czwartek, 10 grudnia 2015

Rozdział 29

Imre
Cały dzień przeleżałem w łóżku. Praktycznie nie miałem nic do roboty. Rzadko wychodziłem z pokoju, by nie oszaleć. Dziś miałem zamiar dotlenić się i wyjść na krótki spacer. Delikatnie uchyliłem drzwi i jak na rozkaz przed nimi pojawiła się ma zacna siostra Megan:
- Czego chcesz? - zapytałem znużonym głosem.
- Niczego debilu. - warknęła i bez pukania wtargnęła do mego lokum - Ale masz tu syf! - oburzyła się - Kiedy ostatnio tu sprzątałeś?
- Pytam się jeszcze raz: czego chcesz?- obdarzyła mnie tak jakby zatroskanym wzrokiem?
- Słuchaj, bo jest sprawa ... - zaczęła.
- Wiedziałem! - wykrzyknąłem.
- Niee, nie chodzi o mnie. - próbowała mnie uspokoić, tak na prawdę to nikt nie zdawał sobie sprawy, jak ona potrafi mnie szybko wyprowadzić z równowagi - Miałam nikomu nie mówić, ale ty się zmieniłeś w pustelnika i wydaje mi się, że odpowiednio doradzisz w tej sytuacji ...
- W jakiej sytuacji?
- Nooo ... - nie mogła z siebie nic wydusić - Bo Nora zakochała się w Marco, ale on jej nie dostrzega i dziewczyna jest załamana, że on się nią nie interesuje i błagam pomóż. - wyrzuciła z siebie ten cały potok słów jednym tchem.
- Och. - nie miałem pojęcia jak to skomentować - Czekaj, wyjaśnij mi wszystko powoli. - zaproponowałem
- Kurna. Której części mej kurewsko pięknej wypowiedzi nie zrozumiałeś?- zapytała zirytowana
- Może powiem co zrozumiałem: Nora zakochała się w Marco, ale on się nią nie interesuje.
- No brawo durniu, przynajmniej zrozumiałeś podstawowe informacje. - pochwaliła mnie
- I co ja mam niby mieć z tym wspólnego?
- Masz pomóc nam w tym by Marco zakochał się w Norze.
- Jak to wam?
- Nooo mi i Aaronowi.
- Ech, jeżeli o ciebie by chodziło to nawet bym palcem nie kiwną, ale skoro chodzi o naszą małą Norę oczywiście pomogę.
- Yes! - wrzasnęła podekscytowana
- No już cicho. - nakazałem - W jaki sposób mam wam pomóc?
- Tak szczerze?
- Nie, wiesz, okłam mnie.
- Hah, poczucie humoru nigdy cie nie opuszcza braciszku. - zaśmiała się - Mieliśmy pomysł byś pogadał trochę z Marco i byście się natknęli w ogrodach na Norę, która by potrzebowała pomocy...
- Zaraz, zaraz. A co jeżeli Marco będzie mi kazał jej pomóc?
- O tym już pomyślałam. - rzekła i z sadystycznym uśmiechem chwyciła mnie za nadgarstek i wykręciła go w nienaturalny sposób, mój krzyk rozniósł się po całym Olimpie, a przynajmniej odniosłem takie wrażenie.
- Ty wstrętna cholero! Jesteś chorą sadystką! Cholerna idiotka! W kogo się wdałaś? - wydarłem się na nią.
- Ja też ciebie lubię. - odwróciła się i zaczęła szperać w mojej komodzie - Gdzie łajzo trzymasz jakieś opatrunki?
- Ostatnia szuflada po prawej. - mruknąłem siedząc już na kanapie trzymając się kurczowo za nadgarstek.
- Oj, no nie płacz. Do wesela się zagoi. - pocieszała mnie.
- Pytanie do czyjego, bo na pewno nie do mojego. - wypowiedziałem te słowa z goryczą i potężnym skurczem serca.
- Do wesela Nory i Marco oczywiście. - zignorowała nutę goryczy w mym głosie.
- Pewnie. - prychnąłem.
- No i gotowe. - w końcu udało jej się zabandażować mą dłoń - A teraz leć do Marco i namów go na spacerek po ogrodzie. - wypowiedziawszy te słowa niczym eteryczna istota zniknęła za drzwiami prowadzącymi na korytarz.
Nie wiedziałem dlaczego akurat do mnie przyszła z tą nietypową prośbą. Dobrze wiedziała, że Marco za mną nie przepada i prędzej byśmy się pozabijali niż spełnili jej chory plan. Czemu ja zawsze muszę być tym dobrym bratem, a później jestem pokrzywdzony? Jak to się mówi ,,Jeżeli masz miękkie serce musisz mieć twardą dupę". Coś w tym jest ...
Gdy wreszcie stanąłem przed pięknie rzeźbionymi drzwiami rozmyślałem nad powodem mych odwiedzin. Nic innego mi nie przychodziło na myśl jak Nel. Zapukałem z nadzieją, że nikogo nie zastanę, lecz chyba los wolał by było inaczej. Ku mojemu zdziwieniu Marco wyglądał niezwykle podobnie do mnie w pierwszych dniach po stracie tej uroczej osóbki. Muszę przyznać, że zrobiło mi się go żal:
- Witaj. - przywitałem się.
- Którego dzisiaj mamy? - zamiast powitania zmęczonym głosem zadał mi pytanie.
- Sam nie wiem, dni mi się zlewają. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- A tak w ogóle to czego chcesz? - znów zadał mi pytanie.
- Chcę z tobą porozmawiać, gdyż ty jedyny mnie zrozumiesz ... - odpowiedziałem nieśmiało.
- Wchodź. - nakazał, lecz szybko się sprzeciwiłem.
- Wolałbym pochodzić trochę po ogrodzie. Dosyć dawno nie przebywałem na świeżym powietrzu.
- Dla mnie bez różnicy. - rzucił obojętnie po czym wyszedł ze swojej nory zwanej pokojem.
Szliśmy i w miarę możliwości staraliśmy się rozmawiać ze sobą w kulturalny sposób:
- Jak ty to wytrzymujesz? - zapytał mnie znienacka.
- Co wytrzymuję? Samotność? Pustkę w sercu? Otóż mój kolego ja tego nie wytrzymuję.
- Ale wydajesz się być zawsze taki opanowany ...
- Wcale nie. - mruknąłem i pokazałem mu zabandażowany nadgarstek, który wykręciła mi ta wstrętna pokraka zwana moją siostrą.
- Samo okaleczanie? Pomaga ci? - zapytał zaciekawiony.
- Na krótko. - wypowiadając te słowa odwróciłem twarz, by Marco nie dostrzegł, że kłamię
- Ciekawe ... Imre, a jeżeli byłaby taka możliwość, co byś robił by znów ją zobaczyć, przytulić? - zapytał jakby z nadzieją.
- Wszystko. - westchnąłem - Oddałbym swoją duszę, serce, ciało, a nawet siostrę.
- Wiesz, ja ... - nie dokończył, gdyż w tejże błogosławionej chwili usłyszeliśmy rozdzierający krzyk Nory. Oboje popatrzyliśmy pytającym wzrokiem na siebie i pobiegliśmy w stronę skąd dochodził głos dziewczyny. Jak się okazało niechcący weszła w pułapkę i teraz zwisała na linie głową w dół:
- O Imre, Marco! Jak dobrze was widzieć. - uśmiechnęła się.
- Nam również. - mruknąłem.
- Co u was słychać? - zapytała jakby nic się nie stało.
- A nie przeszkadza ci to, że zwisasz na linie głową w dół? - zapytał uszczypliwie Marco.
- Tylko troszkę.
- Może ją ściągniemy? - zaoferowałem.
- No dobra. - zgodził się.
- Ty ją przytrzymaj, a ja znajdę coś ostrego i przetnę line. - po czym zniknąłem za najbliższym krzakiem i mało nie nadziałem się na ostry jak brzytwa nóż. Aaron jękną z przerażeniem wymalowanym na swej przystojnej twarzy i zadał mi pytanie:
- Nic ci nie jest?
- Nie, ale na przyszłość uważaj z tym nożem. - ostrzegłem i już chciałem go wyminąć, gdy się odezwał.
- Megan kazała mi przekazać tobie ten nóż... - rzekł nieśmiało spoglądając na lśniące ostrze
- Ach tak? - zapytałem z udawanym zdziwieniem i wziąłem od niego ostry przedmiot - Dziękuję i przekaż jej by wieczorem mnie odwiedziła. - po czym ruszyłem z powrotem do Nory i Marco. Gdy wreszcie doszedłem pod drzewo zauważyłem, że Wieszak (tak nazywam Marco od czasu do czasu) trzyma tę jakże delikatną istotę w swych ramionach, a jej stopa jest prawie bordowa od zaciśniętego na niej sznura. Czym prędzej odciąłem linę od drzewa po czym zacząłem delikatnie piłować węzeł przy nodze dziewczyny. Na szczęście nie wyrządziłem jej krzywdy, lecz jak się okazało miała skręconą kostkę i nie mogła chodzić. Nie chcąc nieść Nory (nie to, że mi się nie chciało, ale skoro mieliśmy ich do siebie zbliżyć musiałem to zrobić) wymigałem się spotkaniem z kimś ważnym przy okazji dając polecenie, by zaniósł biedną brunetkę do jej pokoju po czym szybkim krokiem opuściłem ogrody. Słońce zaczynało zachodzić. Na niebie malowały się wszelkie odcienie niebieskiego, ale przeważnie królowała barwa indygo. Przed drzwiami do mego pokoju stała zniecierpliwiona Megan:
- I co? I jak poszło? - dopytywała się.
- Wiesz, że skręciłaś Norze kostkę? - zapytałem.
- Serio? Myślałam, że nic jej nie będzie. - rzekła zatroskanym głosem.
- No coś podobnego! - klasnąłem w dłonie, ale szybko pożałowałem tego, gdyż mój skręcony nadgarstek dał mi się we znaki.
- Ja na prawdę ... - w jej głosie słychać było skruchę oraz smutek.
- Pociesze cię informacją, że Marco ją trzymał na rękach i ciągle się na nią gapił. A i kazałem mu odnieść ją do jej pokoju.
- Na prawdę? - wrzasnęła wstrząśnięta - Imre, jesteś aniołem! - z radością przytuliła się do mnie prawie nie łamiąc mi przy tym kręgosłupa i żeber - Jesteś najlepszym bratem na świecie. - mruczała, a ja byłem obojętny na jej miłe słówka.
Gdy wreszcie raczyła się ode mnie odkleić skacząc poleciała w stronę pokoju Nory. Wieczór miałem spędzić w samotności, lecz jak się okazało ktoś mnie odwiedził...


Lena
Nie wiem jakim cudem, ale posiadłam zdolność samodzielnego teleportowania się w różne miejsca, w prawdzie to zaczynałam myśleć, że Hades podarował mi ten dar i ogromnie byłam mu wdzięczna za to. Wspaniałym uczuciem było ekspresowe przemieszczanie się z jednego miejsca w inne. 
Dotarłam do pokoju Imrego bez większego problemu i zapukałam do drzwi sypialni chłopaka. Przez chwilę nikt nie odpowiedział, ale czekanie nie było za długie, gdyż spotkałam młodzieńca na korytarzu, gdy zmierzał w stronę swego pokoju. 
- Hej Imre. - zagadałam pierwsza.
- O, hej Persefono, wybacz, nie zauważyłem cię. - odpowiedział, gdy wrócił do rzeczywistości.
- Nic nie szkodzi. - po wypowiedzeniu tych słów lekko się uśmiechnęłam żeby dodać jemu otuchy.
- Może wejdziemy do środka i pogadamy? - zaproponował.
- Jasne. - odrzekłam.
Pokój chłopaka był trochę nieogarnięty jak to pokój płci przeciwnej, ale dostrzegłam pewną małą zmianę. Nie było już w nim tak jasno jak za czasów, gdy żyła Nel. Stał się przygnębiający, jakby uszło z niego życiodajne światło
- Jak się trzymasz? - zapytałam go po tym jak usiedliśmy na białej kanapie, która na pozór była czyta, ale gdzie po szparach powpychane zostały ciuchy Imrego. Chyba jakoś ie za bardzo dbał o siebie i o środowisko, w którym żyje od czasu śmierci jego ukochanej.
- Jeśli mam być szczery, to kiepsko. Strasznie za nią tęsknie i brakuje mi jej każdego dnia. Wiesz jak to jest, gdy tracisz kogoś na kim cholernie ci zależy? Wiesz, jak to jest nie móc powiedzieć tej osobie tak wielu ważnych rzeczy, na przykład, że ją kochasz?
- Domyślam się jak to jest, chociaż tego nie przeżyłam. Na prawdę ci współczuje Imre i żałuje, że nie mogę za wiele ci pomóc w twojej sprawie, choć istnieje kilka rzeczy, które skłonna jestem uczynić.
- Persefono, co to jest? Proszę, powiedz mi co możesz zrobić w tej okrutnej sytuacji, bo mi się wydaje, że nic nie możesz dokonać.
- Mogę przekazać jej parę słów od ciebie jeśli byś tego chciał.
-Możesz??!!- zawołał na wpół uradowany, na wpół zdziwiony
-Oczywiście.- odparłam spokojnie- Dosłownie przed chwilą odkryłam, że Nel przebywa na Polach Elizejskich, a właściwie jej dusza.
-Ja ...- miał zamiar przekląć, lecz jego dobra natura go powstrzymała
-Spokojnie Imre, nie tak szybko. Najpierw musimy ochłonąć. Do tej pory się z tego nie otrząsnęłam.- zwierzyłam się mu
-Dobrze, dziękuję, już mi lepiej.- odparł opanowany- Kiedy się z nią znów zobaczysz?
-Prawdopodobnie jutro.
-Możesz jej przekazać, że bardzo się cieszę z wiadomości, że gdzieś żyje, i że bardzo za nią tęsknię.
-Masz to jak w banku.- odparłam
-Jestem ci niezmiernie wdzięczny. -odparł ze smutnym uśmiechem
-Z tego co wiem, Nel chciała wiedzieć co u ciebie.
-Aż szkoda gadać. Powiedz jej, że u mnie w porządku, i że przesyłam jej gorące uściski i ...- urwał i się zaczerwienił
-...I namiętne pocałunki?- dokończyłam
-Tak.- odparł zadowolony z mego toku myślenia
-Przekażę jej to z pewnością.- zapewniłam go- A tak w ogóle coś cicho na Olimpie...- zagadnęłam z nadzieją na jakieś pikantne wieści
-To prawda, wszyscy czekają na rozwój sytuacji między dwojgiem boskich dzieci- ta odpowiedź mnie zadowoliła; pożegnaliśmy się dosyć szybko, gdyż robiło się późno, a rano czekał mnie pracowity dzień.

Imre
Nastał kolejny dzień. Ku memu zdziwieniu dziś nie byłem niczym mumia. Dziarskim krokiem ruszyłem do łazienki i odbyłem swą poranną toaletę. Już miałem wychodzić z pokoju, gdy przyniesiono mi na srebrnej tacy śniadanie. Serdecznie podziękowałem lokajowi i zabrałem się do jedzenia. Niestety nie na długo mogłem się nacieszyć smakiem świeżych owoców, gdyż jakaś pokraka zapukała do mych drzwi:
-Proszę! -wrzasnąłem z jedzeniem w ustach przez co mój głos był lekko przytłumiony
-Witaj braciszku.- przywitała się ze mną ma idealna inaczej siostra
-Czego znowu chcesz?
-Hmmm, mogę się poczęstować?- zapytała
-Bierz.- odparłem bez namysłu
-A więc.- zaczęła oficjalnym tonem trzymając w swej idealnie smukłej dłoni czerwone niby krew jabłko- Chciałabym byś znów wyciągnął Marco na spacer, lecz tym razem będę siedziała z Norą na ławce i ,,przez przypadek" się spotkamy...
-I co dalej?- przerwałem jej oczekując jakichś sadystycznych szczegółów
-Dalej? Zostaw to mnie.- obróciwszy się na pięcie wyszła z mego pokoju zostawiając na komodzie ogryzek; nawet nie zauważyłem kiedy go zjadła.
-Brudas!- wrzasnąłem za nią, a w odpowiedzi usłyszałem jej pełen triumfu śmiech; wiedziała, że i tak po niej posprzątam.
Po śniadaniu zgodnie z planem Megan poszedłem do Marco. Podczas drogi do jego pokoju zastanawiałem się nad powodem mych odwiedzin. Jak zwykle do głowy przyszła mi Nel, lecz nie mogłem mu powiedzieć, że ona gdzieś tam jest. To by przeszkodziło mu w zakochaniu sie w Norze.
Tak więc z nietypową prośbą zapukałem do drzwi jego pokoju:
-Imre?- zapytał zdziwiony bez cienia odrazy czy też pogardy
-Tak ja.- odparłem z lekkim uśmiechem; nie wyglądał już na zaniedbanego, wręcz przeciwnie! Był ogolony, włosy miał starannie poczesane, a cały pachniał jakimiś nieznanymi perfumami (oczywiście męskimi).
-Co cię do mnie sprowadza?
-Ech, aż wstyd mi mówić, ale...-odwróciłem głowę, zawsze to robiłem, gdy próbowałem kłamać-...Potrzebuje twojej rady.
-Ty? Mojej rady?- nie mógł w to uwierzyć
-Tak.- starałem się udawać zawstydzonego
-No dobrze, w jakiej sprawie?- dziś był zaskakująco miły dla mnie, więc postanowiłem z tego skorzystać
-Wolałbym, aby nikt się o tym nie dowiedział, więc wyjdźmy na dwór.
-Jak sobie życzysz.- bez problemu opuścił swe lokum i udał się za mną
-A więc.-wziąłem głęboki oddech i spuściłem głowę najniżej jak się dało.- Zamierzam zamieszkać na ziemi
-Co?- zapytał osłupiały
-Tak. Ktoś musi powiedzieć rodzinie Nel, że ona nie żyje, że nigdy już nie wróci d domu.- po policzku spłynęła mi udawana łza; zapewne swym widokiem go wzruszyłem, gdyż przyjacielsko poklepał mnie po ramieniu
-Teraz rozumiem.- westchnął- Przepraszam cię za wcześniej, za to że byłem taki chamski i wredny.
-Wybaczam ci.- odpowiedziałem szczerze lekko uśmiechając się
-Patrz, czy to nie przypadkiem twoja siostra?- zapytał nagle pokazując głową w stronę ławki na której siedziała ta szkarada, a obok niej urocza Nora.
-Faktycznie, ale nie siedzi sama. Może przywitamy się z nimi?- zaproponowałem i ruszyliśmy w ich stronę
-O cześć!- przywitała się z entuzjazmem brunetka
-Witaj.- Marco witając się z nią delikatnie ujął jej rękę i ucałował; dziewczyna jak na komendę się zarumieniła,a Megan dała mi sygnał, żebym coś zrobił
-Emm, Marco, mógłbyś przez chwile zostać z Norą? Muszę coś dać mej siostrze.- szybko odparłem patrząc się w przeciwną stronę
-Jasne.- mruknął nawet nie patrząc na mnie.
Razem z siostrą ukryliśmy się niedaleko mających się ku sobie nastolatków. Co najważniejsze nie było nas widać, lecz mogliśmy wszystko usłyszeć:
-Co u ciebie? Jak nadgarstek?- zapytał z radością i troską w głosie i dosiadł się do niej
-Wszystko w porządku,dziękuję, a co u ciebie?- odparła równie radośnie
-Kiedy jesteś przy mnie wszystko staje się lepsze wiesz?- zagadnął, a Meg aż podskoczyła z podekscytowania, a ja lekko szturchnąłem ją w ramię, by przypomnieć jej, że ich obserwujemy i musimy pozostać niezauważeni
-Naprawdę? Popatrz, jaki ja mam wpływ na ludzi.- zaśmiała się słodko, a Marco razem z nią
-Wiesz co? Może dałabyś sie zaprosić na obiad albo na spacer?- zapytał  z nadzieją w głosie
-Myślę, że z chęcią.- odparła zadowolona- Tylko kiedy?
-Chociażby teraz!
-Przecież oni jeszcze nie wrócili.
-To nic i tak ich długo nie ma. Zostawimy im kartkę.
-Dobry pomysł! Masz coś do pisania?
-Jasne,że mam.- po czym wyciągnął z kieszeni długopis.
-Mogę?
-Oczywiście.- podała jej przyrząd do pisania muskając jej skórę opuszkami palców- A masz na czym pisać?
-Mam.- z triumfem wymalowanym na swej uroczej buźce wyciągnęła z kieszeni spodni mały skrawek papieru i zaczęła notować krótką wiadomość. Później zostawiwszy karteczkę na ławce położyli na niej kamień, aby nie zdmuchnął jej wiatr i odeszli. Razem z Meg wyskoczyliśmy z krzaków jak oparzeni i wręcz biliśmy się o pozostawiona przez nich wiadomość. Oczywiście pierwsza przeczytała ją ma siostra i poinformowała mnie iż poszli na plaże.
-No to idziemy.- zawyrokowałem, a ona posłusznie ruszyła za mną.
Gdy już doszliśmy na plaże skryliśmy się za pobliskimi drzewami i w dalszym ciągu obserwowaliśmy ich. Oboje stali na brzegu, a ich stopy pieściła piana morska. Trzymali się razem za ręce i wpatrywali sie w niewidzialny punkt przed sobą. Niestety odległość była zbyt duża byśmy cokolwiek usłyszeli w dodatku fale szumiały zagłuszając jakikolwiek dźwięk. Pozostało nam tylko obserwowanie ich z tejże bezpiecznej odległości. Po jakimś czasie Marco powoli stanął bokiem, tak samo jak Nora. Przez chwile stali w milczeniu i wpatrywali się w swoje oczy. Wieź, która między nimi się utworzyła była tak silna, że aż my ją poczuliśmy. Od obojga zakochanych emanowała miłość. Można było to wyczuć w powietrzu. Nagle Meg wstrzymała oddech, a ja spoglądałem jak Marco całuje tą tak kruchą istotkę. Poczułem głęboki skurcz serca, aż sie osunąłem na ziemię. Nie miałem na nic siły. Ku memu zdziwieniu ma siostra szybko się do mnie schyliła i zatroskana zapytała co mi jest. Zapewniałem ją, że czuję się świetnie, ale ona wiedziała że kłamię. Pomogła mi wstać i dalej wpatrywaliśmy się we flirtujących nastolatków. Teraz stali przytuleni i w dalszym ciągu wpatrywali się w horyzont, tak jakby oczekiwali, że coś się na nim pojawi. Popatrzyłem zmęczonym wzrokiem na Meg, a ona zrozumiała, że patrzenie na nich sprawia mi ból i kiwnęła głową na znak bym poszedł do siebie. Posłałem jej grymas, który miał być uśmiechem po czym dyskretnie odszedłem zostawiając ją samą. Co było dalej nie wiem, mogę się tylko domyślać, gdyż natychmiast jak wróciłem do pokoju, rzuciłem się na łóżko i zasnąłem.

Lena
Wracałam z Pól Elizejskich na Olimp po to, by zdać małą relację z rozmowy mojej i Nel Imremu. Założę się, że jest strasznie ciekawy tego, co usłyszałam od dziewczyny.
Gdy stałam już przed drzwiami pokoju Imrego lekko zapukałam a wrota sypialni otworzyły się w mgnieniu oka oraz ukazały sylwetkę młodego boga.
- Persefono jesteś wreszcie. Nie mogłem się doczekać twej ponownej wizyty.
- Wiesz, tez się cieszę, że cię widzę. A czy teraz mogę wejść do środka, bo strasznie mi zimno? - zapytałam się chłopaka, bo ten chyba nie spostrzegł jak wieje mocno wiatr na dworze.
- Tak, jasne. - i w końcu wpuścił mnie do ciepłego pomieszczenia, gdzie od razu wzięłam koc z kanapy, aby się nim przykryć odrobinę.
Gdy usiedliśmy na śnieżnobiałej kanapie, Imre od razu zaczął się mnie wypytywać o  rozmowę z Nel, jak ona teraz wygląda i czy przekazałam jej słowa, które wcześniej on mi powiedział.
- Nie spiesz się tak. Daj człowiekowi odetchnąć.
- Przepraszam, bo prostu jestem trochę podekscytowany jak i również zmęczony.
- Wiesz, wyglądasz strasznie blado. Może jesteś chory?
- Jedyne co jest we mnie chore, to serce. Powoli umiera z tęsknoty za nią, za jej pięknym uśmiechem i oczami przepełnionymi czułością oraz miłością.
- Żałuje, że nie mogę niczego uczynić żebyście się spotkali. Imre, Nel już należy do innego świata.
- Wiem, po prostu nie potrafię o niej zapomnieć, nie mogę o niej zapomnieć. Kocham ją najbardziej na każdym świecie.
- Wiesz, najlepiej żeby zapomnieć o miłości do pewnej osoby należy znaleźć sobie drugą miłość.
- Nie ma drugiej takiej na świecie jak Nel.
- No cóż, raczej nic nie poradzę w tej sytuacji, gdy nie chcesz znaleźć nowej drogi w życiu.- wzięłam głęboki wdech i się pożegnałam w złej atmosferze z Imrem.
Szłam wzdłuż korytarza prowadzącego na zewnątrz pałacu. Gdy przechodziłam obok wielkich palm zasłaniających widok na plażę, dostrzegłam pewną postać. Chciałam się dowiedzieć któż to jest, więc podążyłam w stronę zachodzącego słońca symbolizującego światłość i dobro.
Osobą kryjącą się okazała się Megan. Podeszłam do  niej po cichu i...
- Co robisz? - zapytałam się z ciekawością, a gdy Megan zauważyła moją obecność, podskoczyła z zaskoczenia.
- O bogowie, nie strasz mnie tak. - odpowiedziała ledwo łapiąc oddech - I mów cicho, nie wiesz jak się starałam, aby mój plan wszedł w życie.
- Jaki plan?
- Ten plan.- chwyciła moją głowę i zwróciła ją w stronę plaży, gdzie się przytulała zakochana para.
- Kto to jest?
- A jak myślisz? To Marco i Nora. Nie masz zielonego pojęcia, jak trudno było wzbudzić w Marco zainteresowanie Norą.
- Było trzeba od razu mówić. Wiesz co, nawet się do ciebie przyłączę w patrzeniu na tę szczęśliwą parkę.
- No dobra, tylko siedź cicho, bo jeszcze ich wypłoszysz.
- Jasne.  

niedziela, 22 listopada 2015

Rozdział 28

Mordred 
Nareszcie znalazłem.
"Żeby wybudzić kobietę z tzw, śmiertelnego snu, należy zasnąć w głęboki sen, a następnie przenieść w najtrudniejszy do przejścia labirynt, umysł. Gdy kochanek znajdzie się w nim, musi znaleźć komnatę snów, gdzie wybranka jest uwięziona. Jeżeli powiedzie się misja z odnalezieniem komnaty, powinieneś wkroczyć do snu dziewczyny i sprawić, że nie będzie myślała o niczym innym, niż o tobie. Niewielu mężczyznom się to udało, ale jeśli ci się powiedzie to zadanie, będzie to oznaczało, że jesteś tej dziewczyny wart i na nią w pełni zasługujesz oraz kochasz ją całym sercem. Życzę powodzenia mój drogi, Madea".
Z tego zapisku wynikało, że uratowanie Persefony nie będzie należało do najłatwiejszych, ale musiałem spróbować. Jeżelibym tego nie uczynił, nie darowałbym sobie. Umarłbym z tęsknoty za nią, mimo że często doprowadza mnie do szału. Jak już  wcześniej na pewno mówiłem, uratowałbym ją, chociażby za cenę własnego życia. Była więcej warta niż moje życie. Należałoby rzecz, że była warta wszelkich skarbów światów, a nawet więcej niżeli one.
Poprosiłem ojca o pomoc, a ten się zgodził, nie wyrażając ani słowa sprzeciwu, a nawet sam się zaoferował do wysłania mnie do labiryntu umysłu Persefony. Ciekawiło mnie tylko czy wiedział co zawierał tekst, który sprawił, że chciałem wyruszyć na tę misję. Pewnie nie, ale wolałem zachować dla siebie jego treść. Jeszcze Hades zacząłby coś podejrzewać, a tego właśnie chciałem uniknąć.
Ułożyłem się obok kuzynki na łóżku, a mój ojciec zaczął coś robić, że po chwili zasnąłem i znalazłem się w świecie mej Piękności. Motanina korytarzy intelektu kobiety robił niemałe wrażenie. Mogłem wywnioskować, że ta to dopiero ma w głowie. Kłębowisko myśli przechodziło obok mnie i mogłem ujrzeć je jak film. Wiele z nich zawierało smutek, tęsknotę, żal,a od czasu do czasu przebłyski miłości. Gdybym wiedział wcześniej ile ona cierpiała i miała złe samopoczucie, to może teraz nie znalazłbym się tutaj, usiłując wybudzić najcudowniejszą dziewczynę wszech czasów.
Jej zamysły dotyczyły straty i ... głównie straty. Heh. Obrazy przestawiające ludzki świat, w którym nie było ani jednego boga, przepływały niczym rwąca rzeka. Jej pamięć już nie wyglądała jak typowy labirynt, a raczej jak odrębny zakamarek świata. Było Jezioro Łez (wszystkie miejsca w jej świecie były podpisane za pomocą tabliczek), Drzewo Smutków i średniej wielkości Biblioteczka Szczęścia. Miałem możliwość dowiedzenia się, co chodzi jej po głowie, ale nie miałem czasu na takie bzdury.  Było go coraz mniej, a ja wciąż tkwiłem na Rzece Smutków, która zdawała się powiększać w każdej chwili. Powoli zaczynałem myśleć, że nigdy nie odnajdę Komnaty Snów, a wraz z nią Persefony, gdy moim oczom ukazały się wielkie drzwi wyłaniające się z mgły, które były podpisane zbawienną nazwą.
Moja łódź, dzięki której przebyłem Rzekę, przybiła do brzegu. Wyszedłem z niej, a wrota się same otworzyły, ukazując piękny ogród. Zacząłem się rozglądać za Persefoną i stanąłem w miejscu, by móc objąć wzrokiem całe pomieszczenie. I nagle usłyszałem coś. Moja serce powoli ogarniała niezwykła euforia, bo dźwiękiem wpadającym do mego ucha, był szelest. Nie chciałem sobie robić nadziei, a może jednak tak. Stawałem się coraz bardziej pewny, że ten cichy, ledwo usłyszalny odgłos to dźwięk stóp Persefony, Mojej Księżniczki.        
 
Lena
Śnił mi się mężczyzna o kruczoczarnych włosach, wydawało mi się, że go znam, ale nie pamiętałam nic. Moją pamięć obejmowała pustka, której nie potrafiłam wypełnić. Chłopak stał i wpatrywał się w coś, jak w obraz. Było to tak nierzeczywiste, ale realne. Postać miała wygląd idealny, jakby nie z tej Ziemi, ale miał jakąś wadę, której nie potrafiłam dojrzeć. Mój umysł tworzył jeden wielki labirynt, w którym nie umiałam się odnaleźć.
Stał na przeciwko mnie, odwrócony tyłem w wielkim ogrodzie. Zdawało się, że na kogoś czekał i chyba tą osobą byłam ja, bo gdy usłyszał me kroki, odwrócił się i spojrzał mi głęboko w oczy swoimi iście czarnymi tęczówkami. Wyraz jego oczu uzewnętrzniał ból, tęsknotę i bezgraniczną miłość. Już chciałam z miejsca błagać wszystkich bogów świata, aby sprawili, że jakiś chłopak w przyszłości będzie na mnie patrzył takim wzrokiem. Jedno spojrzenie Kruka (nie wiedziałam jak młodzieniec ma na imię, więc tak go nazwałam) sprawiło, że kolana się pode mną ugięły, a ciało chciało być objęte jego ramionami. Patrzyliśmy się na siebie przez krótką chwilę, nic nie mówiąc, po prostu staliśmy i patrzyliśmy na siebie, a świat w okół nas nie istniał.
Chłopak przybliżył się do mnie i po sekundzie nasze ciała dzieliła niewielka odległość, którą sama zmniejszyłam. Teraz między nami było jedynie kilka centymetrów powietrza plus ubrania. Nasze oddechy powoli łączyły się w jeden, gdy dystans znikł, usta odegrały swoją rolę. Słodki pocałunek wpierw był delikatny, a następnie stawał się coraz bardziej żarliwy i namiętny. Moje dłonie mierzwiły włosy chłopaka, gdy jego spoczywały na mojej talii i przyciągały mnie coraz bliżej niego. Ciała się stykały, a języki prowadziły odwieczną wojnę o dominację w tym konflikcie.
Gdy się od siebie oderwaliśmy, nie mogliśmy uspokoić oddechów. No i na tym skończył się najpiękniejszy sen mojego życia.

Nel
Muszę przyznać, że Pola Elizejskie są wspaniałym miejscem, mimo iż brakuje mi mych żywych przyjaciół i rodziny. Ej, zaraz! Rodzina! TATA! Jako iż skończyłam czytać historię pewnej dziewczyny zaczęłam szukać nazwiska mego ojca. TAK! Znalazłam! W tym momencie poczułam taką euforię, że chyba bym oszalała. Przeczytałam ,,opis" jego życia i upewniłam się, że to o niego chodzi. Szybko wybiegłam z Alei Historii i udałam się w stronę polany gdzie rosły przebiśniegi. Ostrożnie stąpałam, aby nie nadepnąć na żaden z ,,domów". Jak zauważyłam kilka innych dusz już wstało, więc postanowiłam zadać im proste pytanie:
- Witam, przepraszam, że niepokoję, ale szukam mojego taty. Ma na imię Adam i prawdopodobnie powinien gdzieś tutaj być ... - zaczęłam niepewnie
- Witaj drogie dziecko, z chęcią ci pomożemy, tylko powiedz jaką twój tata miał historię, gdyż na tej polanie znajdują się cztery osoby o tym samym imieniu. -odparł kulturalnie czarnoskóry mężczyzna z okularami na nosie.
- Mój tata wszedł do płonącego budynku, aby upewnić się czy wszyscy wyszli.
- Ach tak, TEN Adam. - najwyraźniej wiedział o kogo mi chodzi -Poczekaj tu razem z Alysson, zaraz go przyprowadzę. - obiecał i oddalił się od nas.
- Ach ten Ian - westchnęła  kobieta o platynowoblond włosach i wesołych granatowych oczach-Cóż, już poznałaś moje imię czy dowiem się jakie jest twoje? - zapytała, po czym wyciągnęła do mnie dłoń.
- Mam na imię Nel. Miło mi panią poznać. - podałam jej rękę i lekko się uścisnęłam.
- Więc jesteś córką Szalonego Adama? - zaczęła.
- Szalonego? - zapytałam zaskoczona.
- Tak, bo widzisz skarbie, twój tata robi na prawdę szalone rzeczy! - zaśmiała się.
- Serio? Jak żyliśmy był spokojny i przeważnie umiarkowanie żartował.
- Aż trudno w to uwierzyć ... - nie dokończyła, bo nadchodził Ian, a obok niego mężczyzna o znajomych zielonych oczach, które znałam z odbicia w lustrze. Uśmiechnęłam się szeroko i pobiegłam przytulić się do mego taty. Od razu wpadłam w jego objęcia:
- Tęskniłam za tobą tatusiu. - wyszeptałam ze łzami w oczach; czułam się jak mała dziewczynka, która spotkała swego ojca po kilku miesiącach rozłąki.
- Ja za tobą też Aniołeczku. - odszepnął i zatopił twarz w moich blond włosach.
Oboje płakaliśmy. Po jakiejś chwili ogarnęliśmy się i zaczęliśmy rozmawiać bez łez:
- Nie sądziłem, że cię kiedykolwiek tutaj spotkam. - odezwał się pierwszy.
- W sumie i ja nie myślałam, że tutaj trafię. - posłałam mu lekki uśmiech.
- Powiedz mi Nel, jak ma się mama i Sebastian? - poczułam lekkie ukucie w sercu, czyli on nie wie ...
- Mama ... - zaczęłam, lecz przerwałam; nie chciałam zadawać mu bólu, gdyż kochał swoją żonę - Ona nie żyje ... -wyszeptałam z pochyloną głową
- Co? -zapytał wstrząśnięty - Jak? Co się stało? Dlaczego jej tutaj nie ma?
- Byłam w piwnicy, Sebastian u siebie, a mama na dole w kuchni. Nagle do naszego domu wtargnął jakiś mężczyzna i zastrzelił ją. Tak po prostu. Później poszedł na górę, ale Sebcio się ukrył i morderca uciekł. - zamilkłam.
- Byłaś w piwnicy i jej nie pomogłaś?
- Byłam zamknięta na klucz. - wyszeptałam ledwo dosłyszalnie.
- Boże ... - nie wiedział jak to skomentować - Co się z wami stało później?
- Zadzwoniłam do cioci Jani, która się nami zajęła.
- Zadzwoniłaś do Janki? - zapytał zdziwiony.
- Tak, babcia też w międzyczasie umarła, więc ciocia była jedyną najbliższą rodziną jaką mieliśmy.
- Muszę pochwalić cię, że dobrze zrobiłaś. - posłał mi smutny uśmiech.
- Dziękuję.
- A jak tutaj trafiłaś?
- Ech to długa historia ... - i zaczęłam opowiadać mu jak poznałam Imrego i trafiłam na Olimp...

Lena
 Gdy się obudziłam, poczułam bijące od czegoś ciepło. Było to miłe odczucie, ale zastanawiało mnie jednak skąd bierze ono źródło. Powoli otworzyłam oczy i przekręciłam lekko głowę, by dojrzeć obiekt, który robił mi chwilowo za grzejnik. Okazał się nim śpiący Mordred, mój kuzyn. Podczas gdy ja patrzyłam się na niego, moje serce łomotało z niewiadomych mi powodów. Nawet już chciałam myśleć, że to on jest Krukiem z mojego snu, ale nie pamiętam dokładnie rysów twarzy mojego księcia, więc nie mogę stwierdzić czy to on, czy też nie. No ale to nie przeszkodziło mi w pochyleniu się nad jego twarzą i w pocałowaniu go lekko w delikatny policzek.
Miałam wielką nadzieję, że tego nie poczuł, ale je chyba szlak trafił, bo Mordred po chwili otworzył oczęta i rzekł do mnie:
- Obudziłaś się wreszcie. - przeszedł w pozycję siedzącą -  Wiesz jak się o ciebie martwiłem? - powiedział to głosem pełnym troski i ...  miłości. To było takie urocze.
- Przepraszam. - odpowiedziałam, nie patrząc na niego.
- Nie przepraszaj, tylko więcej mnie tak nie strasz. - uniósł odrobinę mój podbródek i zajrzał mi w oczy przy czym zmuszał mnie do patrzenia w swoje - Dobrze?
- Dobrze. - nie wiem czemu, ale zebrało mi się na płacz. Mordred to wyczuł i chwycił mnie w swoje ramiona. Zaczął mnie mocno przytulać i pocieszać.  
Po kilku chwilach, gdy jego koszulka była już mokra od wylanych przeze mnie łez, oderwałam się od umięśnionej klatki piersiowej bruneta, która mówiąc między nami była imponująco wyrzeźbiona. Chyba ćwiczył na siłowni, bo nikt normalnie nie ma, tak cudownie wyrobionego sześciopaka.
Moja cała twarz przybrała różowych kolorów,a mi było tak gorąco, że mogłam się rozebrać do naga, byle tylko się ochłodzić. Zaczęłam się ciekawić czy w Podziemiu mają basen.
- Mordredziee?
- Hmm?
- Jest tutaj coś takiego jak basen? Jest mi strasznie gorąco.
- A czego się spodziewałaś po królestwie Hadesa? - rzucił arogancko - Nie no żartuję - zaśmiał się słodko - oczywiście, że mamy tutaj basen. Bez niego nie dałbym rady tutaj żyć. Przebieraj się w strój kąpielowy i lecimy. - uczyniłam to, co nakazał, oczywiście on przed tym zdarzeniem opuścił pokój i sam zaproponował żebyśmy spotkali się w salonie za dziesięć minut.
Wyszliśmy sobie na spotkanie, bo o mały włos a mielibyśmy stłuczkę, ale w odpowiednim czasie przyhamowaliśmy.
- Gotowa?
- Gotowa, jeśli ty jesteś gotów.
- Zakładam, że tak.
- No i dobrze zakładasz. Hehe.
- No to chodźmy nad ten basen.
- Prowadź mój ty wędrowcze.
Szliśmy już przez pewien czas plątaniną korytarzy i nagle dźwięk głosu Mordreda przerwał narastającą ciszę
- A czy ty masz pewność, że nie poprowadzę cię prosto do Tartaru?
- Nie zrobisz tego. Ufam ci na tyle, aby być tego pewną.
- Nie pochlebiaj mi, bo jeszcze się w tobie zakocham.
- Nie gadaj głupot.
- Nie gadam, mówię serio. Raz pewna nimfa zbyt mnie chwaliła i stałem się zadufanym w sobie dupkiem. Nie chcę przechodzić tego okresu jeszcze raz, więc wiesz.
- Teraz już wiem. Obiecuję, że postaram się nie za bardzo ci pochlebiać.
- Mam nadzieję.
Nim się spostrzegłam byliśmy na miejscu. Basen był ogromny, prawie takiej samej wielkości co w kurorcie, no dobra, był trochę mniejszy, ale równie imponujący jak tamten. Woda idealnie błękitna, bez żadnych zanieczyszczeń, normalnie jak w raju. Nie było palm ani żadnych innych egzotycznych roślin. W niektórych miejscach w pomieszczeniu znajdowały się rośliny doniczkowe, czyli nic specjalnego, ale i tak mnie to ucieszyło. Za bardzo kocham żywą naturę żeby się nie cieszyć na jej widok. .


Imre
Obudziłem się dopiero po dwóch dniach. Skąd to wiem? Na komodzie leżało kilka tac z jedzeniem. Leniwie się przeciągnąłem i niczym niedoszły trup powlokłem się do łazienki. Gdy zobaczyłem swe odbicie w lustrze zatkało mnie. Ujrzałem tam młodego chłopakach o lekkim zaroście, z burzą blond loków na głowie oraz worami pod intensywnie turkusowymi oczami. ,,Wow"- tylko tak skomentowałem swój obecny wygląd. Najpierw wziąłem szybki prysznic po czym postanowiłem doprowadzić się do porządku. Starałem się w miare możliwości ogolić oraz przyciąć włosy, gdyż po rozdwajały mi się końcówki. Wreszcie zacząłem wyglądać jak człowiek tylko wory pod oczami mi przeszkadzały, ale wiedziałem, że niebawem znikną.
Pierwszy raz od czterdziestu ośmiu godzin opuściłem swój pokój. Wyszedłem na korytarz i prawie od razu wpadłem na Megan:
- Uważaj łajzo jak łazisz. - warknęła i poszła dalej w swoim kierunku.
- Ja również się cieszę, że cię widzę SIOSTRZYCZKO. - szczególnie podniosłem głos wypowiadając ostatnie słowo.
- Wal się. - rzuciła zza pleców i zniknęła za pierwszym zakrętem.
Cóż, na Olimpie praktycznie nic się nie zmieniło. Błądziłem po korytarzach oraz po ogrodzie. Co jakiś czas spływały mi po policzkach łzy goryczy. ,,Dlaczego to musiała być ona, a nie na przykład ja? " - nieustannie zadawałem sobie to pytanie. Od czasu do czasu spotykałem innych bogów i boginie, którzy nie wiedzieli o śmierci mej ukochanej i żyli własnym życiem. W końcu zaczepiła mnie Nora:
- O, hej Imre! - przywitała się z radością w głosie.
- Witaj. - wypowiedziałem to słowo tak cicho, że za pewne ledwo je usłyszała.
- Co u ciebie słychać? Dawno cię nie widziałam, wiesz? - jak zwykle tryskała energią.
- Cóż, jeżeli chcesz wiedzieć co u mnie to musiałbym spędzić cały dzień na opowiadaniu. - lekko zadrgały mi kąciki ust i na mej twarzy zagościł wymuszony, delikatny uśmiech.
- Ja mam czas! Z chęcią cię wysłucham.
- Wybacz, śpieszę się do kogoś z wizytą.- szybko zakończyłem naszą rozmowę i pobiegłem przed siebie. Po policzkach zaczęły mi spływać małymi stróżkami łzy. Nie chciałem, by Nora myślała o mnie jak o kimś słabym psychicznie. W dodatku wcale nie miałem ochoty na ,,wyznania". Tak na prawdę nie miałem do kogo pójść, bo z nikim oprócz Mordreda się tak mocno nie zaprzyjaźniłem. Postanowiłem odwiedzić ojca.
Szybkim ruchem otarłem już prawie wyschnięte łzy i zapukałem do drzwi. Mój tatulek otworzył je dopiero po dwóch minutach:
- O, witaj synu. - przywitał się - Czegóż ode mnie potrzebujesz? - zapytał bezpośrednio.
- A czy ja tak jak Megan potrzebuje powodu by odwiedzić swego ojca?- odpowiedziałem pytaniem
- Hmm, masz racje. Wchodź, rozgość się.- i wpuścił mnie do środka
- Widzę, że nie zmieniłeś wystroju odkąd tu ostatnio byłem.- rzekłem rozglądając się
- Tak. - odparł krótko - Posłuchaj mnie uważnie Imre. - to nie wróżyło niczego dobrego - Wiem co się wydarzyło ...
- Skąd niby możesz wiedzieć? - wyszeptałem ze spuszczoną głową, aby nie ujrzał spływających po mych policzkach łez.
- Ponieważ jestem Hermesem. Jednym z bogów greckich. Zajmuję się otrzymywaniem i przekazywaniem informacji. Wiem prawie wszystko.
- Warto wiedzieć. - mruknąłem
- Ech, może tego nie dostrzegasz, ale gdybyś podniósł głowę zobaczyłbyś, że na prawdę jest mi przykro z powodu tej dziewczyny. - przeniosłem swój wzrok z podłogi na twarz ojca; faktycznie malował się na niej wyraz współczucia
- Czyli wiedziałeś o tym, że mi na niej zależy? - zapytałem.
- Tak, od samego początku.
- Dlaczego nic nie mówiłeś? Myślałem, że jej nie cierpisz.
- Synu, ja ją lubię, a właściwie lubiłem. Chciałem tylko zobaczyć jak bardzo ją kochasz. Cóż, jestem pod wrażeniem, nawet własnemu ojcu się sprzeciwić to całkiem niezły akt odwagi, a za razem głupoty. - odrzekł wymądrzając się.
- Jej już nie ma ... - wyszeptałem.
- Nadal jest. - zaprotestował - O tutaj. - i wskazał palcem najpierw na moje serce, a potem na głowę.
- Ale ja nie chcę mieć jej w sercu ani we wspomnieniach, tylko tu obok siebie. -zawyłem
- Wiem Imre, wiem. - otoczył mnie ramieniem i przyjaźnie uścisnął dodając otuchy.
Po tych pięciu minutach szczerości posiedziałem u niego na tzw. ,,kawie" i pogadaliśmy o bieżących sprawach:
- Będziesz mi potrzebny do pewnych zadań, wiesz? - zagadał.
- Do prawdy? - udawałem zdziwienie.
- Tak, jak wiesz,niebawem będzie rocznica zaślubin Zeusa i Hery. Masz przekazać wiadomość dla swych znajomych, żeby 13 września nie wychodzili ze swoich pokoi. Zeus nie życzy sobie nieproszonych gości na rocznicy.
- Czyli nas ... -wyszeptałem
- Nie zrozum ich źle.-przekonywał mnie
- Dobra, od której mają nie wychodzić?
- Najlepiej od siedemnastej.
- Zaraz im to przekażę.- już wstałem, gdy powstrzymał mnie ruchem ręki.
- Poczekaj, jeszcze przekaż im, że Persefona się wybudziła.
- Co? - nie wiedziałem o czym mówi- Jak to się wybudziła? Z czego?
- O niczym nie wiesz? To jak ty masz przejąć moją pracę, jak ty niczego nie wiesz! - złajał mnie po czym wszystko wyjaśnił
- Na Zeusa, o niczym nie miałem pojęcia.- westchnąłem;tak bardzo pogrążyłem się w rozpaczy po stracie Nel, że straciłem kontakt ze światem rzeczywistym. Zrozumiałem, iż muszę nadrobić zaległości. Pożegnałem się z Hermesem i przetransportowałem się do Hadesu.
Zapukałem do drzwi i prawie od razu otworzył mi je lokaj. Gdy już znajdowałem się w środku zawołałem mego przyjaciela po imieniu, lecz odpowiedziało mi tylko echo. Ruszyłem więc na górę do jego pokoju, gdzie go nie zastałem. ,,Gdzie go wcięło?" zadałem sobie pytanie w myśli po czym zacząłem się uważnie oglądać. Gdy spacerowałem tak po korytarzu i rozmyślałem gdzież to może przebywać mój przyjaciel spotkałem Liz - służącą Persefony:
- Witaj paniczu. - przywitała się i delikatnie dygnęła przede mną
- Witaj Liz, nie wiesz może gdzie przebywa Mordred lub Persefona?
- Wiem, są na basenie. - oświadczyła.
- Czy mogłabyś mnie tam zaprowadzić?
- Oczywiście.- i ruszyliśmy schodami w dół, które prowadziły na ,,pływalnie".
Gdy wreszcie tam dotarliśmy Liz szybko mnie opuściła i powróciła do swoich obowiązków. Przed sobą miałem scenę jak z bajki. Mordred delikatnie złapał swą kuzynkę w pasie i odwrócił ją do siebie, tak by jej twarz była blisko jego. Obje przymknęli oczy do prawdopodobnie namiętnego pocałunku, lecz ja ,,dyskretnie" chrząknąłem. Oboje szybko otworzyli oczy, a mój przyjaciel puścił swe ręce z jej smukłego ciała:
- O, Imre. - przywitał się nieco zirytowany
- Witajcie.- przywitałem się skromnie - Jak widzę przerwałem dosyć ważny moment, więc wrócę później. - zaoferowałem, lecz przerwała mi Persefona
- Nie, zostań, i tak później do tego wrócimy. - wypowiedziawszy to spojrzała znacząco na Mordreda, a ten posłał jej szelmowski uśmiech.
- Więc w jakiej sprawie do nas przyszedłeś? - zapytał w dalszym ciągu zdenerwowany na mnie syn Hadesa
- Mam za zadanie poinformować was, iż dnia trzynastego września od godziny siedemnastej nikt nie może przebywać na Olimpie oprócz zaproszonych bogów.
- Doprawdy? A cóż takiego będzie się działo?
- Rocznica Zeusa i Hery. - mruknąłem - Dobra, będę leciał dalej, cześć. - odwróciłem się i ruszyłem na góre, by przypomnieć Hadesowi o rocznicy.
-Nara.-pożegnał się Mordred i próbował wrócić do przerwanej sceny. Strasznie ciężko mi było patrzeć, jak mój najlepszy przyjaciel adoruje Persefonę. Nie to żebym był zazdrosny, ale tak cholernie brakowało mi Nel. Gdy wreszcie znalazłem się w gabinecie Hadesa, przekazałem mu informację i pognałem na Olimp poinformować innych.
Na końcu zaszedłem do Marco:
- Witaj. - przywitał się z wyższością - Cóż robisz w mym pokoju?
- Witaj, mam informację dla ciebie, chociaż zapewne już o niej wiesz. Zeus czyli twój ojciec nakazuje wszystkim ,,boskim dzieciom" zostanie w swoich pokojach od godziny siedemnastej w dniu swojej rocznicy czyli trzynastego. -oznajmiłem jednym tchem
- Aha, ok. Słuchaj, obiła mi się o uszy pewna wieść, więc pytam się, czy ona na prawdę nie żyje? - zapytał z lękiem w głosie
- Tak, to prawda.- przytaknąłem
- O Zeusie! - krzyknął i ukrył swoją twarz w dłoniach
-Miłego dnia.- wydusiłem i już opuszczałem jego pokój, gdy złapał mnie za ramię i przytrzymał
-Jak umarła?- wyjąkał
-Poderżnięto jej gardło. Wykrwawiła się na śmierć.
-Imre ... -chciał powiedzieć mi coś ważnego
-No słucham.
-Ja, ja przepraszam. - westchnął
-Nic się nie stało. -odparłem bezdźwięcznie - Muszę iść, trzymaj się.
-Cześć.- załamał mu się głos po czym drzwi się zamknęły.
Znów udałem się do winnicy Williama, lecz tym razem natknąłem się na Dionizosa, który mnie stamtąd wygonił. Nie chciał bym znów opróżnił mu prawie wszystkie wina jakie ma. Zrezygnowany udałem się do swego pokoju i położyłem się spać.

Lena
Po tym jak wróciłam do pokoju, przebrałam się suche ciuchy i wysuszyłam włosy, które zdawały się żyć własnym, odrębnym życiem. Fale układały się idealnie po wymodelowaniu, a ja rozkminiałam o czym to zapomniałam poza poddanymi, którzy czekali, aż ich odwiedzę na Asfodelach.
Nie chciałam prosić Mordreda o kolejną przysługę, a zresztą w ogóle nie chciałam patrzeć teraz na Mordreda, po tym, co między nami dzisiaj zaszło na basenie. Nadal czułam oddech kuzyna na wargach. Nie wiem jak mogłam dopuścić do tego, że o mały włos się nie pocałowaliśmy. Nie mogłam dopuścić do jeszcze większego zbliżenia, bo na razie uchodziłam za córkę Demeter. Może kiedyś... Nie, zdecydowanie nie. Przecież on nie będzie chciał mnie znać, jak się dowie, że go cały czas oszukiwałam, okłamywałam i grałam z jego uczuciami. No i jeszcze jest Patch, z którym nie wiem co mnie wiąże, ale na pewno nie jest to miłość.
Udałam się do Hadesa, ponownie. Od razu wiedział czego od niego chciałam bez wypowiedzenia przeze mnie ani jednego słowa. Momentalnie wysłał mnie na Pola Elizejskie i wtedy zajęłam się szukaniem Iris, mojej duchowej przyjaciółki i to w dosłownym znaczeniu.
Nie mogłam nigdzie jej wypatrzyć pośród podobnych do siebie egzystencji. Nawet przez chwilę wydawało mi się, że widzę twarz drogiej Nel, której bardzo mi brakowało. Od razu zebrało mi się na łzy, ale wiedziałam że muszę być silna. Nie  mogłam okazać słabości pośród mych poddanych. Nie chciałam, by ktokolwiek widział moje słabe strony. To było zbyt zawstydzające. Może mi się jednak nie zdawało, że widzę karykaturę Nel, bo jeszcze raz ukazała się mym oczom.
Postanowiłam nie zwracać uwagi na to, że mój umysł płatał mi figle i dalej rozglądałam się po Polach Elizejskich w poszukiwaniu Iris. Widziałam wiele szczęśliwych dusz, jeśli można je tak nazwać, które wyglądały na zdziwione mym widokiem. Czy aż tak długo mnie nie było? No cóż, skoro ie mogę odnaleźć Iris, to chociaż się tu rozejrzę, bo ostatnio tego nie zrobiłam.
Chodziłam ścieżkami asfodelskimi, na których ledwo się odnajdywałam i zapamiętywałam przebytą drogę. Miejsca, w byłam, miały prawie że taki sam wygląd, co wprawiało w nie małe zakłopotanie.
Błądziłam po krętych drogach i widziałam to, co żaden człowiek nie widział. A co najgorsze. Widziałam rodziców. No tak, fajnie jest ponownie zobaczyć osoby, których nie masz już możliwości zobaczenia, ale nie móc im powiedzieć "Mamo! Tato! To ja, wasza córka Lena" jest straszne. Musiałam się im przyglądać, gdy oni nie mają pojęcia, że w końcu możemy się zobaczyć. Nie miałam siły przeżywać po raz drugi ich straty, to byłoby zbyt okrutne wobec mnie.
Wałęsałam się bez celu w nadziei, że uzyskam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, których wciąż przybywało. Chciałam aby Nel odnalazła ukojenie na Polach Elizejskich, ale jeszcze bardziej pragnęłam tego żeby żyła. Czułabym niezmierną ulgę jeśli dziewczyna, która poświęciła swoje życie za nieśmiertelnych bogów, powróciła do ludzkiego świata i  wiodła swą egzystencję jak dawniej. Nie zasłużyła na śmierć. To wszystko działo się zbyt szybko, aby przyswoić sobie jej brak, jednak dla Imrego było to najtrudniejsze zadanie do wykonania, bo utracił swą ukochaną, swą miłość, na którą on najbardziej zasługuje. Sądzę, że ja bym nie potrafiła funkcjonować, gdybym nie mogła już nigdy zobaczyć, przytulić i pocałować ukochanego.

Nel
Rozpoczynał się kolejny dzień na Polach Elizejski. Jako iż nie miałam co robić, postanowiłam spotkać się z mymi ,,współlokatorami", z którymi dzieliłam krzak. Tristan z chęcią przystał na spacer, natomiast Risa miała zaplanowane spotkanie i obiecała, że później do nas dołączy. Tak więc błądziliśmy razem po Polach i gadaliśmy. Wiele mi opowiadał o Lillehammer, w którym dorastał oraz o swojej kulturze. Oczywiście ja również opowiedziałam mu o sobie i o polskich tradycjach.
Nagle wokół nas zapanował wielki harmider. Wszyscy zbiegali się w jedno miejsce i wydawali radosne okrzyki. Oboje postanowiliśmy sprawdzić, co jest powodem tego zamieszania. Gdy wreszcie  się przepchaliśmy, ujrzeliśmy olśniewającą Persefonę, która dumnie kroczyła na przód. Chciałam ją zawołać, lecz nagle ktoś uderzył mnie w głowę łokciem i na krótką chwile straciłam przytomność.
Obudziłam się pod drzewem, a nade mną pochylał się Tristan z zatroskaniem w oczach. Poczułam, że mam coś anielsko chłodnego na czole. Jak się okazało był to chłodny okład:
-Jak długo tu leżę?- zapytałam sennym głosem
-Od jakichś pięciu minut.- odpowiedział
-Ech.- westchnęłam i już chciałam zdjąć okład, gdy usłyszałam stanowczy głos chłopaka
-Zostaw, jeżeli zdejmiesz będzie bolała cie głowa.- ostrzegł
-Em, dobra. -cofnęłam rękę i postanowiłam leżeć spokojnie- A gdzie Persefona?
-Poszła do Iris.- odparł po chwili namysłu
-Aha, ok.
-Jak się czujesz?
-Nie najgorzej. Trochę mi się kręci w głowie, ale ogólnie całkiem nieźle.
-To dobrze. -odetchnął - Dosyć mocno dostałaś i martwiłem się, czy wszystko z tobą w porządku.
-Cóż. -nie wiedziałam jak to skomentować.
Dalej jakoś kontynuowaliśmy przerwaną rozmowę, a Tristan usiadł obok mnie pod drzewem. Co jakiś czas śmialiśmy się i opowiadaliśmy anegdoty z naszego dzieciństwa. Po chwili mój towarzysz dostrzegł Risę, która prawdopodobnie kogoś szukała. Radosnym głosem przywołał ją do nas:
-Risa! Kom til oss! (Risa! Przyjdź do nas!)
-Za chwilę.- zawołała z oddali, po czym jeszcze troche się porozglądała i przyszła do nas- Co porabiacie?
-Siedzimy, a ja czekam na Persefonę.- odpowiedziałam
-Miło.
-Kogo szukasz?- zapytał bezpośrednio Tristan
-Eem ... Kolegi! -rzuciła szybko po czym się z nami pożegnała- Zobaczymy się później.
-Pa. -zawołałam
-Nie wydaje ci sie to podejrzane?- odezwał się chłopak, gdy młoda Japonka zniknęła z naszego pola widzenia
-Ale co?- nie wiedziałam o co mu chodzi
-No to, że kogoś szuka i że na pewno nie jest to zwyczajny kolega!- oburzył się; czyżby był zazdrosny?
-Daj spokój.- zbagatelizowałam to- Niech dziewczyna się cieszy życiem ... po śmierci.- dodałam
-Może masz rację. -westchnął i zmieniliśmy temat
-Tęsknisz za kimś z ziemi?
-Za siostrą.- odparł krótko
-Wiem co czujesz. -odpowiedziałam ze współczuciem w głosie
-A ty?
-Ja za bratem. I ciocią, i Danielem, i ... -nie potrafiłam wypowiedzieć tego imienia na głos, aby mi nie pociekły łzy- ... I za Imrem.
-Musi być dla ciebie kimś ważnym.- otarł mój policzek z łez i posłał lekki uśmiech
-Dziękuję.- wyszeptałam onieśmielona
-Nie ma sprawy.
-A oprócz siostry, za kimś jeszcze tęsknisz?- w końcu się otrząsnęłam i nie chcąc dłużej zaprzątać swych myśli mym chłopakiem zapytałam
-Za pewną dziewczyną ... -rozmarzył się -Miała na imię, a właściwie nazywa się Marit. Jest posiadaczką pięknych długich kasztanowych włosów oraz niezwykłych piwnych oczu. Codziennie jeździła ze mną autobusem, widzieliśmy się na mszach w kościele, czasami natrafialiśmy na siebie w sklepie lub też w parku, lecz nie zwracała zbytnio na mnie uwagi, gdyż wszędzie chodziła ze swoim chłopakiem ...- ostatnie słowo wypowiedział z goryczą
-Och. -zasmuciłam się; ten chłopak na prawde miał pecha w życiu! -Współczuję ci z całego serca.
-Takk. (Dzięki)
-Miałeś trudne życie.- westchnęłam
-Wiesz, na ogół jestem pesymistą, dlatego zazwyczaj słyszysz ode mnie smutne historie. Miałem w życiu też te radosne momenty ... -i tak zaczął wspominać swoje wakacje w Szwecji, jak jego drużyna wygrała mecz koszykówki oraz poznał swego przyjaciela. W duchu cieszyłam się, że doświadczył też miłych rzeczy.
Po jakiejś godzinie ujrzeliśmy szybko umykającą Persefonę, która nie chciała zbytnio spotykać się z tłumem dusz. Szybko podniosłam się i razem z Tristanem podbiegliśmy do niej:
-Zaczekaj!- krzyknęłam, a ona się odwróciła i stanęła jak wryta
-Nel?! -zapytała z niedowierzaniem
-Cześć!- przywitałam się z szerokim uśmiechem; czułam się jakbym trafiła szóstkę w lotto
-Już myślałam, że nigdy się nie spotkamy. -serdecznie mnie uścisnęła i mało nie udusiła
-Ciebie również miło widzieć.
-Powiedz, jak się tutaj czujesz? Dobrze cie traktują?- dopytywała się
-Jak najbardziej.- odpowiedziałam
-A kimże jest ten chłopak?- spojrzała na niebieskookiego blondyna, który wzrostem dorównywał Marco
-To Tristan, mój sąsiad.- skromnie go przedstawiłam
-Miło mi panią poznać.- pochylił głowę w geście szacunku
-Mi również i mówi mi Persefona.
-Dobrze.- odrzekł posłusznie
-I co u ciebie Nel jeszcze słychać?
-Bardzo z nim tęsknię. -powiedziałam ledwo dosłyszalnie -Co u niego? Jak się czuje?
-Emm ...-najwyraźniej była zakłopotana- Wiesz, dosyć dawno go nie widziałam, ale obiecuję, że dzisiaj się z nim spotkam i jutro znów tu wpadnę zdać ci relację.- odpowiedziała po dłuższym czasie i puściła mi oczko na co odpowiedziałam uśmiechem. Nagle Tristan poklepał mnie po ramieniu i szepnął mi na ucho:
-Widzę Risę, zaraz wrócę.
-Poczekaj.- powiedziałam głośno- Idę z tobą.
-To ja lecę na Olimp. -odparła szybko Persefona- Do jutra.- przytuliła mnie do siebie i pobiegła w swoją stronę.
-Nie musiałaś.- mruknął zirytowany
-Jesteś zły?- zapytałam zmartwiona
-Damn, ikke.(Cholera, nie.) -odpowiedział wytrącony z równowagi
-Przepraszam.- powiedziałam i poszłam w stronę polany, gdzie swe lokum miał mój tata
-Nel, zaczekaj.- zawołał za mną błagalnym głosem.- Przepraszam.- byłam niema na jego przeprosiny i nie oglądając się szłam dalej przed siebie zostawiając za sobą Tristana samego.

czwartek, 29 października 2015

Rozdział 27

Lena
Martwiałam się o Mordreda i Imrego. Zniknęli gdzieś bez uprzedzenia i nie wiadomo co się z nimi działo. No i dochodzi jeszcze Nel. Nie widziałam jej pod pokładem ani gdy wracaliśmy. Coś mi tu nie grało i musiałam dowiedzieć się co to było. Wciąż miałam jakieś złe przeczucia, na pewno coś się złego stało. Ohhh. Czemu ja jestem taka bezradna, nic nie mogę zrobić. Nie mogę nikogo uratować, gdyiu jest w niebezpieczeństwie, bo sama wpadam w nie. I to właśnie jest najgorsze w byciu nową mną.
Gdy mój kuzyn wrócił był bardzo blady i nie odezwał się ani jednym słowem do mnie, gdy nie było ni jednej możliwości, aby mnie nie zauważyć. Trochę się na niego zdenerwowałam, ale po chwili opanowałam gniew, który nie miał prawa mną zawładnąć. Chłopak poszedł do kuchni, a ja niestety byłam głodna w tym samym czasie co on, gdyż nie było jeszcze obiadu.
Wzięłam żarcie z lodówki, którym było masło orzechowe, lody no i jeszcze posypka, którą akurat wzięłam z szafki znajdującej się nieopodal, a następnie usiadłam obok Mordreda. Usiłowałam z niego coś wycisnąć, ale jakoś niespecjalnie się dawał. Jakbym gadała do muru.
- Hej Mordred, czy ty mnie w ogóle słuchasz? - zadałam pytanie, na które nie dostałam zbyt obiecującej odpowiedzi.
- Yhym. - to było wszystko co od niego usłyszałam.
- A może będziesz łaskaw mi powiedzieć co się stało, że jesteś blady jak ściana? - odpowiedziała mi pustka - Haaaalooo - pomachałam mu ręką przed oczyma, ale nie dostałam żadnej reakcji - Człowiekuuuu!! - nic nie powiedział i w tym momencie pękłam. Wzięłam dzban wody ze stolika i wylałam mu ją na łeb.
- Kobieto, weź się ogarnij!!!!!!!
- Odpowiesz w końcu na moje pytania czy nie!!!
- Nel nie żyje! Jeżeli to chciałaś usłyszeć to teraz pozwól mi odejść. - powiedział teraz spokojniejszym tonem, a wypowiedziawszy te słowa, wyszedł.
Byłam w ogromnym szoku. Jedyna osoba, której ufałam na tyle by powiedzieć prawdę o sobie, nie żyje. Nie potrafiłam sobie wyobrazić martwego ciała przyjaciółki, leżącego na białym posłaniu w trumnie. Sama próba wywołania tego widoku, sprawiała, że chciało mi się tylko płakać i krzyczeć na całe gardło żeby nie zostawiała mnie samej w tym mitologicznym świecie bogów. Przyswojenie myśli, że kolejna bliska mi osoba zmarła, przyprawiało mnie o dreszcze i złe odczucia. Sprawiało, że chciałam wybudować wokół siebie wielki mur i nikogo nie wpuszczać do środka ani też samej nigdzie wygodzić. Chciałam odizolować się od wszystkich istniejących światów i pozostać w bezdennej nicości. Czarnej dziurze. Po prostu pustce, której nikt nie miał prawa wypełnić. Pragnęłam zatracić się w niej na zawsze i być niewidzialną, by nikt nigdy, ale to przenigdy, nie mógł mnie zauważyć. Ponownie czułam się opuszczona przez cały świat. Było tak, jakby ludzie i bogowie nie istnieli oraz zostawili mnie samą jak palec na tym padole, gdzie panuje tylko smutek, żal i rozpacz. Zero pozytywnych uczuć. Jedynie żal, który wypełnia mnie całą od środka i nie zostawia nic co mogłoby należeć do jakiegokolwiek człowieka. Zostawia tylko bezduszne ciało albo też ciało z duszą, która powoli upada pożerana przez ciemność.
Nastał mrok przed mymi oczyma i nie było już nic na czym mogłam się oprzeć. Osunęłam się na podłogę.

Mordred
Znalazłem Persefonę nieprzytomną w kuchni. Jej twarz wyglądała tak blado, niczym biała róża. Zaróżowione rozchylone usta ukazywały białe jak śnieg zęby. Klatka piersiowa poruszała się, a dziewczyna swobodnie oddychała, ale nie mogłem, a raczej nie dałem rady jej wybudzić. Była niczym Śpiąca Królewna z bajki o tym samym tytule, którą budził książę namiętnym pocałunkiem. Ja nie zamierzałem posunąć się do aż tak radykalnego kroku.
Zaniosłem kuzynkę do jej pokoju i ułożyłem jej ciało na łożu z baldachimem. Ponownie spróbowałem ją wybudzić, ale bez żadnych rezultatów. Po kilku chwilach poddałem się i po prostu ją obserwowałem. Była taka piękna jak spała. To był widok zapierający dech w piersi. Mogłem na nią tak patrzeć godzinami, ale miałem świadomość, że nie powinienem tego robić.
Postanowiłem, że wezwę Hadesa, aby mi pomógł wybudzić ją z tego dziwacznego snu. Miałem przynajmniej taka nadzieję.
Gdy ojciec przyszedł, zaczął robić coś ze swoimi rękoma, co nie przypominało mi niczego. Następnie postawił diagnozę.
- Synu, jest naprawdę źle. Persefona zapadła w śmiertelną śpiączkę, która nie oznacza śmierci, a wieczny sen. Jak na razie niewiele mogę jej pomóc, ale będziemy musieli znaleźć jakieś rozwiązanie żeby ją wybudzić, bo jak nie to będzie z nami naprawdę kiepsko.
- Ile mamy czasu, aby znaleźć rozwiązanie?
-Niewiele. Góra 2, a 3 dni to już max. 
- Okej
Te wieści mną tak wstrząsnęły, że przez chwilę nie wiedziałem na jakim świecie żyję. Dzisiaj umarła Nel, a teraz jeszcze tracę możliwie najważniejszą osobę w moim życiu. Tak, właśnie zrozumiałem co czuję do swojej kuzynki. Zależy mi na niej cholernie mocno i nie pozwolę jej sobie odebrać. Nie wiedziałam za co bogowie mnie tak karzą by od razu zabierać mi sens mojego życia. Chyba chcieli żebym pogrążył się całkowicie albo, żebym upadł jak te anioły, o których ludzie tak często czytają, a to kompletne wymysły.
Poszedłem do biblioteki z nadzieją, że odnajdę w tych bazgrołach coś, co pomoże mi wybudzeniu mojej, być może, przyszłej dziewczyny. Przecież w tak wielkim zbiorze ksiąg powinno być coś napisane o tym "śmiertelnym śnie", który może sprawić, że każdy bóg się czegoś boi. Tyle bazgrołów, a dopiero w jednej księdze odnalazłem frazę "wieczny sen", co odrobinę mnie ucieszyło, choć nie powinno, gdyż niczego tak naprawdę nie byłem pewien, nawet tego, że ona kiedykolwiek się obudzi. Jedyne co mi pozostało to nadzieja, której nie mogłem utracić wraz najpiękniejszą boginią świata. To co powstrzymywało mnie od zrobienia czegoś głupiego, było u kresu wytrzymałości, czyli moje serce. Biło coraz szybciej ze strachu, że ją stracę.
Jedna z ksiąg zwała się "Pasjonująca śmierć". Tytuł zawał niezłego stracha, ale skusiłem się do przeczytania skrawka tekstu. Zerknąłem na kilka pierwszych zdań, które zachęciły do dalszego czytania woluminu. Tekst brzmiał zupełnie jak przepowiednia. "Klątwę okrutną rzuciła ta, która swego brata poświęciła. W imię miłości wszystko porzuciła. Kochanek miłości nie odwzajemniał później więc jego przyszłą żonę ukatrupiła, a swoje własne dzieci zabiła. Próbowała wkupić się w łaski innego męża, lecz ten też poznał się na niej. Na samym końcu historii życia, swą prawdziwą miłość znalazła Madea, ta która zaznała szczęścia u boku Achillesa, wielkiego woja. Klątwa ta ma być przypomnieniem, że tylko prawdziwa miłość życia będzie ocaleniem ", ale to bardziej brzmiało jak streszczenie jakiegoś mitu, którego do tej pory nie znałem. Pomyślałem, że może poszukam czegoś więcej na temat Madei w internecie, który oczywiście nie jest dostępny w Podziemiach, a to oznaczało, że muszę udać się na Olimp.


Nel
Odkąd zapadła wokół mnie namacalna ciemność i ten okropny stan nieważkości poczułam się tak lekka, jakbym straciła sporo na wadze. Nie, wróć, jakbym straciła ciało! Tak, to było to. Czułam się jakbym nie miała żadnych kości, ani mięśni. Tylko myśl o nudnej wieczności. Gdy tak szybowałam myślami w powietrzu pośród mroku widziałam przeróżne wspomnienia, które tak jak czasami Mordred wyłaniały się z czarnej mgły. Na początku pokazał mi się obraz taty. Pomimo iż nie miałam ust uśmiechnęłam się na widok tego wspomnienia. Było to jedno z moich pierwszych wspomnień, które pamiętałam. Zaraz po tacie, mignęło mi kolejne wspomnienie. Dotyczyło ono Sebastiana, a właściwie jego narodzin. Poczułam skurcz w sercu, którego tak jak ust już nie posiadałam. Co się z nim stanie? Jak zareaguje na wieść, że jego siostra nie żyje, że został sam. Jedyną rodziną jaką obecnie posiadał była jego chrzestna. Tak zatraciłam się w rozmyślaniu nad bratem, że nie zauważyłam wspomnienia, którym było zamknięcie mnie w piwnicy. Ku mojemu zdziwieniu we wspomnieniach nie było mojej matki. W żadnym! Był tylko tata i Sebastian. Później z mgły wyłoniła się para intensywnie turkusowych oczu, których znałam już na pamięć. Tak więc doszłam do momentu spotkania Imrego. Jak zawsze był oszałamiający. ,,Teraz po raz ostatni się widzimy" przeleciało mi przez głowę. Poczułam, że zaraz się rozpłaczę. Następnym wspomnieniem był pobyt na Olimpie. Taniec z Marco, drzemka w jego szafie, ofiarowany przez niego naszyjnik z kryształem. No właśnie! Naszyjnik! Boże ... Czy Persefona znaczy się Lena o nim pamięta? Czy uda jej się odkryć kto zostawił tą wiadomość? Ech, znów zatraciłam się nad rozmyśleniami, a w tym czasie pojawiło się moje drugie spotkanie z Danielem. I znów uderzył we mnie potok myśli.
Gdy ten niezwykły spis mojego życia się skończył ponownie nastały ciemności. Poczułam lekki podmuch, który skierował mnie w prawą stronę. Poruszałam się! To była naprawdę przedziwne uczucie. W ogóle nie miałam kontroli nad wyborem kierunku, w który chciałabym się udać. A z resztą na co mi poruszanie się gdziekolwiek? Przecież umarłam ... Aż na me usta, których mi brak ciśnie się tekst piosenki Elektrycznych Gitar: ,,To już jest koniec, nie ma już nic (...) " (http://www.tekstowo.pl/piosenka,elektryczne_gitary,to_juz_jest_koniec.html).
Podczas, gdy mych myśli jak nóż nie przecinały myśli nad bliskimi i znajomymi zdołałam odkryć, że w tej ciemnicy nie jestem sama. Nad i pode mną też unosiły się jakieś postacie. Nie widziałam ich, ale potrafiłam wyczuć ich obecność. Czasami ktoś się zbliżał na wyciągnięcie ręki, a innym razem znikał z mojego pola ,,czucia".
W końcu stało się coś dziwnego! Odczułam to jakbym stała na scenie skąpanej w mroku i nagle tuż nad moją głową zapalił się reflektor, który oświetlał całą moją osobę.W każdym razie światło mnie oślepiło i przez jakiś czas niczego nie dostrzegałam, lecz czułam, że powoli unoszę się do góry. Gdy wreszcie moje oczy przyzwyczaiły sie do rażącego światła zauważyłam, że znów mam swoje ciało. Widziałam swoją poplamioną krwią bluzkę oraz brudne szorty. Chciałam dotknąć mej szyi, by sprawdzić, czy rana sie zagoiła, lecz nie miałam czucia w żadnych kończynach. Gdy wreszcie stanęłam na jakiejś polanie poczułam błogi spokój. Jakby wielkie niebezpieczeństwo minęło. Powoli rozejrzałam się dookoła i dostrzegłam ludzi. Byli przedziwnie ubrani! Jedni w starożytne togi, inni w królewskie szaty, a jeszcze inni bardziej współcześnie. Wszyscy byli zdziwieni,a jednocześnie sprawiali wrażenie zadowolonych z mojego przybycia. Z tłumu otaczających mnie postaci wyłoniła się dziewczyna w olśniewająco białej greckiej todze, brązowych włosach i piwnych oczach:
-Witaj, czekaliśmy na ciebie.- przywitała się ze mną - Mam na imię Iris, a to są Pola Elizejskie.
-Pola Elizejskie? - zdziwiłam się, miałam nadzieję, że pójdę do nieba, ale w sumie dobre i to.
-Tak. Znajdują się tutaj ci, którzy umarli z czystym sercem w słusznej sprawie. - odparła swoim łagodnym głosem, który był przepełniony miłością -Czy mogłabyś się nam przedstawić?
- Jestem Nel. - odpowiedziałam zbita z tropu.
- Miło nam cię poznać Nel. Jeśli chcesz mogę ci wszystko pokazać. - wyciągnęła do mnie smukłą dłoń, którą praktycznie bez namysłu złapałam. Ku mojemu zdziwieniu była ... nijaka. Tak jakbym złapała ducha. No, ale nie ważne.
Oprowadzała mnie po Polach Elizejskich i pokazywała przedziwne miejsca. Wszędzie były kwiaty:
-To są ,,domy" dusz, ty też taki masz. Chodź, pokażę ci. - po czym zaprowadziła mnie do rosnącej nieopodal dzikiej róży. -Wszystkie dusze osób, które umarły tak młodo jak ty za swój ,,dom" dostają róże. Osoby, które zmarły w dosyć podeszłym wieku dostają tulipany, w wieku średnim w przebiśniegach, a małe dzieci w niezapominajkach. Zapewne poznasz tu wiele nowych osób. - zapewniała mnie.
- A macie tutaj książki? - zapytałam, gdy wreszcie umilkła.
- Hmm ... -zastanowiła się - Mamy coś podobnego do książek, gdyż to są historie osób, które tutaj trafiły. Jeżeli podejdziesz do tamtej alei ... - w tym momencie pokazała na dosyć sporą aleję drzew - ... To tam na każdym liściu jest zapisana historia każdego z nas. Twoja też. -posłała mi lekki uśmiech
- Dziękuję ci za pokazanie mi mojego lokum oraz Pól. -podziękowałam
- Nie ma sprawy, jakbyś miała jakieś pytania to zajdź do mnie.
- Na pewno tak zrobię. - obiecałam i rozstałam się z nią. Lekkim krokiem pospacerowała w stronę mężczyzn prawdopodobnie z jej epoki.
Gdy zniknęła mi z oczu poszłam zapoznać się z moimi sąsiadami, z którymi miałam dzielić krzak. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak było! Okazali się nimi urocza, skośnooka Japonka o atramentowych włosach oraz chłopak, który z pozoru wyglądał na pesymistę i ponuraka. Szybko się z nimi zapoznałam. Dziewczyna miała na imię Risa ( co po japońsku oznacza tyle co piasek) oraz Tristan ( ,,Tris" oznacza po norwesku smutny). W każdym razie ich imiona idealnie oddawały ich charakterystyczne cechy wyglądu. Risa miała skórę koloru piasku, a jej norweski kolega poprostu wydawał się na pierwszy rzut oka smutny.
Każdy z nich opowiedział mi swoją historię. Młoda Japonka miała piętnaście lat, gdy zmarła podczas pożaru swojego domu. Opowiedziała mi, że obudziła wszystkich domowników i sama uciekała na końcu, lecz przygniótł ją filar i spaliła się żywcem. Jak się okazało Tristan, który miał siedemnaście lat jak zmarł wybrał się wraz z rodziną w góry. Niestety zgubili się, a mróz osiągnął wręcz szczyt. Jego rodzice podczas wycieczki poślizgnęli sie i spadli z bardzo dużej wysokości. Tristan razem z młodszą siostrą chcieli do nich zejść, lecz zgubili drogę. Zatrzymali się w jednej z opuszczonych jaskiń .Jego młodsza siostra przymarzała, więc dał jej swoją kurtkę i sweter, a sam zamarzł na śmierć. Rano znaleziono jego ciało, do którego przytulała się mała dziewczynka. Teraz już wiedziałam dlaczego ma taki smutny wyraz twarzy. Również był sierotą jak ja, ale różnica między nami była taka, że on widział śmierć swoich rodziców na własne oczy, a ja nie.
Szybko się z nimi zaprzyjaźniłam.
Najpierw nauczyli mnie jak wchodzić i wychodzić z kwiatu. Jest to dosyć trudna sztuka, ale bardzo przydatna. Gdy wreszcie skończyły się nauki weszłam do mego ,,mieszkania" i znów trafiłam do pustki. Było ciemno i cicho. Nie chciałam tu przebywać, lecz Iris mówiła iż to jest konieczne. Tutaj dusze mogą ,,gromadzić swoją energię" czyli spać. Próbowałam zasnąć. W głowie miałam mętlik. Chociaż z drugiej strony również ta idealna cisza mi przeszkadzała. Ostatecznie udało mi sie zasnąć. To było jakbym zamknęła oczy odczekała minutę i wstała. Gdy już się obudziłam zauważyłam strugę światła, która sączyła się przez szczelinę w kielichu. Postanowiłam wyjść na zewnątrz i sama rozejrzeć się po okolicy. Moja dusza wyszła z róży i zmaterializowała się przed krzakiem. Dostrzegłam w sobie jakąś zmianę. Byłam inaczej ubrana! Miałam na sobie zwiewną sukienkę w ciepłych barwach ( żółty, zielony oraz pomarańczowy ). Idealnie była dopasowana do mej figury. Stopy miałam bose. Wręcz cudowne było uczucie ciepłej rosy na stopach. Pobiegłam do Alei Historii. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym podczas biegu nie poślizgnęła się i wylądowała na tyłku. Podczas, gdy powinnam była być zirytowana, tylko roześmiałam się beztrosko. Nic mnie nie bolało. Podniosłam się i spokojnym już krokiem zbliżałam się do alei drzew.

Imre
Gdy wreszcie znalazłem się w swoim pokoju, a Mordred wrócił do Hadesu bezsilny padłem na łóżko. Leżałem tak z trzy godziny i rozmyślałem nad widokiem, który zastałem w jednej z kajut. W pamięci wyryły mi się te martwe oczy i gardło skąpane krwią. Wiedziałem, że ten obraz będzie mnie nękał we snach i wspomnieniach. Tak bardzo tęskniłem do Nel, której już nie ma. Gdy wreszcie wszystko doszło do mnie, że to nie jest zły sen znów uroniłem całe morze łez. Wiem, że to nie jest zbyt męskie, ale tak było. Nie wiedziałem co zrobić. Pomyślałem co robią ludzie w takich sytuacjach jak ta ... Upijają się do nieprzytomności, popełniają samobójstwa, samo okaleczają się. Jako iż nie mogłem popełnić samobójstwa, a wszelkie rany jakie bym sobie zadał zagoiłyby się w błyskawicznym czasie postanowiłem odwiedzić winnicę Williama.
Powoli wygramoliłem się z wielkiego olśniewająco białego łoża i zniknąłem w równie perfekcyjnie białej mgle.
Znalazłem się w miejscu przyciemnionym i bardzo wilgotnym. Z tego co zauważyłem nikogo oprócz mnie tam nie było. Skorzystałem z okazji i sięgnąłem po średniej jakości wino. Otworzyłem korek i piłem na umór. Butelka po butelce, aż w końcu zostały tylko najlepsze i najświeższe wina. Siedziałem na podłodze,a wokół mnie walały się puste butelki. Wyglądałem gorzej niż wrak Titanica. Powoli przymykały mi się oczy i odpływałem w głęboki sen, lecz nagle wokół mnie zapanował ruch. Niczego nie widziałem oprócz dwóch sylwetek, które prawdopodobnie były Williamem i Dionizosem. Poczułem jak ktoś z wielkim wysiłkiem podnosi mnie z podłogi i zaciąga na najbliższe łóżko. Powieki już mi się zamknęły i nic nie widziałem, lecz słuch miałem w dalszym ciągu sprawny:
-I co my zrobimy? Wychlał prawie wszystko! -narzekał głos, który bez wątpliwości należał do Williama
-Cicho bądź! Hermes nas ukatrupi, jeśli zobaczy go w takim stanie! -jak widać bóg winnej latorośli miał inne zmartwienia niż jego syn
- Przynajmniej zostawił najlepsze roczniki.
- Zamknij się debilu. O Zeusie ... - wzdychał Dionizos i co chwila przeczesywał palcami swoją czuprynę - I co ja pocznę? Jak ja mu to wytłumaczę? Cholera! - panikował.
- Tato patrz, nadal jest przytomny! Mocny z niego zawodnik co nie? - z entuzjazmem zaalarmował Will.
- Ach, Imre, słyszysz nas? -zadał mi pytanie ojciec Williama.
- Taaaaa jest! -odparłem inaczej niż chciałem, język zupełnie mi się plątał.
- Jest nawalony jak szpak! -zaśmiał się chłopak.
- Przymknij się ty mała cholero! -w dalszym ciągu uciszał go Dionizos - Imre, możesz otworzyć oczy i spojrzeć na mnie?
- A no mogę. - odparłem jak mocno schlany pijaczyna
- To otwórz. - z trudem rozchyliłem powieki. Od razu ujrzałem napiętą ze strachu twarz boga winnej latorośli i ostre światło. Gdzieś niedaleko stał William.
- Ło cie panie! - wyrwało mi się zupełnie przez przypadek i nieświadomie - Ale pizga światło! - i zasłoniłem oczy ręką
-Ha ha ha ciemna strona Imrego-reaktywacja. - znów zaśmiał się Will.
-Wyjdź mi stąd miernoto. -wrzasnął wnerwiony Dionizos i palcem pokazał na drzwi; William wiedział, że jak jego ojciec jest zły to nie wypada z nim zadzierać, więc posłusznie opuścił pomieszczenie.
-Es ist zu laut.(Jest za głośno) -odparłem po niemiecku; nawet zacząłem używać języków z różnych stron świata.
- Co mówisz?
- Żeś sie za głośno wyrażasz.
- Aj, wybacz. Posłuchaj, czemu się tutaj znalazłeś? Dlaczego wypiłeś prawie wszystkie wina?
- Because I lost my love (Ponieważ straciłem swoją miłość). Je veux me saouler et ne me lève pas (Chcę się upić i nie wstawać). Jeg har fått nok av livet ditt! (Mam dość swojego życia!) -byłem mocno pijany.
- Mów po grecku! Niczego nie rozumiem. - lamentował Dionizos, który prawie osiwiał ze stresu.
- Moje życie jest do dupy. - powiedziałem w skrócie.
- Aha. - skomentował.
- Ho perso ... (Straciłem). Я потерял его (Straciłem ją). Evigt (Na zawsze). S'il vous plaît aidez-moi (Pomóż mi). Hjælp mig til at leve! (Pomóż mi żyć!) Ze is niet al (Nie ma jej już). Después de lo que tengo que vivir?! (Po co mam żyć?!) -gdy tak bredziłem w różnych językach Dionizos zaproponował, że zabierze mnie na Olimp do mojego pokoju. Ostrożnie pomógł mi wstać i zawołał Will'a do pomocy. Obaj wzięli mnie pod pachy i znieśli na Olimp w ścisłej tajemnicy. W końcu wylądowałem na znajomo miękkim materacu i odpłynąłem.

wtorek, 20 października 2015

Małe ogłoszenie, a raczej prośba

Ludzie, jest nam bardzo miło, że czytacie naszą małą twórczość, która się rozwija z biegiem dni, ale jeśli możemy o coś was poprosić , to będzie to, zostawianie jakichś komentarzy, w których umieścilibyście swoje odczucia związane z naszym opowiadaniem. Bardzo by nam to pomogło i oczywiście nie bójcie się zostawić nam małej krytyki, która jest bardzo przydatna. Przynajmniej byśmy wiedziały na czym stoimy i również miałybyśmy świadomość co mogło być lepsze, co można by poprawić albo też co można by nowego umieścić. 
Będzie nam niezmiernie miło jeżeli wysłuchacie naszej mini prośby. 

sobota, 17 października 2015

Rozdział 26

Lena
Para gołąbeczków zajęła najlepsze miejsce na jachcie, a było ono takie, dlatego że nikt nie mógł podglądać co się tam dzieje. Statek było ogromny, więc ludzie rozeszli się po całym pokładzie. Pogoda nam bardzo dopisywała i nikt nie śmiał jej nie wykorzystywać. No prawie każdy, bo jak na Loren przystało to zaciągnęła Hav'a do jednej z sypialń no i wiadomo co ta dwójka tam robiła. Nie wnikam bardziej w szczegóły. Ja natomiast zajmowałam się siedzeniem na dziobie okrętu i wpatrywaniem się w morze. Niektórzy balowali, niektórzy zajmowali się przyjacielskimi pogaduszkami, a ja byłam sama pogrążona we własnych myślach. Nie liczył się dla mnie świat dookoła, ale to co miałam przed oczami. Błękitna głębia była przepiękna, aż chwytała za serce. Mogłabym się na nią patrzeć godzinami, ale niestety ktoś przerwał mój prawie że bezsensowny monolog. Tą osobą okazał się Mordred. Moje myśli powędrowały ku tej postaci, bo niestety ukradkiem na niego spojrzałam. Jakoś zawsze musiałam na niego trafiać, chciałam czy nie i tak nie miałam na to wpływu. On po prostu był obok mnie, a ja nadal nie rozumiałam czemu. Czemu muszę na niego wpadać, czemu czułam kłucie w sercu gdy widziałam go z inną, czemu byłam smutna gdy go ze mną nie było. To wciąż doprowadzało mnie do szału i nie wiedziałam jak to skończyć. Gdyby ktoś spytałby mnie co najbardziej podoba mi się w  moim kuzynie, odpowiedziałabym, że oczy. Te oczy, które wyrażają więcej niż słowa. Te oczy, w których się zatracam, gdy na nie patrze. Te ciemne oczy, które mogą na wieczność pozostać zagadką.

Mordred
Obserwowałem samotnie siedzącą Persefonę, która tak pięknie wyglądała w tym czarnym bikini. Chyba nad czymś się zamyśliła, bo prawie się nie ruszała. Nie chciałam jej przeszkadzać, więc patrzyłem na nią z bezpiecznej odległości, by czuła się swobodnie. Gdy tak na nią spoglądałem, czułem się nadzwyczaj dobrze. Czułem spokój i byłem rozluźniony, tak jakby ona ukajała moje nerwy. Sama jej obecność sprawiała, że byłem szczęśliwy i to mnie rozbrajało od środka. Ta kobieta niezwykle na mnie działała, jak nikt inny na tym świecie. Chciałem ją chronić nawet za cenę życia, gdyby zaszła taka potrzeba. No ale co ja plecę, nie zasługuję na nią tak samo jak każda istota żyjąca. Ta bogini jest jedyna w swoim rodzaju i nikt nie może jej mieć, skoro ja nie mogę. Wiem, że to jest bardzo samolubne podejście do życia, ale mówi się trudno, jestem egoistą i chyba tylko ona mogłaby sprawić, że to by się zmieniło.
Zerwał się silny wiatr, a na niebie zaczęły się pojawiać deszczowe chmury zwiastujące nagły opad atmosferyczny. Wszyscy szukali schronienia przed zimnymi kroplami wody spadającymi z nieba, tylko nie ona. Persefona wciąż spoglądała na morze, pogrążona w myślach. Zawało się, że nawet tornado nie wybudziłoby jej z tego transu, ale po chwili podniosła się i odwróciła się w moją stronę. Na jej twarzy widniały łzy, a oczy były lekko zaczerwienione tak samo jak policzki. W tej właśnie chwili chciałem do niej podbiec i ją przytulić z całych sił, a następnie wyszeptać do ucha, że wszystko będzie dobrze. Nigdy nie byłem troskliwy i nie przejmowałem się, gdy dziewczyna płakała, ale teraz pragnienie zaopiekowania się nią było silniejsze ode mnie. Uczyniłem, więc to co chciałem, a kuzynka odwzajemniła mój uścisk, a nawet wtuliła się we mnie jeszcze bardziej. Nie pytałem dlaczego wylewa łzy, ale wiedziałem, że poczuła się lepiej w moich ramionach. Nie powinienem robić  tego, co przed chwilą dokonałem, ale w tej chwili to nie miało znaczenia. Liczyła się tylko ona i czy z nią wszystko w porządku.
Do tematów moich zmartwień dochodziła zaistniała sytuacja, bo każdy bóg wytrzeszczał oczy patrząc na nas. Ich zdziwienie nie miało końca, a w dodatku stałem z Persefoną w deszczu, więc byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Moda zaczynała się trząść z zimna, dlatego też wzmocniłem uścisk, co jej odpowiadało, bo mnie nie odepchnęła. To było bardzo przyjemne uczucie, trzymanie dziewczyny w ramionach sprawiało nie małą przyjemność. Mógłbym to robić przez wieczność, aż do końca świata i dalej, jeżeli byłoby coś.

Lena
Ręce Mordreda otaczały moją talię i sprawiały, że moje serce zaczynało szybciej bić. Krople wody spływały po całym moim ciele, a tam gdzie sylwetka chłopaka przylegała do mej, przenikało mnie jego ciepło. Nie przeszkadzał mi fakt, że zwróciliśmy uwagę wszystkich dookoła, ale miałam świadomość, że po tym wydarzeniu relacje moje i Mordreda ulegną zmianie.
Moje ciało zachowywało się tak, jakby znały dotyk Mordreda od lat, tylko gorzej, że ja tego nie pamiętałam. Ale cóż, deszcz przestawał powoli padać, a my dwoje wciąż staliśmy w tym pełnym emocji uścisku, który zdaje się, że trwał mini sekundy. Nie chciałam, by dzieliła mnie z mężczyzną jakaś odległość, ale powoli docierało do mnie, że już czas obudzić się z tego pięknego snu, który nie mógł trwać w nieskończoność.
Z minuty na minutę zwiększałam dystans między naszymi ciałami. Chłód otoczenia dawał się we znaki dla mnie, tak samo jak dla reszty. Prawie wszystkim było zimno, tylko nie Mordredowi. Zawsze był z niego ognisty chłopak, ale teraz to nie wiem jak mu mogło być ciepło i to w takiej temperaturze. Normalnie zamarzałam. Pragnęłam jeszcze raz znaleźć się w ramionach młodzieńca, chociażby po to, aby się ogrzać. W trakcie naszego przytulaska, było mi tak cieplusio, że mogłam się roztopić, a teraz zmieniałam się w bryłę lodu przez nagły spadek temperatury.
W każdej chwili robiło się coraz zimniej, aż zaczął się pojawiać szron na metalowych barierkach statku, jak również i na drewnianej podłodze pokładu. Bogowie mieli już dość tego rejsu, głównie przez pogodę, ale także z powodu dziwnych dźwięków, których sama się przestraszyłam. Nie wiedziałam co wydaje te odgłosy, ale byłam pewna, że to nie zwierzęta morskie. Coś stukało, wydawało mi się, że słyszę kroki, ale to było niemożliwe, bo nie było ani jednej żywej duszy na morzu.
Po kilku chwilach, jakieś ramiona złapały mnie od tyłu i trzymały mocno. Uścisk tej osoby był bolesny, aż skóra zaczynała mnie piec od tarcia.

Nel
Wszystko stało się tak nagle! Przecież przed chwilą jechałam razem z Sebastianem do domu na rowerze, a teraz siedzę na ławce wspaniałego jachtu, a obok mnie mój cały świat, natomiast na sobie mam czarną bluzkę z jeansowymi spodenkami, które należą do jego siostry. Czy nie może być lepiej?
Oboje siedzieliśmy w ciszy. Powoli widać było zachodzące słońce, ale po naszej lewej stronie czyli na dziobie statku. Imre delikatnie wziął moją rękę i pociągnął ,,w stronę słońca". Jego blond włosy przybrały odcień złotego i bez wszelkich wątpliwości mogłam sądzić, że to bóg. Jego umięśniona klatka podnosiła się i odpadała regularnie, a jego ciało było gorące pod dotykiem moich rąk. Chłopak przyciągną mnie bliżej siebie i lekko się schylił. Czułam jego gorący oddech na policzku. Spojrzałam mu głęboko w oczy. Już je dobrze znałam. Jeszcze nigdy nie widziałam tak intensywnie turkusowych oczu, nawet w photoshop'ie. I pomyśleć, że należały one do mojego Imrego! Zaraz, chwila ... Czemu jestem taka egoistyczna? Może dlatego, że takiego to ze świecą szukać? Bardzo prawdopodobne. W każdym razie zatraciłam się w nich bez reszty. Ta chwila trwała tak długo dopóki nie zaczął padać deszcz.
Szybko dołączyliśmy do reszty bogów i bogiń, którzy się schronili przed opadami. Jedynie Mordred i Persefona trwali w żelaznym uścisku w tę ulewę. Chyba się polubili. W każdym razie Imre poszedł za przykładem swego przyjaciela i przytulił mnie od tyłu, aczkolwiek woleliśmy nie stać w deszczu.
Niedługo potem zamiast deszczu pojawiła się mgła. Doprawdy, morze w taką pogodę wyglądało wręcz upiornie! ,,Jak dobrze, że mieszkam w środku Polski" przemknęło mi przez głowę. Nie, nie boję się wody tylko jej nie lubię, a to jest różnica! Ech, zaczynam za bardzo gadać o sobie ...
Nawet, gdy deszcz przestał padać Mordred i jego kuzynka trwali w uścisku nie widząc świata poza sobą. Nikt nie chciał im przerywać, więc każdy zajął się sobą. Pewien chłopak o ciemnych oczach i brązowych podszedł do Imrego i zaczął mu składać życzenia urodzinowe, a z nim przyszła dosyć drobna dziewczyna, która sprawiała wrażenie inteligentnej optymistki. Chłopak wypuścił mnie w objęć z czego skorzystałam. Podeszłam do barierki i spoglądałam w morze spowite gęstą mgłą. Zaczęłam rozmyślać nad pewną sprawą, która wcześniej mnie nie interesowała za bardzo. Co się tak naprawdę wydarzyło u Forkid? Czy oprócz mówienia po grecku otrzymałam coś jeszcze?
Z mych myśli wyrwał mnie wolno poruszający się ciemny punkt wśród kłębków mgły. Wytężyłam swój lekko zniszczony przez książki wzrok. Powoli zaczynałam rozróżniać kontury starodawnego statku. Na jego szczycie powiewała czarna flaga z czymś białym na środku. Gdy okręt był jakieś 200 metrów od naszego wycieczkowca zrozumiałam, że płynie na nas statek piratów! Na pokładzie zapanował chaos. Nikt nie wiedział co w takiej sytuacji zrobić. Jak się skapnęłam Mordred razem z Persefoną gdzieś zniknęli. Wrogi statek przybliżał się coraz bardziej, aż w końcu piraci wtargnęli na nasz pokład. Zaczęłam wzrokiem szukać dosyć wysokiego chłopaka o kręconych blond włosach, lecz nigdzie nie mogłam go znaleźć. Tak się złożyło, że stałam niedaleko dziobu i miałam widok na reszte uczestników. Nagle ktoś złapał mnie za włosy od tyłu i zatkał usta usmoloną dłonią. Osoba, która odważyła sie dotknąć mych włosów przyciągnęła mnie do siebie i przystawiła nóż do gardła. Usłyszałam za sobą ochrypły głos mężczyzny w wieku około trzydziestu lat:
-Nie ruszaj się maleńka, a nie ucierpisz.
Praktycznie nic nie mogłam zrobić tylko patrzeć jak reszt załogi tego typka pod osłoną mgły przedostaje się na pokład i próbuje uprowadzić ,,boskie dzieci". Zupełnie nieświadomie przez policzek przeleciała moja łza i dziwnym trafem kapnęła na rękę opryszka:
-Ej, nie mów skarbie, że cię to boli. -odparł rozbawiony
-Tu nie chodzi o ból fizyczny. -wyszeptałam- Tylko o bezradność.
-No proszę, poetka! Może jednak uda nam się na tobie jakoś zarobić.
Dalej wolałam przemilczeć. Rozmowa z tym mężczyzną byłaby po prostu stratą czasu. Zdołałam zauważyć jak dwóch piratów niesie przerzucone przez bark nieprzytomne bliźniaczki:
-Z tych będzie niezły pożytek! -poinformował swego kapitana jeden z tej dwójki
-Bardzo dobrze! Ile ich tam jeszcze jest?
-Claus znalazł wręcz żyłę złota, najpiękniejszą dziewczynę na świecie! -nie trzeba było się domyśleć, że chodziło im o Loren.
-Z chęcią obejrzę nasz towar. -odparł mój oprawca
-Wszystkie będą pod pokładem naszego statku. -rzucił szybko mężczyzna, który niósł Tessę i zniknął z mego pola widzenia
-A co zrobicie z chłopakami? -nie chciałam zadawać tego pytania, ale wolałam wiedzieć
-Jak to co? Zginą szybką i bezbolesną śmiercią!
-Nie możecie! -krzyknęłam załamującym się głosem, a po mych policzkach zaczęły ciurkiem spływać łzy.
-Jak nie jak tak?! -wykrzyknął z tym irytującym rozbawieniem w głosie
Wiedziałam, że prowadzenie tej konwersacji było bez sensu, więc próbowałam powstrzymać łzy rozpaczy, lecz kiepsko mi to szło. W między czasie piraci wyprowadzili wszystkie dziewczyny jakie były na statku, a chłopaków związali przed kapitanem i mą osobą. Jak ich przeliczałam coś mi się nie zgadzało. Kogoś brakowało. Tak czy inaczej każdy chłopak miał krwawy ślad na czole od uderzenia prawdopodobnie łomem. Serce mi krwawiło gdy spoglądałam na nieprzytomnego Imrego.
Tak jak wspominałam, gdy wszystkie dziewczęta zostały przeniesione na statek piratów ich kapitan zaciągnął mnie na ich pokład. Ku mojemu zdziwieniu rozkazał zabrać również chłopców. Uważał, że może jednak los mu się poszczęści i ktoś będzie chciał kupić pięknego młodzieńca. W dalszym ciągu trzymał przy mym gardle nóż, ale w końcu rozbolała go ręka i postanowił związać mi ręce. Jednak nie wsadził mnie pod pokład do reszty dziewczyn. Mogłam swobodnie poruszać się po prawie całym statku. Gdyby nie ta piracka flaga i wygląd statku, można by było ich pomylić z uczciwymi marynarzami. Jak się okazuje pozory mylą.
Słońce już zaszło, a niebo przybrało barwę indygo. Mgła ustąpiła, a w oddali było widać kilka jasno świecących gwiazd. Zapowiadała się dosyć ciepła noc.
Po pewnym czasie usłyszałam coś w stylu dzwonka i krzyk jednego z piratów ,,Kolacja!". Nikt praktycznie się mną nie przeją i wszyscy poszli coś zjeść. Na pokładzie zostałam tylko ja i nieprzytomni chłopcy. Szybkim, aczkolwiek ostrożnym krokiem czmychnęłam do mych znajomych. W pierwszej kolejności przykucnęłam przy Imrem. Wyglądał tak niewinnie i słodko. Chwyciłam skrawek mojej bluzki i wytarłam nim czoło mego ukochanego, które zdobiła zaschnięta już krew. To samo uczyniłam z innymi uwięzionymi chłopakami. Jako iż nadal nikogo nie było postanowiłam uwolnić młodych bogów z więzów. Całkiem szybko znalazłam leżący na beczce mały nożyk do obierania ziemniaków. Znów przykucnęłam przy chłopaku o blond lokach i zaczęłam piłować. Sznur, którym byli związani był bardzo gruby. Piłowałam dosyć długo, aż w końcu został mi prawdopodobnie jeden centymetr do przepiłowania, lecz w tym momencie ktoś od tyłu chwycił mnie za włosy i przyciągnął do siebie. Znów usłyszałam ten sam zachrypnięty głos:
- No wiesz ty co? Tak ładnie ich związaliśmy, a ty chcesz to popsuć? Aż szkoda mi twojej głupoty maleńka, bo bardzo cie polubiłem. - wypowiedziawszy to szybkim ruchem przejechał długim tasakiem po moim gardle rozcinając skórę oraz tętnicę. Poczułam silny ból w klatce piersiowej i w rozciętym miejscu, po czym upadłam na ziemię. Obiema rękami uciskałam swoje krwawiące gardło i spoglądałam na Imrego. Powoli przestawałam słyszeć gwar dochodzący z kuchni oraz szum morza, aż w końcu nastała niezmącona cisza. Pozostał tylko niewyraźny obraz blondyna, ale nie na długo. Poczułam się niebywale senna. Ból mi już nie przeszkadzał. Najważniejsze było zamknięcie oczu i zaśnięcie. Wiedziałam, że umieram. Nie chciałam tego, nie chciałam zostawić Imrego samego! To było takie uczucie jakbym wlazła w rozlany, szybko schnący beton na torach i w moją stronę pędził pociąg zwany śmiercią. Był coraz bliżej, aż w końcu nastała wieczna ciemność oraz stan nieważkości i ta irytująca bezwładność. Nic nie mogłam zrobić ...


Mordred
Po tej jakże cudownej ulewie, moja kuzyneczka gdzieś zniknęła. Nie mogłem jej nigdzie znaleźć, co mnie bardzo martwiło. W jednej chwili córka Afrodyty zaczęła panikować, nie wiadomo po jakie licho, skoro nic się nie działo, co można było wywnioskować po normalnym zachowaniu reszty uczestników wycieczki zorganizowanej z okazji urodzin Imrego.
Zapewne zobaczyła rekina, wieloryba, albo może jeszcze inne zwierze wodne - pomyślałem.
Z racji tego, że do tej pory od naszego pamiętnego wieczoru szczerze nie rozmawiałem z Persefoną ani razu o tej sprawie, a może nawet ani trochę, postanowiłem jej poszukać. Chciałbym wszystko wyjaśnić. To co wydarzyło się wtedy w nocy, nie powinno się nigdy stać. To był wielki błąd, mimo że wcale nie czuję się winny wobec siebie, bo chciałem tego, ale wobec niej, to już inna sprawa. Przecież nie mogłem mieć wszystkiego co chciałem, a zdaje się, że chciałem i wciąż ją chcę.
Odnalazłem dziewczynę po niecałym kwadransie poszukiwań w jednej z sypialń, gdzie się zdrzemnęła. Pewnie się strasznie nudziła, więc poszła odpocząć. Wszedłszy do pokoju, ujrzałem dziewczynę pogrążoną w głębokim śnie, która wyglądała tak pięknie, jak gwiazdy na niebie nocą. Po prostu była idealna, cudowna i nie wiem jakie można dać jeszcze synonimy, by opisać jak niezwykłą urodę posiadała ta istota.
Niestety mój monolog przerwała budząca się bogini.
- Hej. - powiedziała lekko zaspana i przy tym tak bardzo urocza Persefona, gdy próbowała się do końca rozbudzić.
- Hej.
- Jesteśmy już z powrotem w kurorcie?
- Nie. Ale uprzedzę twe następne pytanie i zaraz ci wyjawię, dlaczego jestem w pokoju, którym spałaś.
- No, słucham. Chociaż powiem ci szczerze, że się chyba domyślam czemu.
- Co?
- Zgaduję, że chodzi ci o to co wtedy się stało. - rzekła te słowa nakładając szczególny nacisk na ''wtedy'' - I żeby było jasne, to nie mam ci niczego za złe.
- To ułatwia sprawę.
- Stało to się również z mojej winy, więc nie obwiniaj siebie, proszę.
- Ok.
- To jak, wszystko w porządku z nami?
- Jasne. - i dziewczyna wstała z łóżka, po czym przytuliła się do mnie. Niestety dla mnie ten ruch był  dwuznaczne znaczenie.
Oboje wyszliśmy na dwór, ale nie znaleźliśmy nikogo na pokładzie i pod nim. Normalnie gdzieś ich wywiało. Wyglądało na to, ze ja wraz z kuzynką zostałem sam na statku i to nie wróżyło niczego dobrego. W każdym razie, rozdzieliliśmy się i ponownie przeszukaliśmy łajbę. Ja znalazłem tylko jakieś niedopałki po papierosach, ale byłem zaciekawiony bardziej tym, co moja towarzyszka znalazła.
Umówiliśmy się, że spotkamy się przy dziobie, dokładnie tam, gdzie większość dzisiejszego dnia spędziła moja kuzyneczka.
Nie minęła godzina, a zebraliśmy się w miejscu spotkania. Dziewczyna trzymała coś w ręce, gdy szła w moja stronę. Ta rzecz była raczej metalowa, gdyż odbijało się w niej światło słoneczne. Po chwili  Persefona stanęła na przeciwko mnie i ukazała dany przedmiot. W sumie to nie był jeden przedmiot, a dwa. Jednym z nich był składany nóż, a drugim zaś, skrawek czarnego materiału pachnącego wodą.
Moja krewna wyglądała na zadowoloną z siebie, uśmiechała się nieśmiało, ale i tak pięknie.
- Ja znalazłam to - podała mi dwa przedmioty - mogą się do czegoś przydać. A ty co znalazłeś? - zapytała z zaciekawieniem.
- Tylko jakieś resztki po fajkach. W sumie nic interesującego.
- Może i tak, ale nadal to jakiś ślad. Nie sądzisz?
- Co prawda to prawda. Może wejdziemy na dach statku?
- Po co?
- Istnieje pięćdziesiąt procent szans, że dzięki temu odnajdziemy resztę.
- Niech ci będzie, ale wiedz, że ostatnio nie ćwiczyłam wspinaczki.
- Nie martw się, jakoś sobie poradzimy. Najwyżej trochę ci pomogę.
Wraz z dziewczyną udaliśmy się do "wejścia" na dach, które zmuszało nas do niemałej wspinaczki. Przepuściłem Persefonę, na wszelki wypadek, gdyby potrzebowała podsadzenia czy coś. No dobra, to nie był jedyny powód, chciałem trochę popatrzeć na jej wspinający się zgrabny tyłek. Oczywiście jak to ja, nie przepuściłbym takiej świetnej okazji na podziwianie jej krągłości.
Wyszło jednak na to, że obeszło się jej bez mojej pomocy, przez co byłem trochę zawiedziony. Myślałem, że mógłbym ponownie dotknąć jej boskiego ciała. No niestety nie poszło po mojej myśli i teraz ja musiałem się wpinać. Byłem wysportowany, więc nie miałem problemów z wejściem na górę. Pod koniec, gdy musiałem stanąć, trochę noga mi się poślizgnęła i mało brakowało żebym poleciał w dół. Z tejże opresji uratowała mnie Persefona, łapiąc moją dłoń i ciągnąc w swoją stronę. Wiadome jest, że ważę więcej od swojej kuzynki, więc dziewczyna musiała się nieźle wysilić bym się nie wywalił. W ostatniej chwili ratunku nasze ciała się spotkały i poczułem jak Persefonie szybko bije serce, a oddech ma przyśpieszony. Ręce jej spoczywały na mych barkach, a cóż, jej biust przylegał do mej klatki piersiowej. Na samą myśl, że sylwetka kuzynki jest tak blisko, cała moja krew zawrzała i zacząłem myśleć przyrodzeniem, anie mózgiem. Już się schylałem, by pocałować Persefonę, gdy ujrzałem obcy statek, który natychmiastowo zepsuł nastrój. Odsunąłem się od niezwykłej kobiety i wróciły mi moje zmysły jak też i rozum.
- Widzisz ten oddalający się statek? -zapytałem się chyba podnieconej dziewczyny. Nie potrafiłem odczytać emocji nią szargających.
- Yhm.
- Musimy się na niego dostać, podejrzewam, że tam znajdziemy naszych przyjaciół.
- Ale jak my się tam znajdziemy w tak krótkim czasie.
- O to nie musisz się już martwić. Prze teleportuje nas tam, więc złap się mnie i za chwilę będziemy na miejscu. - powiedziałem to i dopiero po kilku sekundach dotarł do mnie sens wypowiedzianych słów.
- W porządku. - tak więc dziewczyna przytuliła się do mnie swym zmysłowym ciałem, a ja szybko
nas przetransportowałem na drugi okręt.
W mig znaleźliśmy się pod pokładem okrętu, gdzie ujrzeliśmy dziewczyny ze związanymi dłońmi i stopami. Wyglądały na przerażone. I właśnie w tym oto momencie wkurzyłem się cholernie. Chciałem ukatrupić tego, kto to zrobił. No bo jak tak można postępować z kobietami. Ten facet lub faceci musieli być porządnie porąbani.
Jak tylko znalazłem wejście na pokład, wyszedłem na zewnątrz by się rozliczyć z całą bandą, podczas gdy Persefona będzie uwalniać pozostałe boginie.


Imre
Jakoś nie mogłem nigdzie znaleźć Nel. Wszędzie szukałem jej wzrokiem, lecz bez skutku. Uspokajałem się myślą, że być może Megan ją zabrała na Ziemię, a może chciałem w to wierzyć? W każdym razie wróciłem do swojego pokoju cały wyczerpany i obolały. Ci piraci całkiem mocno nas związali. Ostatnie co pamiętam to wielki tłok. Wszyscy pchali się do wnętrz statku i przy okazji mnie tam wepchnęli. Wiedziałem, że Nel stoi na dziobie i wpatruje się w ocean. Próbowałem się do niej dostać, lecz siła tłumu była większa. Później pobiegłem do drugich drzwi by tamtędy wybiec na dziób, ale ktoś walną mnie czymś ciężkim w głowę i osunąłem się na podłogę. Później ocknąłem się, gdy Mordred zaczął mnie walić po policzkach. Kiedy walczył to było coś na prawde epickiego. Nigdy nie widziałem mego przyjaciela w takiej furii. Myślałem, że ich pozabija, lecz syn Hadesa okazał się bardziej okrutny niż sądziłem. No ale przynajmniej wszyscy wyszliśmy z tego cało ...
Nie! Nie wszyscy przecież wrócili! Zacząłem panikować, a serce biło jakbym przebiegł dziesięć kilometrów. Natychmiast wybiegłem z pokoju prosto we mgłę, która zabrała mnie do Hadesu. Waliłem do drzwi, aż zdziwiony lokaj mi je otworzył. Wparowałem do środka i co sił w nogach popędziłem po schodach na górę do pokoju Mordreda. Wtargnąłem na jego teren bez pukania przez co mało nie oberwałem składanym nożem w czoło:
- Ach, to tylko ty. - westchnął.
- Zwariowałeś? Mało mnie nie zabiłeś?! - wrzasnąłem wnerwiony.
- A tak właściwie, czemuż zawdzięczam tę niespodziewaną wizytę? - zapytał z nonszalancją.
- Nigdzie nie mogę znaleźć Nel. Mam wrażenie, że jest na statku.
- Serio? Myślałem, że wróciła z tobą. - odparł zakłopotany.
- Mógłbyś tam ze mną pójść? Jakby któryś z piratów żył to byś się z nim rozprawił. Wiesz, że ja nikogo oprócz Marco bym nie skrzywdził.
- Jasne. Ale będziesz mi winny czekoladę.
-Dobra, chodź! - pociągnąłem go za rękę w białą mgłę.
Wkrótce znaleźliśmy się na statku. Praktycznie cała jego już martwa załoga zaczęła się rozkładać przez co smród był okropny.
- Na serio myślisz, że Nel może tu być? - zapytał z nutą kpiny w głosie.
- Ona musi tu być! - wrzasnąłem bliski załamania.
- Cóż, ten statek jest dosyć duży więc może się podzielimy? Ja sprawdzę kajuty, a ty pod pokładem.
- Ok. - i pomknąłem niby strzała pod pokład. Panowała tam wręcz namacalna ciemność. Widać tylko było promienie słoneczne przedostające się przez szczeliny w suficie. Całe pomieszczenie było zakurzone i brudne. Co chwila o coś się potykałem. Starannie przeszukałem to miejsce, lecz mojej Nel nigdzie nie było. Miałem nadzieję, że Mordred ją znalazł. Tak więc poleciałem z powrotem na góre i skierowałem się w stronę kajut. Wszystkie drzwi były otwarte, a pokoje puste. Gdy doszedłem do ostatniego zauważyłem mego przyjaciela stojącego w przejściu. Najwyraźniej się w coś wpatrywał:
- Znalazłeś coś? - zapytałem, a on drgnął wystraszony na dźwięk mojego głosu.
- N-nie! - odpowiedział za szybko, coś mi nie pasowało.
- Co tam jest?
- Pies ... Martwy pies. - wyszeptał pobielałymi wargami.
- Pies? - zapytałem nie dowierzając - Jaki pies?
- Piękny. - odpowiedział wpatrując się w ,,psa".
- Pokaż. - odparłem nagle i odepchnąłem go w bok by przejść. O dziwo nie stawiał oporu i posłusznie się odsunął. Zajrzałem w głąb pokoju i zauważyłem coś co leżało w kącie. Na pierwszy rzut oka owo coś wyglądało jak skulony pies, lecz po podejściu bliżej zauważyłem ludzkie kontury. Dreszcz przeszedł mi po plecach, gdy uświadomiłem kogo mam u swych stóp. Załamany upadłem na kolana i delikatnie podniosłem dziewczynę całą umazaną we krwi. Ze łzami w oczach z całej siły przytuliłem ją do swej piersi i zacząłem płakać. Czułem się jak dziecko. Z każdą minutą wylewałem co raz więcej łez. Nie dałem rady na nią patrzeć. Wyglądała wręcz okropnie. Wszystko było w zaschniętej krwi. Zdołałem zauważyć głębokie cięcie na szyi i domyśliłem się co było powodem jej śmierci:
- Nie zdążyłem cię mieć, a już straciłem. - wyszeptałem drżącym głosem - Boli mnie świadomość, że już ciebie więcej nie zobaczę, że już nigdy cię nie pocałuję, że już nigdy nie przytulę. - nadal szeptałem - Ale ciebie już nie ma! Znowu jestem sam! - wykrzyczałem. Nawet nie zauważyłem kiedy podszedł do mnie Mordred i przyjacielsko położył rękę na ramieniu. Delikatnie pociągnął mnie w tył co dało mi sygnał byśmy już szli. Jeszcze raz mocno przytuliłem Nel do swojej piersi, po czym wypuściłem ją z mych objęć i położyłem na podłodze:
- Chodźmy już. - szepnął mój przyjaciel. Nie dałem rady odpowiedzieć. Stałem jak słup soli i wpatrywałem się w jej martwe ciało. Czułem dojmujący ból. Straciłem ją ... Straciłem na zawsze!