i co sił w nogach popędziłem po schodach na górę do pokoju Mordreda. Wtargnąłem na jego teren bez pukania przez co mało nie oberwałem składanym nożem w czoło:
- Ach, to tylko ty. - westchnął.
- Zwariowałeś? Mało mnie nie zabiłeś?! - wrzasnąłem wnerwiony.
- A tak właściwie, czemuż zawdzięczam tę niespodziewaną wizytę? - zapytał z nonszalancją.
- Nigdzie nie mogę znaleźć Nel. Mam wrażenie, że jest na statku.
- Serio? Myślałem, że wróciła z tobą. - odparł zakłopotany.
- Mógłbyś tam ze mną pójść? Jakby któryś z piratów żył to byś się z nim rozprawił. Wiesz, że ja nikogo oprócz Marco bym nie skrzywdził.
- Jasne. Ale będziesz mi winny czekoladę.
-Dobra, chodź! - pociągnąłem go za rękę w białą mgłę.
Wkrótce znaleźliśmy się na statku. Praktycznie cała jego już martwa załoga zaczęła się rozkładać przez co smród był okropny.
- Na serio myślisz, że Nel może tu być? - zapytał z nutą kpiny w głosie.
- Ona musi tu być! - wrzasnąłem bliski załamania.
- Cóż, ten statek jest dosyć duży więc może się podzielimy? Ja sprawdzę kajuty, a ty pod pokładem.
- Ok. - i pomknąłem niby strzała pod pokład. Panowała tam wręcz namacalna ciemność. Widać tylko było promienie słoneczne przedostające się przez szczeliny w suficie. Całe pomieszczenie było zakurzone i brudne. Co chwila o coś się potykałem. Starannie przeszukałem to miejsce, lecz mojej Nel nigdzie nie było. Miałem nadzieję, że Mordred ją znalazł. Tak więc poleciałem z powrotem na góre i skierowałem się w stronę kajut. Wszystkie drzwi były otwarte, a pokoje puste. Gdy doszedłem do ostatniego zauważyłem mego przyjaciela stojącego w przejściu. Najwyraźniej się w coś wpatrywał:
- Znalazłeś coś? - zapytałem, a on drgnął wystraszony na dźwięk mojego głosu.
- N-nie! - odpowiedział za szybko, coś mi nie pasowało.
- Co tam jest?
- Pies ... Martwy pies. - wyszeptał pobielałymi wargami.
- Pies? - zapytałem nie dowierzając - Jaki pies?
- Piękny. - odpowiedział wpatrując się w ,,psa".
- Pokaż. - odparłem nagle i odepchnąłem go w bok by przejść. O dziwo nie stawiał oporu i posłusznie się odsunął. Zajrzałem w głąb pokoju i zauważyłem coś co leżało w kącie. Na pierwszy rzut oka owo coś wyglądało jak skulony pies, lecz po podejściu bliżej zauważyłem ludzkie kontury. Dreszcz przeszedł mi po plecach, gdy uświadomiłem kogo mam u swych stóp. Załamany upadłem na kolana i delikatnie podniosłem dziewczynę całą umazaną we krwi. Ze łzami w oczach z całej siły przytuliłem ją do swej piersi i zacząłem płakać. Czułem się jak dziecko. Z każdą minutą wylewałem co raz więcej łez. Nie dałem rady na nią patrzeć. Wyglądała wręcz okropnie. Wszystko było w zaschniętej krwi. Zdołałem zauważyć głębokie cięcie na szyi i domyśliłem się co było powodem jej śmierci:
- Nie zdążyłem cię mieć, a już straciłem. - wyszeptałem drżącym głosem - Boli mnie świadomość, że już ciebie więcej nie zobaczę, że już nigdy cię nie pocałuję, że już nigdy nie przytulę. - nadal szeptałem - Ale ciebie już nie ma! Znowu jestem sam! - wykrzyczałem. Nawet nie zauważyłem kiedy podszedł do mnie Mordred i przyjacielsko położył rękę na ramieniu. Delikatnie pociągnął mnie w tył co dało mi sygnał byśmy już szli. Jeszcze raz mocno przytuliłem Nel do swojej piersi, po czym wypuściłem ją z mych objęć i położyłem na podłodze:
- Chodźmy już. - szepnął mój przyjaciel. Nie dałem rady odpowiedzieć. Stałem jak słup soli i wpatrywałem się w jej martwe ciało. Czułem dojmujący ból. Straciłem ją ... Straciłem na zawsze!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz