niedziela, 27 września 2015

Rozdział 25

Mordred
Przez to, że Persefona się rozchorowała, nie miałem okazji ani się do niej zbliżyć ani nic. Uczucia, do tej pory przeze mnie nieznane, zaczęły mną miotać i nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Wszystko wydawało się być tak bardzo pogmatwane i niezrozumiałe. Moje myśli wciąż krążyły wokół wspomnienia tamtego wieczoru, gdy jakaś nieznana siła mną zawładnęła  i nie mogłem się powstrzymać przed jakimkolwiek dotykiem złożonym na anielskim ciele kuzynki. Była dla mnie zakazana. Wiedziałem, że nie mogę jej mieć, ale to nie powstrzymało mnie od fantazjowania, o tym jak całuję ją namiętnie lub delikatnie, a jeszcze innym razem po prostu się do niej przytulam, jestem z nią, a ona jest tylko moja. Jesteśmy tak, jakby cały świat nie istniał, ale świadomi , że to piękno chwili zaraz się skończy.
Co ja do kurwy nędzy seplenię. Nie jestem typem, który nie ugania się za dziewczynami, zazwyczaj one to robią, a jak coś chcę, to biorę to, dla mnie nie ma zasad, granic, których nie mógłbym nie przekroczyć. Robię co chcę i mam w dupie co uważają inni, jak im się to podoba to super, nie mam z tym najmniejszego problemu, a jeżeli im się to nie podoba to spadówa.
Jeśli chodzi o to, czy mam jakieś zasady, to tak. Najważniejszą jest-nigdy się nie zakochiwać. Miłość i tego typu rzeczy mnie nie dotyczą, jestem wolnym strzelcem i nie zamierzam pozwolić żadnej kobiecie na zniszczenie tego, co jest tak naprawdę moją naturą i całym mną.
Nie gustowałem w ziemskich kobietach, ale nimfy były w sam raz.  A zwłaszcza, że żadna z nich nie miała potem pretensji, że nie pogadałem z nimi jak to chłopak zrobiłby ze swoją dziewczyną. Wiedziały, że to tylko jeden numerek i na tym się kończyło, no chyba że pragnęły więcej fizycznych doznań. Dla mnie były po prostu przygodą, chwilą przyjemności i niczym więcej. Jeśli później miały złamane serca, nie były moją sprawą, same się o to prosiły. Po prostu. Moje życie pełne było zabaw i tego typu rzeczy. Ziemia była miejscem, gdzie łaziłem żeby trochę zaszaleć, poimprezować czasem też by po prostu dać upust żądzom, ale nigdy nie przywiązywałem się do czegokolwiek pochodzącego z tegoż to miejsca. Mój świat, a świat ludzi dzieliła bardzo wielka i rozległa granica, której nic nie zniszczy. To była jedyna rzecz jakiej miałem zamiar dotrzymać wierność, pomijając przyjaciół, a w sumie jednego. Nie ufałem ludziom, a w szczególności bogom, poza kilkoma osobami no i w tym oczywiście Imremu.

Imre
Dni wciąż się dłużyły, jakby nie miały końca. Brak obecności Nel dawał o sobie znaki, brakowało mi jej każdego dnia. Jej uśmiechu, nieśmiałego spojrzenia, w którym mogłem ujrzeć tonę miłości i troski. Tak bardzo mi jej brak. Moje życie straciło sens, gdyż jej nie było, ale przecież nie umarła, żyła i to było najważniejsze. Nie liczyłem się ja, najistotniejsze było to, czy ona była zdrowa i szczęśliwa. Tylko to się dla mnie liczyło, nic więcej.
Nel. Jedno imię, a wywoływało tyle uczuć we mnie. Wiedziałem, że nigdy o niej nie zapomnę, zbytnio wdarła się w moje serce. Gdy zabrałem ją ze sobą na Olimp, nie przewidziałem jednej jedynej rzeczy, że się w niej zakocham. Cały świat staną na głowie, bo zakochałem się w ziemskiej istocie. Gdyby Mordred się o tym dowiedział, zabiłby mnie z premedytacją. Już czułem gniew przyjaciela na skórze. Powtarzał mi, abym nigdy, ale to nigdy się nie zadawał z ludzkimi istotami, bo on miał świadomość tego, że coś złego z tego wyniknie, a ja głupi uważałem, że dam rady się do niej nie przywiązać. Prawda była taka, że już pierwszego dnia naszego spotkania zaszła we mnie jakaś zmiana. Chyba do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, ile ta dziewczyna dla mnie znaczy. Ale teraz zrozumiałem, że Nel jest całym moim światem  i jakby coś się jej stało, umarłbym. Nie potrafiłbym wytrzymać tego, że dzieje się jej coś złego. Moje serce rozpadłoby się na małe kawałki i tylko ona mogłaby je poskładać. Czułem w środku, że Nel była dla mnie tą jedyną, tą na całe życie, i że to nigdy się nie zmieni.

Mordred
Ale dość gadania o sobie. Lepiej pomówić o mych ,,przygodach", a jest ich dosyć sporo... więc najlepiej zacznę opowiadać o moim bardzo ubarwionym życiu, które stało się takie dzięki dogodnościom seksualnym.
Od czego by tu zacząć. Ach. No więc najlepiej będzie jeśli od początku wszystko opowiem. Przynajmniej tak mi się zdaje. Heh.
Pewnego wieczora naprawdę się wkurwiłem. Moje nerwy były na wyczerpaniu i musiałem jakoś odreagować. No niestety nie mogłem skorzystać z siłowni , bo jeszcze jej nie wyremontowałem do końca, więc zostało jedno rozwiązanie, aby ogarnąć się. Podpowiem, że miały brać w tym udział nimfy. No więc kontynuując moją opowieść, poszedłem w miejsce gdzie było kilka ,,chętnych'' boginek. Musiałem trochę się wysilić, aby wyrwać jakąś, ale się opłacało. Prawdę mówiąc tego wysiłku nie było za wiele, jeżeli liczyć by fakt że kobiety do mnie lgnęły jak pszczoły do miodu. Wykorzystałem jedynie swój urok i odrobinę poflirtowałem, a potem już była moja. Z każdą tak było.
Po tym wydarzeniu robiłem to coraz częściej (podrywałem, wykorzystywałem, jeżeli można to tak nazwać, gdy baba sama się o to prosi w dosłownym znaczeniu, a na końcu porzucałem). Nie miałem dość. W końcu stało to się rutynową czynnością wykonywaną co najmniej raz w tygodniu. No niestety w moje cudowne życie wparadowała Persefona i już nic nie było jak być powinno.


Imre
Ech, zbyt mocno się tym przejmuję ...
Podczas nie obecności tej miłej osóbki, za którą tak niemiłosiernie tęskniłem nic specjalnego się nie wydarzyło.Chociaż jest kilka epizodów wartych opisania:
Pierwszym z nich jest mega kłótnia Megan z Marco (jak zawsze). Syn Zeusa znów oberwał w twarz i ponownie złamał nos, lecz na moją siostrzyczkę było stać więcej. Ale i ona nie wyszła z tego bez szwanku. Jak się okazało miała zwichnięty nadgarstek, gdyż Marco popchnął ją na ścianę. Wtedy miarka się już przebrała i postanowiłem interweniować. Może i była w tym wina mojej siostry, ale nikt nie ma prawa poniżać ani bić kobiety (chyba, że w samoobronie, a nie z premedytacją). Oczywiście powód bójki był niewiadomy ...
Następnym wydarzeniem był mały wypadek Nory. Mieliśmy czas wolny, więc dla relaksu wybrałem się na plażę, jak się okazało już zajętą przez córkę Hefajstosa, Megan, Aarona oraz Mordreda. Ach, no właśnie ... Mordred. Działo się z nim coś dziwnego, nie potrafię tego określić, ale bynajmniej nie wyglądał na zadowolonego. Martwiłem się o niego, lecz gdy pytałem o co chodzi zawsze twierdził, że wszystko gra, więc dawałem mu spokój. A skoro jesteśmy już przy temacie osób zamieszkujących Hades ... Persefona się rozchorowała, o dziwo nikt nie wiedział co jej dolegało. Praktycznie nie wychodziła z pokoju, ani też nikt oprócz służby do niego nie wchodził. No dobra, troche odbiegłem od tematu. Tak więc dołączyłem do nich i razem rozmawialiśmy. Aaron jak zwykle pełen zapału rozmawiał o swoich marzeniach z Norą, Megan pluskała się w wodach Morza Śródziemnego, a syn Hadesa siedział pod drzewem i wpatrywał się w horyzont, który miał dosyć ciepłe barwy. Nora posiedziała z nami nie za długo, gdyż zaraz po tym jak się dosiadłem moja siostrunia ją zawołała. Razem się chlapały i śmiały. Postanowiłem usiąść i troszeczkę porozmawiać z Mordredem. Może tym razem powie mi co jest grane?
- Cześć. - przywitałem się 
- Siema. - odpowiedział nie spuszczając oczu z horyzontu
- Co tak siedzisz sam? - usiadłem po jego prawej stronie
- Myślę ...
- Nad czym?
- Nad niczym! - jakby się nagle ocknął z transu
- Powiedz mi co ci jest?
- A co to? Przesłuchanie?
- Nie, po prostu chcę ci pomóc. - odparłem łagodnie
- W czym masz mi kretynie pomóc? - zapytał z pogardą w głosie
- Właśnie chcę się tego dowiedzieć.
- Posłuchaj mnie uważnie ... - nie dokończył gdyż usłyszeliśmy krzyki dziewczyn.
Szybko wstaliśmy i pobiegliśmy w stronę Aarona:
- Co się stało? - zapytałem wystraszony
- Hav bawi się z dziewczynami. - odparł zażenowany
- Czy on przypadkiem nie miał pilnować Loren, by nie podrywała innych chłopaków?
- Loren też jest w wodzie.
- No to wszystko jasne. - mruknąłem zirytowany
- A gdzie Megan? - nigdzie nie mogłem jej dostrzec
- Jest pod wodą. Hav bawi się z nimi w ten sposób, że wciąga je pod wodę. Tak z nienacka. - próbował nam wytłumaczyć
- Dobra, rozumiem. A czy to jest aby na pewno bezpieczne?
- Chyba tak.
- Wolę mieć tą jego ,,zabawę" na oku.
Usiadłem obok Aarona i wpatrywałem się w dziewczyny, które zaraz znikały mi z oczu.
Cały skoncentrowany byłem na tym, aby Megan była na powierzchni. Mimo iż nie przepadaliśmy za sobą to tak w głębi serca łączyła nas braterska miłość, wspólnota. Niespodziewanie ktoś uderzył dwa razy palcem z moje ramię. Był to Mordred:
- Chodź na chwilę. - nakazał stanowczym głosem, ja jak wierny pies wstałem i poszedłem za nim.
Szliśmy brzegiem morza. Na początku obaj milczeliśmy, lecz mój przyjaciel zaczął pierwszy:
- Przepraszam cię Imre, za to że nazwałem cię kretynem ... - przeprosiny u Mordreda były rzadkością
- Nic nie szkodzi. Megan mnie już ,,zahartowała". - odparłem żartując
- Może to zabrzmi dziwnie ale muszę ci coś powiedzieć.
- Zamieniam się w słuch. - miałem nadzieję, że w końcu wyzna mi co go trapi
- Wiesz, wyznania trochę mnie krępują, ale podobno przynoszą ogromną ulgę. Wydaje mi się, że Persefona chyba rzuciła na mnie jakiś urok czy coś ... 
- Urok? - zapytałem
- Znaczy się w niedosłownym sensie! - oburzył się
- No cóż, mów dalej.
- Chodzi o to, że przez nią zmieniam się ... Nie jestem już tą samą osobą co dwa miesiące temu. Tak jakbym ...- nie potrafił dokończyć
- Tak jakbyś czuł, że pewne uczucie rozrywa cię na strzępki, a gdy już ją widzisz doznajesz ulgi i pragniesz spędzić z nią całe dnie? - rozmarzony zadałem pytanie
- Co ty gadasz? - zapytał i patrzył na mnie jak na wariata
- Nie ważne, słucham cię z największą uwagą. -i znów zabrał głos
- Tak jakbym nie był już do końca sobą. Widzę rzeczy z innej perspektywy niż przedtem! -nic mi to nie mówiło 
- Kontynuuj.
- Zmieniam się w posiadającego jakiekolwiek uczucia boga, Imre! - wrzasnął załamany - Rozumiesz? Przez nią straciłem swój dawny autorytet groźnego, nie do końca, i bezdusznego Mordreda z Hadesu. Teraz jestem znany jako troskliwy kuzyn Persefony! Kurwa, czuję coś do nie, ale jeszcze nie wiem co - zatkało mnie ... Jak na mój gust to było całkiem niezłe wyznanie jakichkolwiek uczuć. Aczkolwiek nie było to bardzo w stylu mego przyjaciela.
- Cóż ... - podrapałem się po swojej blond czuprynie - Nie spodziewałem się tego, lecz cieszy mnie to, że wreszcie, stary, masz jakieś uczucia.
- Nie bulwersuje cię to, że czuję do niej coś więcej niż więzy rodzinne?
- Nie. Jakoś nikt nie miał nic przeciwko gdy Zeus spłodził ze swoją siostrą Demeter Persefonę, więc dlaczego miałoby to mnie bulwersować?
-   Teraz kiedy wiem, że nie jest mi obojętna, mimo, że nadal sam nie wiem co do niej dokładnie czuję, to już sam fakt, że nie jedyna dziewczyna na świecie, która sprawia, że jestem lepszy, jest dla mnie zakazana. To mnie całkowicie rozwala. - kończąc naszą rozmowę, powróciliśmy do pluskających się w wodzie dziewczyn. Teraz Hav siedział na brzegu razem z Loren na kolanach. Przytulał ją czule do siebie i razem oglądali zachodzące słońce.

Lena 
Powróciłam do bycia Persefoną na pełen etat. No niestety jak moja dusza wróciła do ciała Persefony czułam się jak falki z olejem. Moje tymczasowe ciało było wykończone chorobą, tak samo jak umysł. Czułam się padnięta i bardzo chciało mi się spać. Nic nie mogłam poradzić na to, że wszystkie części ciała bolały mnie jak cholera. Myślałam, że zaraz skocze z balkonu, by uśmierzyć narastający ból głowy.
Po całym pomieszczeniu krzątały się służące i jakieś pielęgniarki, dbające o mnie w czasie chwilowej niedyspozycji ciała. Podobało mi się to, że ktoś mi nadskakiwał. Nie ukrywam, to było bardzo miłe, ale wolałam być już zdrowa. Nieustanne leżenie też mogło być męczące i wkurzające. Przynajmniej ja miałam takie odczucia. No coż, mimo że padałam, chciałam się przejść i nic nie mogło mnie powstrzymać. Po prostu już nie wytrzymywałam ciągłego siedzenia w jednym miejscu.
- Idę rozprostować nogi.- oświadczyłam osobom znajdującym sie w moim pokoju.
- Ale panienka wciąż jest chora. Nie może pani wyjść, potem będziemy miały kłopoty. - rzekła jedna ze służących.
- Nie martwcie się tym. Ja nikomu nie powiem, że mnie wypuściłyście.
- No dobrze. - wyglądało na to, że ją i pozostałe dziewczyny przekonałam, bo wszystkie skinęły głowa.
Nareszcie wolna wyszłam na ogromny taras. Nie dostrzegłam tam żywej duszy. Byłam trochę smutna z tego powodu, ale znając życie wszyscy byli na jakiś zajęciach, albo robili jeszcze coś innego.
Przespacerowałam się głęboko wdychając powietrze by wspomóc swoje płuca. Przez ten katar w nosie mogłam ledwo normalnie rozmawiać. Gdy wiatr lekko zawiał, poczułam dreszcz w całym organizmie.
- Co ty tutaj robisz? Powinnaś leżeć w łóżku. - usłyszałam męski głos za sobą.
- Ach. Przestraszyłeś mnie Mordredzie.
- Co ty tutaj robisz? - zadał to głupie pytanie retoryczne - Nie powinno cię tu być. Wracaj do łóżka. - rozkazał nie podnosząc przy tym głosu.
- Skąd wziąłeś prawo do mówienia mi co mam robić, co? Nagle się mną interesujesz, a jakoś wcześniej nie było łaska mnie zapytać jak się czuje, czy może mi czegoś potrzeba. Hę??? - wkurzyłam się na niego.
- Chyba przez tę chorobę coś ci się w głowie poprzewracało, bo teraz zachowujesz się naprawdę dziecinnie. I mówię na serio, wracaj do łóżka zanim pogorszysz swój stan. - ponownie Laluś wydał mi rozkaz.
- Nie mów mi co mam robić! Nie jesteś moją niańką, ani matką więc się nie zapominaj.
- No teraz moja droga to przesadziłaś. - powiedziawszy to, przerzucił mnie sobie przez ramię i zaczął nieść mą osobę do pokoju. Chyba.
Niosący mnie przez hotel Mordred, miał kamienną twarz. Nie miała ona żadnego wyrazu. Zdawało się, że poza maską złego, niebezpiecznego i groźnego mężczyzny nie ma nic. Brak uczuć, serce z lodu. Nie wiedziałam do końca czy to prawda czy nie, ale nie chciałam wyciągać pochopnych wniosków. Już kiedyś mi to się zdarzyło i to był ogromny błąd, nie zamierzałam go powtarzać. No bo przecież ludzie uczą się na własnych błędach, ja uczyłam się na swoich i starałam uczyć się też na innych ludzi.
Cóż, tak sobie rozmyślając czułam na klatce piersiowej dotyk naprężonych pleców Mordreda, od których biło przyjemne ciepło, w którym mogłam się zatracić. Uspokajało mnie i sprawiało, że byłam lekko śpiąca. Nie zamierzałam zasnąć, ale stało się. Po chwili odpłynęłam w objęcia Morfeusza.
Gdy się obudziłam, byłam w hotelowym łóżku i czułam się świetnie. Pokój, w którym się znajdowałam nie należał do mnie. Na ścianie wisiało jakieś ogromne lustro, okna były pootwierane i przez nie wlatywał lekki podmuch powietrza. Obok łóżka, na którym przespałam całą noc i pół dnia, była szafka nocna, a na niej taca z jedzeniem.
Gdy tak się rozglądałam, nie zauważyłam drugiego ciała leżącego obok mnie. Należało ono do mężczyzny o czarnych włosach noszącego imię Mordred. Nie miałam pojęcia dlaczego spałam w jego pokoju, gdy mój znajdował się tuż obok jego. Ręce mego kuzyna otulały moją talię. Trzymał mnie tak mocno, jakby się bał, że odejdę lub coś takiego, w każdym razie miałam takie wrażenie.
Jakimś cudem wymsknęłam się z objęć chłopaka i poczłapałam zaspana do własnego pokoju, a tam zastałam posłane łóżko i na nim znajdującą się tacę ze śniadaniem. Sam pokój był perfekcyjnie posprzątany, ale pewnych rzeczy się nie spodziewałam. Na przykład: nieopodal łóżka była szafa, a na jej rogu zawieszony miałam idealnie dobrany strój, który miałam dzisiaj założyć jak głosiła karteczka do niego przyczepiona. Tymi ubraniami byli: krótki top, szorty, sandałki i na dodatek bikini. Zdaje się, że szykowała się jakaś wycieczka lub coś co mnie ogromnie zaciekawiło.
Zjadłam podane mi śniadanie i zaczęłam się szykować. Włożyłam wcześniej przygotowany zestaw, rozczesałam długie falę i zrobiłam wodoodporny makijaż składający się z podkładu, maskary i czarnej kreski, no i jeszcze niewiele cieniu do powiek. Po odprawieniu tegoż to rytuału, zeszłam na dół. 


Imre
Momentalnie przypomniała mi się Nel. Od dawna (a mianowicie od dwóch dni) marzyłem o tym samym. Dlaczego nie wykorzystałem odpowiednio czasu, gdy była ze mną? Jakim ja muszę być debilem! Byłem bliski załamania, lecz z moich zmartwień wyrwał mnie krzyk Megan:
-Co się dzieje? -zapytałem
-Nigdzie nie mogę znaleźć Nory! -wrzasnęła zrozpaczona
-Może wyszła z wody?
-Ona na pewno nie wyszła na ląd!
-Hav, wstawaj szybko i do wody! -rozkazałem, szybko wykonał rozkaz. Po chwili wyłonił się z wody razem z Norą na rękach.
-O Zeusie. -mruknąłem wstrząśnięty
-Żyje? -zapytała moja siostra
-Nie wiem! -odparł zestresowany
-Zabierzmy ją do pielęgniarki. -i ruszyliśmy wszyscy do punktu medycznego. Jak się okazało coś wciągnęło ją pod wodę, ale nie był to syn Posejdona. Na szczęście nie była konieczna reanimacja, gdyż dosyć szybko wypluwała resztki wody z płuc.
Oprócz tego nic więcej ciekawego się nie działo. Trzeci dzień był dla mnie udręką. Ciągle przed oczami miałem ją. Tak jakby prosiła mnie bym wrócił. Być może i tak było, ale nie mogłem opuścić kurortu. Stało się jednak inaczej. Była jedenasta, a ja leżałem na łóżku i myślałem o niej. Nagle do mego pokoju wtargnęła Megan:
-Wstawaj ciamajdo! -nakazała -Mam zamiar zabrać cię w pewne miejsce.
-Ty chcesz zabrać gdzieś mnie?! -to było do niej niepodobne
-Tak, ruszaj swe dupsko szybciej, bo się rozmyślę. -zacząłem wkładać na siebie koszule i spodnie
-Albo masz dziś dobry dzień, albo coś knujesz. -bardziej przychylny byłem opcji numer dwa
-Nie gadaj tyle tylko chodź! -chwyciła mnie za rękaw koszuli i pociągnęła we mgłę, która praktycznie znikąd pojawiła się w moim pokoju.
Znaleźliśmy się w jakimś lesie. Liście powoli i leniwie opadały na ziemię. Zacząłem się rozglądać dookoła, natomiast Megan stała w bezruchu i czekała. Ale na co? Wkrótce się dowiedziałem. W naszą stronę nadjeżdżał rower. Na początku wydawało mi się jakbym widział jakiegoś upitego człowieka, który ledwo utrzymuje na nim równowagę, lecz gdy pojazd stopniowo się przybliżał zdołałem odróżnić kontury postaci. Dwóch postaci. Jedną z nich była młoda dziewczyna o blond włosach w sukience w kropki, za nią siedział chłopczyk o tym samym kolorze włosów z burzą loków na głowie. Megan delikatnie pociągnęła mnie za rękaw i szepnęła do ucha:
-Wszystkiego najlepszego braciszku. -byłem wręcz wzruszony. Nie mogłem się ruszyć. Moja siostra pociągnęła mnie za koszulę i poprowadziła w stronę stojącego już roweru.
Miałem łzy w oczach. Nie wiedziałem, że Megan stać na taki szlachetny gest. Chociaż jeśli spojrzeć na to z innej strony zapewne chciała spotkać brata Nel, a mnie zabrała przy okazji. Tak czy inaczej byłem wzruszony jej gestem miłosierdzia. Tak cennego prezentu jeszcze nigdy nie dostałem!
Gdy Nel rozpoznała mnie zeszła oszołomiona z roweru (tak samo uczynił jej brat). Zasłoniła usta dłonią. Tak samo jak ja miała oczy pełne łez. Szybko rzuciła się w moją stronę i skoczyła w me objęcia. Obróciliśmy się w miejscu po czym postawiłem ją z powrotem na ziemi:
-Cześć .-przywitałem się
-Hej. -odpowiedziała wpatrując się w moje oczy
-Nie lepiej  po prostują  ją pocałować? -zasugerowała obojętnie ma siostra, a ja  natychmiast zareagowałem i delikatnie ująłem w me dłonie jej smukłą twarz po czym delikatnie pocałowałem ją w usta, które wręcz parzyły.
-Megan! -usłyszałem pełen radości chłopięcy głos. Sebastian podbiegł do córki Eris i serdecznie ją uścisnął. Pierwszy raz widziałem przyjazny i szczery uśmiech na jej ustach. Zazwyczaj uśmiechała się szyderczo lub chytrze, przebiegle. Nigdy szczerze!
-To zróbmy tak: ty Imre zabierzesz Nel ze sobą do kurortu, a ja zaopiekuję się jej młodszym bratem, co wy na to? -wypowiedziała to głaszcząc niesforne loki braciszka mojej ,,dziewczyny"
-Jeżeli Nel się zgodzi to ja również.
-Ale Imre. -szepnęła mi do ucha- Jesteś pewny, że możemy ją zostawić z Sebastianem?
-W stu procentach. -odszepnąłem, po czym zwróciliśmy się do Megan- Oboje się zgadzamy.
-No i fajnie. Pozwól Nel, że pożyczę twój rower i odwiozę na nim mego małego przyjaciela do waszego domu.
-Oczywiście! -odparła szybko, nie miała już takiej rezerwy w oczach jak przed paroma sekundami.
-W takim razie do jutra. -pożegnała się, a my rozpłynęliśmy się we mgle.
Znaleźliśmy się w kurorcie, a dokładniej w moim pokoju. Oboje jak zwykle na początku byliśmy nieśmiali. Jako iż byłem przedstawicielem płci męskiej postanowiłem być tym ,,odważniejszym" i zacząłem rozmowę:
-Nie jesteś głodna?
-Nie, jadłam już. -odparła
-Eeem ... Czy mówiłem ci, że wyglądasz przepięknie w tej sukience?
-Chyba nie.
-No to wyglądasz w niej wręcz niezwykle. Znaczy się nie tylko sukienka mi się podoba. Ach! -sam zacząłem się plątać
-Ha ha ha Imre, zrozumiałam o co ci chodzi. -uspokoiła mnie, po czym wspięła się na palce i delikatnie pocałowała mój policzek -Dziękuję.
Przytrzymałem ją w pasie i lekko się pochyliłem, by nie musiała stać na palcach. Zacząłem namiętnie całować jej szyję. Schodziłem coraz wyżej. Najpierw podbródek, później jeden policzek, drugi, nos, czoło, aż w końcu odnalazłem jej usta. Ta piękna chwila trwała dopóki do pokoju nie wtargnął mój lokaj:
-Och! Pardon, proszę o wybaczenie, albowiem za kilka minut ma się odbyć spotkanie na patio.
-Dziękuję ci za tę informację, możesz odejść. -odparłem lekko zirytowany, ale to nie była jego wina, taką ma pracę.
Tak więc nie wróciliśmy później do tej magicznej chwili, lecz zeszliśmy na dół trzymając się za ręce, gdzie czekała reszta osób.
Większość z nich z entuzjazmem witała Nel. W szczególności blisko niej znajdował się Marco. Nie tylko ja się z nią stęskniłem ...
Jak się okazało nasi instruktorzy rozchorowali się i mamy zorganizowany rejs wycieczkowcem. Kazali nam założyć ubrania, które są przygotowane w naszych pokojach. Martwiłem się o ubiór Nel, ale służące dały jej ubrania Megan. O dziwo pasowały idealnie.
Po ,,sprawdzeniu obecności" (moją siostrę miała zastąpić Nel) zaproszono nas na pokład statku. Tak właśnie zaczął się piękny rejs.

niedziela, 20 września 2015

Rozdział 24

Lena
Przybyłam do Tirynsu wraz z ojcem. Musiałam z nim pojechać, wiedziałam, że mnie tam potrzebował. Zawsze wiem, gdy mnie potrzebuje. W końcu byłam śmiertelną córką bogini Hery, która została powierzona królewskiej parze, która tak bardzo chciała mieć drugie dziecko. Mimo, że mama nie była mamą to i tak traktowałam ją jakby nią była i tak samo było z ojcem. Oni martwili się o mnie bardziej niż moi biologiczni rodzice. Byłam księżniczką, nie boginią, której trzeba się bać, nie bóstwem, które trzeba czcić, ale księżniczką, córką człowieka, który był królem, a nie boga, stwórcy ludzi. A co najważniejsze, byłam sobą.
Gdy przyjechaliśmy do królestwa Amfitriona, byłam lekko zaniepokojona. Przerażał mnie ten mężczyzna. Nigdy nie widziałam tak potężnego i silnego króla, który potrafi również myśleć o życiu innych żołnierzy. Zazwyczaj widywałam władców nieprzejmujących się życiem swoich wojowników, choć każdemu z nich marzyło się powiększenie armii i ziem królestwa. Pogrążeni chciwością i nienawiścią po trupach dążyli do celu nie ważąc co to za sobą niesie. Śmierć ludzi i lamenty żon, matek po mężczyznach, których już nigdy nie zobaczą. To są jedne ze skutków wojen. Utracona miłość w imię czego, w imię honoru i sławy, którą nieliczni zdobyli. 
Wizyta w królestwie najsilniejszego króla wszech czasów miała doprowadzić do sojuszu między Kretą, a Tirynsem. Mój ojciec miał już dość wojen i uważał, że powinien w końcu zapanować pokój. Nie chciał, aby coraz więcej ludzi traciło życie, a wraz z nim wszystko co dla nich najważniejsze. Miałam takie same zdanie co ojciec, wspierałam go w podjętych decyzjach i jak najczęściej starałam się pomagać podejmować je właściwie. Nie to, że byłam taka mądra czy coś, ale już miałam pewne doświadczenie w tych sprawach, dlatego ojciec mnie ze sobą zabierał. Ale brał mnie również ze sobą, dlatego że mój brat nie mógł z nim podróżować. Musiał zajmować się krajem, gdy go nie było. Było mi go żal, nie mógł poznawać świata. Został ,,uwięziony'' w jednym miejscu.
Nie miałam większego pojęcia na jak długo mieliśmy zostać u władcy Tirynsu, ale na razie nie miałam nic przeciwko pozostaniu w gościnie, poza jedną rzeczą. A mianowicie samotność. Miałam świadomość, że będę samotna. Nie było zbyt wiele osób, z którymi rozmawiałam o sobie i tego typu rzeczach, ale zawsze byłam skora do mówienia o innych tematach. Byłam dobrą słuchaczką, a jeszcze lepszym rozmówcą. Podobna miałam dar do przekonywania. Przynajmniej tak słyszałam w moich stronach. Ma ciekawość co do świata była ogromna, ale najwięcej o nim dowiedziałam się  z ksiąg. Od niedawna podróżuję. Naprawdę kocham przygody i uczucie, gdy mam wiatr we włosach.   
Ojciec był na jakiejś radzie, na którą nie chcieli mnie wpuścić, więc nie miałam innego wyjścia jak wybrać się na małą przechadzkę po ogrodach. Wtedy zobaczyłam do po raz pierwszy. Myślałam, że to duch, albo bóstwo. Mimo, że widziałam tylko jego tył, ale byłam oszołomiona widokiem tych umięśnionych pleców, idealnie opalonych rąk i tego czego nie ukrywało odzienie oraz bląd włosów. Szedł.  Po chwili zniknął mi z widoku i więcej go już nie ujrzałam. Wtedy po raz pierwszy zwróciłam uwagę na mężczyznę  jako obiekt zauroczenia. Prawdę mówiąc nigdy mi się to nie zdarzyło. W każdym razie na tym jednym spotkaniu się nie skończyło. W trakcie przyjęcia odbywającego się po zachodzie słońca, znów go zobaczyłam i ponownie miałam to uczucie. Usiadł na jednym z siedzeń przy miejscu dla króla. Gdy wszedł władca, zaczęła się uczta i gwar rozmów pochłonął całe pomieszczenie. W trakcie przyjęcia dowiedziałam się kilku rzeczy o młodzieńcu, który zawładnął mymi myślami przez dzisiejszy dzień. Był on młodszym synem Amfitriona noszącym imię Alcides. Starszy z nich zwał się Ifikles. Podobno król zbytnio nie przejmował się Alcidesem, ale równie dobrze szkolił go w walce, czego wyniki można było zobaczyć na ciele syna.  
Po raz kolejny przerwałam czytanie, tylko że z innego powodu niż poprzednio. Naprawdę umierałam z głodu no i musiałam wziąć jeszcze kąpiel. Nie było innego rozwiązania, musiałam zakończyć czytanie na tę chwilę i udać się na dół do kuchni, a potem do pokoju po piżame i łazienki, by wreszcie się umyć.
Ciocia nie mieszkała już ze mną, więc miałam wolną ''chatę''. Cała dla mnie aż do rana, dopóki ciocia nie przyjdzie zrobić mi śniadania. To była bardzo miła myśl.
Na kolację zjadłam gofry z bitą śmietaną i do tego kakao. Dawno nie jadłam mojej roboty gofrów i nie piłam słodko-słonego kakaa, za którym przepadałam. Na deser dopchałam się porcją lodów i mogłam już iść spać (zawsze jak jestem porządnie najedzona, chcę mi się spać). Wzięłam gorącą kąpiel, wskoczyłam w piżamy i cieplutkie skarpetki, a potem to już mogłam walnąć się do łóżka i z niego nie wstawać.
Przez długi czas nie potrafiłam zasnąć mimo moich grzejących skarpetek, lecz gdzieś mocno po północy zapadłam w głęboki sen. Dzisiejszej nocy nie śniło mi się nic. Czarna pustka.

***

Ranek jeden na chybił trafił, zaczęłam przygotowywać wszystko co potrzebne do panini z indykiem i  pesto z rukoli. Uwielbiałam gotować (niestety nie trafiło się ani razu, abym mogła gotować w Hadesie), więc ilość poświęconego czasu na to, nie miała znaczenia. Robiłam posiłek zgodnie z przepisem przeze mnie znalezionym.
Ciocia przyszła w sam raz na śniadanie. Właśnie kończyłam po sobie sprzątać. Byłam perfekcjonistką i nie cierpiałam nieporządku. Wszystko musiało być idealnie czyste, abym mogła w końcu usiąść i zjeść.
-  Co tak smakowicie pachnie? - zapytała się ciocia Lucy, choć wiedziała, że gotowałam. Zawsze gotowałam, gdy nie mogłam spać.
- Przecież dobrze wiesz, że śniadanie. Chcesz kawy? - zaproponowałam.
- Nie, dzięki, ale wpadłam tylko sprawdzić co u ciebie i zmykam.
- Na spotkanie?
- Nie, wieesz. Umówiłam się z moim przyjacielem.
- Czy to na pewno tylko przyjaciel?
- Nie gadaj bzdur! Oczywiście, że tak.
- Dobra, dobra. tak tylko się pytam. - zaśmiałam się, ale po chwili wróciłam z chmur. - O której się spotykacie?
- O dziesiątej w kawiarni, tej niedaleko biblioteki.
- Dobra. Podwieźć cię?
- Nie ma takiej potrzeby, wolę się przejść. Powinnaś jeszcze potrenować jazdę, zanim zaczniesz jeździć po mieście. Tak będzie bezpieczniej.
- Przecież wiem. Nawet bez twojego upomnienia wiedziałam o tym, a poza tym jestem na tyle odpowiedzialna, by wiedzieć jakie skutki niesie za sobą jeżdżenie bez treningu.
- To dobrze, skarbie. To dobrze. - powtórzyła i pogłaskała mnie matczynym ruchem po włosach. Tęskniła za tym.
Przypomniawszy sobie o losach rodziców, zrobiło mi się smutno na duszy. Łzy napłynęły mi do oczu, humor mi przeszedł, a wszystko co miałam przed oczami rozmywało się. Po chwili ujrzałam małe i większe krople na stole, domyśliłam się, że płaczę.
Ciocia Lucy nigdy nie miała mi za złe to, że nie ukrywam swoich uczyć mimo iż ją też to bolało. Bolało ją to, że ja płacze, że ja jestem smutna, że ja popadam w depresję. Ona nigdy nie nie myślała o sobie, tylko o innych. Do czasu wypadku byłam taka jak ona, ale po nim świat mi się zawalił i wszystko inne co było z nim związane. To było tak, jakbym straciła samą siebie, a w Podziemiach i na mojej domowej terapii dawna ,,ja'' powraca. Kiedyś myślałam, że jak ukryje swoje emocje, to będzie lepiej, ale myliłam się. Nigdy nie było lepiej. Jedyne co mogłam wtedy zrobić, to albo wygadać się komuś, albo siedzieć cicho jak myszka i się nie odzywać. Pierwsza opcja się sprawdziła. Z dnia na dzień im więcej rozmawiałam, im bardziej się otwierałam na świat, czułam się lepiej.
Całe życie chowałam się w swojej skorupie przypominającą tarczę mającą mnie ochraniać przed ludźmi, a gdy doszło do tej tragedii, moja skorupa robiła się grubsza i grubsza. Nie chciałam do siebie dopuszczać nikogo, by już więcej osób nie stracić, ale gdy to zrobiłam, gdy wpuściłam do mojej skorupy trochę światła zwanego miłością, a czasem przyjaźnią, powróciłam do dawnego stylu życia, ale miałam świadomość, że nie da się powrócić do starej egzystencji. Starałam się jak umiałam, by stanąć na nogach. Było to trudne, ale dokonałam tego. Masa terapii, spotkania grup wsparcia i nic z tego nie poszło na marne, wydaje mi się, że teraz jestem lepszym człowiekiem niż w przeszłości. Prawdę mówiąc, to do tej pory nie uporałam się z odejściem rodziców, ale jak się mawia ,,czas zaleczy rany'', choć to jest bardzo niepoprawne stwierdzenie, gdyż czas nie leczy ran, ale sprawia, że odczuwamy je co raz słabiej. Tak brzmiało moje motto, gdy próbowałam wrócić do życia społeczeństwa. Postawiłam sobie cel, dążyłam do niego i osiągnęłam go. Co prawda nikt nie jest niezastąpiony, ale ciężko znaleźć kogoś na zastępstwo.

***

Dzisiejszy dzień był moim ostatnim na Ziemi na bardzo długi czas. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, nie miałam zbyt wielkiej ochoty na spotkanie z Patchem, a jedyne co tak na prawdę się mi marzyło to udać się to biblioteki do działu romansu i znaleźć taki, który pochłonąłby mnie całą doszczętnie. Nic tak nie osładzało dnia jak romans z rana lub zajefajna historia fantastyczna, ale najlepsze było połączenie obu gatunków. 
Moja miłość do książek rozpoczęła się w gimnazjum, gdy przeczytałam pierwszą część serii ,,Pamiętników wampirów''. Najbardziej przyciągną mą uwagę Damon. Zakochałam się w tym niebezpiecznym krwiopijcy na zabój i do tej pory go uwielbiałam. Przez długi czas nie interesowałam się innymi chłopcami, istniał tylko on. Był moim wybrankiem na całe życie, ale niestety był też jedynie postacią fikcyjną. Jaka szkoda. Gdybym mogła, wyszłabym za mąż za niego. Było jednak jedno ,,ale'', a mianowicie fakt, że nie chciałam ideału, lecz pragnęłam kogoś kto ma słabości ( i tu nie mówię o słabościach typu: miłość Damona do Eleny)  i potrafi się do nich przyznać. Pragnęłam kogoś kto jest pewny siebie, tajemniczy, przystojny, czarujący i mogłabym wymieniać tak dalej, ale to nie a sensu, lepiej obstawmy, że Damon jest jak najbardziej w moim typie. No więc ideały nie istnieją i powinnam być najbardziej tego pewna, ale to stwierdzenie nie tyczy się bohaterów książkowych tylko prawdziwego życia. 


Nel
Obudziłam się w łóżku z potężną migreną. Niczego nie pamiętałam z wczoraj oprócz tego, że wpadłam do rowu. Wiedziałam jaki dziś dzień: pierwszy września. Rozpoczęcie roku. Zawsze pod koniec wakacji byłam podekscytowana nowym rokiem szkolny. Nigdy nie wiadomo kto dojdzie, a kto odejdzie z twojej klasy. Jak zwykle wstałam dosyć wcześnie i się ogarnęłam. Zjadłam dosyć pożywne śniadanie po czym poszłam obudzić resztę domowników. Najpierw zaszłam do Sebastiana:
-Hej,hej! Pora wstawać! -przywitałam się z młodszym bratem
-Która godzina? -zapytał zaspanym głosem
-Już ósma. -odpowiedziałam zgodnie z prawdą- Co mam ci zrobić na śniadanie? -zapytałam
-Możesz tosty?
-Jasne. No ruchy, o dziewiątej masz być już gotowy.
-Dobrze. -obiecał po czym wstał z łóżka i powlókł się do łazienki.
Z ciocią było więcej problemów. Niestety. Chrzestna Sebastiana zawsze lubiła długo spać. Budzenie jej zajęło mi ponad pięć minut. Zachowywała się dosłownie jak dziecko. W końcu przekonałm ją do wstania z łóżka.
Szybko zleciałam na dół i zrobiłam tosty dla brata. Gdy wchodziłam na górę, by się ubrać minęłam się z Sebastianem. Był ubrany w śnieżnobiałą koszulę oraz wyprasowane czarne spodnie. Nawet poczesał swoje blond włosy:
-Ładnie wyglądasz. -skomplementowałam chłopca
-Dzięki. -odparł i schodził dalej
Wyjęłam z szafy moją najnowszą czarną sukienkę w białe kropki mniej więcej w stylu pin-up. Do tego związałam włosy w koński ogon i założyłam czarną bandankę. Na nogach miałam eleganckie baleriny w tym samym kolorze co bandanka.Szyja była goła. Naszyjnik, który dostałam od Marco zostawiłam Persefonie, a właściwie Lenie. Miałam nadzieję, że dowie się kto zostawił tę wiadomość i odnajdzie tą osobę.
Powoli dochodziła dziewiąta. Zleciałam na dół z niesłychaną prędkością. Mój braciszek już czekał na mnie przy drzwiach:
-Wow! -wykrzyknął zachwycony- Wyglądasz jak anioł!
-Och, dziękuję. -odparłam teatralnym głosem -To co gotowy?
-Jak najbardziej. -zawsze zachowywał się bardziej dojrzale niż jego rówieśnicy co było jego zaletą.
Ciocia dopiero zeszła na dół. Ucałowała każde z nas i poszła zrobić sobie kawę. Najpierw musiałam odprowadzić Sebastiana do szkoły, która znajdowała się w przeciwnym kierunku niż moje gimnazjum.
Wzięłam rower z garażu, ale nie wsiadłam na niego. Szłam na piechotę razem z mym braciszkiem. Gdy wreszcie odprowadziłam chłopca do szkoły wsiadłam na rower i popedałowałam do gimnazjum. Zdążyłam na styk!
Jak się okazało do naszej klasy doszły dwie nowe dziewczyny. Nie znałam ich wcześniej, ale jak później się okazało mieszkały na drugim końcu Polski. Były całkiem nowe i nietutejsze. I nie były siostrami chociaż wizualnie tak na 25% można było dostrzec jakieś podobieństwo. U mnie rozpoczęcie roku zawsze odbywało się szybko, więc miałam jakieś trzydzieści minut do odebrania Sebastiana ze szkoły. Postanowiłam wysłać sms'a do Daniela.
,,Hej, u ciebie już koniec rozpoczęcia roku?"
Tak jak zwykle odpowiedział szybko:
,,Cześć! Jasne, że tak. To co spotkamy się w parku?"
,,Naturalnie. Będę tam za dziesięć minut" i w ten sposób zakończyliśmy naszą ,,rozmowę".
Gdy dojechałam na miejsce on już czekał. Tak eleganckiego, a jednocześnie niechlujnego stylu jeszcze nie widziałam ... Włosy w kolorze orzechu jak zawsze w nieładzie, krawat za luźno związany, koszula prawie do połowy rozpięta, rękawy podwinięte. Jedynie buty prezentowały się tak jak trzeba. Czarne i połyskujące oksfordy:
-A ty jak zawsze przed czasem. -przywitałam się
-Oczywiście! -odparł z szerokim uśmiechem -Wow...Wyglądasz genialnie! -wykrzyknął
-Och schlebiasz mi. -zachichotałam i zakręciłam się w miejscu,aby zaprezentować moją stylizację.
-Na serio, bardzo ładnie w tym wyglądasz. Ale powiedz szczerze ilu miałaś już chłopaków? -zapytał niespodziewanie
-Słucham? -myślałam, że się przesłyszałam ,ale sprawiał wrażenie dosyć poważnego- No cóż ... A jakiej odpowiedzi oczekujesz?
-Hmmm myślę, że w przybliżeniu milion. -odparł żartując
-No co ty! -zaśmiałam się
-Więcej? -zapytał ze łzami w oczach od śmiechu -No dobra, ale tak na serio?
-Okrągłe zero.
-Co? -zapytał wstrząśnięty
-Tak jak słyszałeś.
-Nie gadaj głupstw! Na pewno jakiegoś miałaś! Albo masz? -i w tym momencie przypomniałam sobie o tej jedynej osobie, która zawładnęła mym sercem. O tym niezwykłym chłopaku, który posiada intensywnie turkusowe oczy oraz blond loki do ramion.
-Wiesz, chyba jednak masz rację. -odpowiedziałam pochłonięta wspomnieniem i tęsknotą za Imrem.
-Wiedziałem! -wykrzyknął uradowany -Ej, a tak w ogóle to która godzina?
-Co? -nagle się ocknęłam - Ach, godzina! -pospiesznie spojrzałam na mój telefon i odparłam -Za kilka minut będzie w pół do dwunastej.
-Nie uważasz, że już czas odebrać nasze młodsze rodzeństwo?
-Chyba masz rację. -przytaknęłam jakby nieobecna
-Z tego co zauważyłem twój rower posiada bagażnik.
-No i co z tego?
-Może nim podjedziemy?
-Co? Ale ja wątpię bym mogła cię utrzymać na bagażniku ...
-A kto powiedział, że to ja mam na nim siedzieć? -zapytał z błyskiem w oczach i szelmowskim uśmiechem
-O nie! Mowy nie ma! -ale stało się inaczej.
Pozwoliłam Danielowi kierować moim ,,gratem". Muszę przyznać, że wyglądaliśmy jak jakaś para z lat dwudziestych na randce. On tak kierował rowerem jakby był pijany i o mało się nie wywracaliśmy. Natomiast ja przytuliłam się mocno do jego silnych pleców, by nie spaść. Szczerze mówiąc, bałam się potwornie, ale wiedziałam że on nigdy by mnie nie skrzywdził, ani nie pozwoliłby nikomu na to. Mieliśmy z tego niezłą radochę. W jednej chwili poczułam się jak mała dziewczynka, która jest pełna energii, żywa i szczęśliwa. Moja sukienka majestatycznie powiewała na wietrze. W końcu jakoś dotarliśmy do szkoły naszego rodzeństwa.
Jak się okazało Sebastian zakolegował się razem z Walerianem. Razem czekali na nas przed szkołą. Byli całkowicie pochłonięci rozmową:
-Ej, a masz Neymara? -zapytał mój braciszek
-Mam dwóch i nie wiem z zrobić z drugim. A ty masz? -zadał pytanie Walerian
-Serio masz aż dwóch?! Ja nie mam żadnego. -odparł z żalem blondynek
-Chcesz to mogę ci go podarować. -zaoferował chłopiec podobny do Daniela jak dwie krople wody
-Witam panowie. -tę interesującą konwersację przerwał mój towarzysz
-O czym tak rozmawiacie? -wtrąciłam się
-O kartach z piłkarzami. -odparł dumnie koleżka mojego braciszka
-A Walerian chce mi dać jedną z kart! -z entuzjazmem odpowiedział Sebastian
-Do prawdy? Przecież ty Walery nikomu nie dajesz kart. -zdziwił się Daniel
Chłopcy jeszcze podyskutowali o kartach i później się pożegnaliśmy.Tak jak się domyślałam Walerian i Sebastian nie chcieli się rozstać, ale powiedziałam mojemu bratu, że zaprosimy ich na obiad w sobotę.

Do domu wracaliśmy moim rowerem.Posadziłam mego młodszego brata na bagażniku i ruszyłam. Jechaliśmy najpierw ścieżką rowerową, ale później skończyła się i musieliśmy jechać po żwirze przez las. Często robiliśmy przerwy. Powodem była wyboista i nierówna droga.
Gdy tak sobie jechaliśmy na naszej drodze w oddali stanęły dwie postacie. Jedna dosyć wysoka, druga niższa. Zatrzymałam rower i wpatrywałam się w owe postacie. Słońce (mój odwieczny wróg) jak na złość świeciło mi w twarz, więc trudno było dostrzec twarze tych osób. Po sylwetkach rozpoznałam w niższej dziewczynę, a w wyższej chłopaka. Sebastian również się w nie wpatrywał. Drżącym głosem zadał mi pytanie:
-Myślisz, że potrzebują pomocy?
-Nie wiem, boję się że nie mają dobrych zamiarów wobec nas.
-Nel ... Oni idą w naszym kierunku! -wystraszył się. Miał łzy w oczach, a mi serce podeszło do gardła, gdy zobaczyłam kim są owe postacie.

sobota, 12 września 2015

Rozdział 23

Mordred
W dzień po naszym wieczornym wypadzie Persefona się rozchorowała. Zupełnie jak przypuszczałem. Byłem ciekawy, czy złości się na mnie za to, że wyszedłem z jej pokoju jakby mnie grom kopnął. Ciekaw byłem, co ona teraz myśli o mnie, czy myśli, że jestem na nią wściekły. Ja na początku sam myślałem, że jestem na nią wściekły, ale doszedłem do wniosku, że jestem wściekły na siebie. Szczególnie za to, że dopuściłem, aby ta sytuacja między nami zaszła tak daleko. Nie mogłem myśleć o niej jak o kobiecie, musiałem myśleć o niej jak o kuzynce, bo taka jest prawda, ona jest moją kuzynką i nic we wszechświecie tego nie zmieni. Nawet ja sam. Ale trzeba było przyznać, że ciężko jest myśleć o niej jak o krewnej, skoro ma takie zajebiste i pociągające ciało, a poza nim wspaniałą duszę. Nie mogła jej ukryć, bo widać ją już w jej oczach. Widać w nich wszystko co czuje. Pewnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że tak łatwo ją odczytać, ale czasem staje się to naprawdę trudne. Podziemie bardzo na nią wpłynęło i ją zmieniło. Już nie jest taka, jak gdy byliśmy mali. Ale nie tylko ona się zmieniła od czasów dzieciństwa. Ja się zmieniłem i cała reszta również. Stałem się twardy i silniejszy niż jakikolwiek sukcesor (czyjś spadkobierca, potomek). Czas nie leczył ran, tylko sprawiał, że coraz mniej je odczuwałem, a to rany sprawiają, że stajesz się twardszy, silniejszy i niezdolny do bycia po raz kolejny zranionym. Tego przynajmniej nauczyłem się przez ten krótki okres życia, co dla ludzi był wiecznością.



Imre
Po dyskotece odprowadziłem Nel do jej pokoju i udałem się do swojego. Jak się okazało w środku powitał mnie posłaniec ojca:
- Witaj synu Hermesa.
- Witaj Adamie. - również się przywitałem - Czy coś się stało?
- Twój ojciec kazał mi przekazać, że jutro do ośrodka przybędzie twoja siostra razem z synem Aresa i córką Artemidy. Masz się nią zająć, ale zanim do tego nastąpi ty musisz ,,odstawić" tę ziemską istotę tam skąd ją sprowadziłeś... - nie dokończył, bo mu przerwałem.
- Jak to?! Przecież miała tu zostać tydzień!
- Przykro mi. Ja tylko przekazuję wiadomości od twego ojca.
- Ech, no dobrze...- poddałem się, jak mój ojciec coś postanowi to nie ma zmiłuj - Ale ona teraz śpi!
- Jutro rano możesz ją sprowadzić do jej domu.
- Dobrze. Dziękuję ci Adamie za tą wiadomość i przekaż Hermesowi pozdrowienia. Oraz, że zaopiekuję się Megan. - dodałem na końcu po czym posłaniec zniknął.
W pokoju zostałem sam. Była mniej więcej pierwsza w nocy, a muzyka nadal grała. Położyłem się na łóżku i rozmyślałem. Byłem zrozpaczony. Od rozstania z Nel dzieliły mnie już tylko godziny, a nie dni. Pocieszałem się myślą, że będę ją odwiedzał. Również zastanawiałem się jak zareaguje jej rodzina. Na mych ustach pojawił się lekki uśmieszek. W końcu moje myśli się rozwiały. Znów pojawił się smutek. Nerwowo patrzyłem na zegarek, który w tym momencie pokazał piętnaście po pierwszej. Czułem jakbym o siódmej rano miał stracić kogoś bliskiego, chociaż w rzeczywistości tak było. Ale zaraz, przecież ona nie umrze, tylko wróci do siebie, do osób które ją kochają ponad wszystko. Wróci do normalnego życia i nie będzie musiała się bać, że ktoś odkryje kim na prawdę jest.
Powoli zaczynałem wariować.
Nie zmrużyłem oka przez całą noc.W moje okno uderzył blady świt.Wiedziałem,że to już pora.Wstałem z łóżka i wziąłem szybki prysznic.Wszystkie czynności wykonywałem automatycznie,jak robot.Czułem,że dziś nic nie poprawi mi humoru,a tym bardziej odwiedziny mojej siostry przyrodniej Megan. Nie była takim ,,aniołkiem" jak ja,wręcz przeciwnie!Idealnie pasowała do Mordreda. Oboje mieli ciemne karnacje i włosy.Również byli podobni pod względem charakteru,tylko że moja młodsza siostra była tysiąc razy gorsza...
W końcu przebrałem sie w czyste ubrania i poszedłem po Nel.Zapukałem delikatnie do jej drzwi,a głos zza nich nakazał mi wejść:
-O hej Imre!-powitała mnie radośnie,a ja doznałem skurczu serca,nie potrafiłem sie z nią rozstać.
-Cześć,wyspałaś sie?-zapytałem ze smutkiem w oczach
-Jak nigdy w życiu!-odparła-Coś sie stało?Jesteś jakiś markotny.
-Wiesz...-żadne słowa nie chciały mi przejść przez gardło;wciągnąłem głęboko powietrze w płuca i jednym tchem powiedziałem-Zaraz muszę cię odstawić na ziemię.Proszę spakuj się i powiedz kiedy będziesz gotowa.-po czym wyszedłem z pokoju nie dając jej nic powiedzieć.
Kilka minut później była spakowana i popatrzyła na mnie błagalnie,lecz ja spuściłem wzrok na ziemie.Wziąłem jej torbę i rozpłynęliśmy się w powietrzu.
Kilka minut później znaleźliśmy się na Ziemi.Jak się okazało przybyliśmy w ulubione miejsce Nel.W grobowej ciszy przeszliśmy niecałe pięćset metrów.Atmosfera była napięta do granic możliwości.W końcu Nel nie wytrzymała i ze łzami w oczach załkała:
-Czemu jesteś na mnie zły?-przystanąłem i wystraszony popatrzyłem na nią
-Ja nie jestem na ciebie zły!-zaprotestowałem podwyższonym głosem
-Jesteś!-odparła prawie krzycząc i zasłoniła swoją twarz dłońmi
-Nie-wyszeptałem po chwili ciszy,którą przerywał szloch dziewczyny-Ja jestem po prostu smutny.
-Przepraszam.-wyszeptała tak cicho,że ledwo ją usłyszałem;postawiłem jej torbę na ziemi i zdziwiony odpowiedziałem:
-Za co mnie przepraszasz?Przecież niczego nie zrobiłaś,to ja powinienem ciebie przeprosić.-odparłem, po czym odsłoniłem jej zapłakaną twarz i otarłem jej łzy-Przepraszam-szepnąłem jej do ucha i mocno do siebie przytuliłem.Staliśmy w żelaznym,ale jakże czułym uścisku z pięć minut.
Pierwszy opanowałem się ja.Miałem godzinę na odstawienie Nel do domu i powrót do kurortu na śniadanie.Do jednej ręki wziąłem bagaż blondynki,a w drugą ująłem jej dłoń.Przeszliśmy resztę drogi bez trudu.W końcu dotarliśmy do jej domu.Jak się okazało ciotka Nel rozwieszała pranie na werandzie.Jej reakcja była wprost wzruszająca.Moja towarzyszka puściła moją rękę i pobiegła do nadbiegającej z naprzeciwka ciotce.Obie serdecznie się uściskały i miały łzy szczęścia w oczach.Później z domu wyszedł jej młodszy brat.Gdy zobaczył starszą siostrę w mig znalazł się obok niej i nie miał zamiaru jej puścić.Nie chciałem im przerywać tej ,,rodzinnej sielanki",więc postawiłem jej torbę na ziemi i odszedłem.Wiedziałem,że im dłużej będę się z nią rozstawać tym bardziej mnie później ,,bolało"...
Wróciłem do kurortu o godzinie siódmej pięćdziesiąt dziewięć.,,W samą porę" pomyślałem i zszedłem na patio,gdzie czekała na mnie dosyć niemiła niespodzianka...Jak się okazało moja młodsza siostrzyczka nie zdążyła przyjechać,a już w coś się wpakowała.Szybkim krokiem zbliżył sie do mnie mój kamerdyner i szepnął bym natychmiast zjawił się w sali plastycznej.Jak na skrzydłach pognałem do owej sali.Była tak spustoszona jakby przeszło tędy tornado:
-Co się tutaj wydarzyło?-zapytałem wstrząśnięty
-Twoja siostra pokłóciła się z kimś.-odpowiedział na moje pytanie Paul,który próbował przytrzymać Megan.
- Z kim?
- Z Marco. - syknęła córka Eris - Z tym cholernym zarozumialcem.
- Ej, bez przekleństw. - upomniałem ją
- Nie będziesz mi kurwa rozkazywał ty przeklęty sukinsynu!-wrzasnęła próbując w dalszym ciągu wyrwać się Paul'owi.
- Ech, a gdzie Marco? - zapytałem
- W punkcie medycznym. - odpowiedział głos zza moich pleców. Odwróciłem się i ujrzałem uroczą jak zawsze Norę.
- Witaj Noro. - przywitałem dziewczynę
- Cześć Imre. - również się przywitała i zwróciła się do Megan - Wiesz,że złamałaś mu nos?
- No i dobra, należało się skurwielowi!
- Ale w ogóle o co tyle zachodu? - próbowałem dowiedzieć się o co poszło
- O gówno. - otrzymałem błyskawiczna odpowiedź mojej siostry
- Prawdopodobnie Marco obraził... - nie dokończyła bo zagłuszyły ją krzyki Megan.
- Stul pysk!Nic mu nie mów! - tak brzmiały jej wrzaski
Nikt nie wiedział co z nią począć, więc animatorzy wsadzili ją do izolatki na godzinę chociaż jak się okazało nic to nie dało.Tak właśnie zaczął się najgorszy tydzień w moim życiu...


Lena
- Hej, co tutaj robisz? - zapytałam zawiedziona wiadomością, że w ,,swoim miejscu" nie będę sama.
- Cześć. - przywitał się Patch, po czym podszedł do mnie i namiętnie pocałował w usta. Byłam zbita z tropu... Co Persefona zrobiła z moim życiem osobistym?! Dlaczego najpopularniejszy i najprzystojniejszy chłopak w klasie całuje się ze mną?
- Co ty robisz? - znów zapytałam.
- Jak to co? Całuję moją dziewczynę na powitanie. - odparł beztrosko.
- Od kiedy my ze sobą chodzimy?
- No od tygodnia. - nie wiedział o co mi chodzi, tak jak ja nie wiedziałam jak to odkręcić...
- Ok.
-To co idziemy do tej pizzeri, czy nie? - i tym zdaniem przekonał mnie do siebie.
No fakt, nie popierałam tego co zrobiła córka Demeter, ale skoro jest okazja to czemu by z niej nie skorzystać? Moja odpowiedź była pozytywna.
Poszliśmy do ,,Pizza Hut" i zamówiliśmy mega pepperoni. Dosyć luźno rozmawialiśmy,ale coś nie dawało mi spokoju i irytowało mnie. Patch zbyt często dawał mi buziaki. Moja intuicja podpowiadała, że są to pierwsze objawy zdrady,ale ja byłam nieme na te sygnały. Pozwoliłam się rozpieszczać.
Po naszej ,,randce" Patch odprowadził mnie do domu cioci Lucy. Byłam szczęśliwa jak jeszcze nigdy!Ale nasze pożegnanie było wręcz bajeczne:
- To co? Na kiedy się znów umawiamy? - zapytał z szelmowskim uśmiechem
- A kiedy masz ochotę? - odpowiedziałam pytaniem cała w amorach
- Może jutro? Albo za trzy sekundy?! Dłużej bez ciebie nie wytrzymam. - po czym objął mnie w pasie i przyciągnął do siebie, a nasze usta spotkały się po raz kolejny tego dnia, lecz ten pocałunek był inny od pozostałych. Był taki szczery i nierealny, że przez chwilę pomyślałam, że chyba śnię! Gdy nasze usta się wreszcie rozłączyły chciałam więcej i więcej!
- Szczerze, to wolałabym się z tobą nigdy nie rozstawać, ale niestety dzisiaj dłużej razem być nie możemy, ale dobrze by było gdybyśmy jutro spędzili razem cały dzień. Co ty na to? Tylko ja i ty?
- Zgoda. - przystał na mą propozycję. Na sam koniec zaserwował mi tęskne spojrzenia z dodatkiem czułego pocałunku. W tamtej chwili chciałam, by nasze pocałunki nie miały końca.
Gdy już się porządnie pożegnaliśmy, miałam przeczucie, że w moim brzuch lata stado nietoperzy, zamiast motyli. Nie wiedziałam, jakim sposobem Persefona skłoniła go, aby został moim chłopakiem, ale jestem dla niej za to bardzo wdzięczna. Nigdy nie byłam szczęśliwsza niż teraz. On był moim szczęściem. Moim światem. Moim życiem. Byłam pewna, że będziemy razem już na zawsze.

***

Nasza randka, która odbyła się  następnego dnia, była niesamowita i to głównie za przyczyną Patcha. Żeby nie było, ja tez miałam kilka rzeczy w zanadrzu, ale to niespodzianka mego chłopaka uczyniła ten dzień wspaniałym. Może zacznę od początku.
W czasie, gdy miałam już wspinać się na wzgórze, które uchodziło za miejsce naszych spotka, dostrzegłam Patcha. Robił coś. Zgadywałam, że chciał mnie czymś zaskoczyć. Tak wiec podążałam w stronę mego ukochanego, który nie zauważył mnie do chwili, gdy odwrócił się i zaczął rozglądać się za mną. Lekko zaskoczony wpierw mnie przytulił,a później ucałował. Zrobił te dwie rzeczy tak, że nie widziałam niczego, co znajdywało się za jego plecami, a głownie chodzi mi o tę niespodziankę, którą mi przygotował. Nie za bardzo przepadałam za niespodziankami, ale postanowiłam, ze tym razem pozwolę się zaskoczyć. 
- Przygotowałem coś na dzisiejszą wspólną randkę. - oznajmił z nutką strachu w głosie. Pewnie bał się tego, że mi się nie spodoba.
- Co to takiego? - zapytałam z niecierpliwością, co naprawdę rzadko mi się zdarza, ale jednak.
- Ta dam. - Odsuną się odrobinę przy czym pokazując przygotowaną dla mnie niespodziankę. Okazał się nią piknik. Był naprawdę cudowny. Widać było, że się postarał i włożył w to cała swoją miłość.
- Jest przecudowny. - odparłam przeszczęśliwa. w akcie wdzięczności pocałowałam go. Musiałam się trochę wysilić, aby tego dokonać, bo był ode mnie wyższy o głowę.
- Co za ulga. Słyszałem, że nie lubisz niespodzianek, a ja nie miałem zbytnio pomysłu, czym mógłbym ci zaimponować.
- Tym to nie powinieneś się martwić.


Nel
Po przywitaniu się z moja rodziną poszukałam wzrokiem Imrego, lecz nigdzie nie mogłam go znaleźć. Zniknął tak bez pożegnania! Zrobiło mi się smutno. Chyba coś się między nami popsuło...
Co ja bez niego zrobię?! Chyba zwariuję, ale nie można mieć wszystkiego na raz. Albo rodzina, albo miłość życia. Niestety los wybrał za nas. Nie chciałam skończyć jak każda nastolatka czyli wpaść w ,,depresje" (co chwila płakać w poduszkę i robić sobie wyrzuty sumienia, nie mówiąc już o anoreksji albo o nadmiernym podjadaniu).
Myślami i duchem wróciłam do teraźniejszości i mojej małej rodzinki. Sebastian strasznie cieszył się z mojego powrotu i ciągle wypytywał gdzie byłam i co robiłam. Czułam się trochę jak na przesłuchaniu, ale jakoś się wymigałam.
W końcu zasiedliśmy do śniadania. Ciocia Jania zrobiła przepyszne naleśniki. Miałam okazję na sprawdzeniu jak sobie beze mnie radzili:
- No więc ciociu, znalazłaś pracę?
- Oczywiście moje dziecko! - odparła z entuzjazmem - Zostałam kucharką w barze niedaleko. - rzekła z dumą.
- Moje gratulacje! - pochwaliłam ją - A co u mojego urwisa? - zapytałam chłopczyka siedzącego obok mnie, wcinającego świeże naleśniki.
- Dobrze, dzisiaj przychodzi do mnie Maggie.
- Jaka Maggie? - nie znałam żadnej dziewczynki o takim imieniu,która kolegowałaby się z moim młodszym bratem
-Nel, pozwolisz na chwilę? - szepnęła ciotka i wyszłyśmy do salonu - Posłuchaj, Sebastian ma wymyśloną przyjaciółkę i proszę nie niszcz mu dzieciństwa. - poprosiła.
- Jesteś pewna, że to jest ,,wymyślona" przyjaciółka? Dopytywałaś się o nią czy coś?
- Nie, uważam, że to jego sprawa i się nie wtrącam. Udaję, że ją widzę... - nie dokończyła, bo jej przerwałam.
- Ech, porozmawiam trochę z Sebkiem, ale nie martw się, będę delikatna. - uprzedziłam i zawołałam brata do salonu. Podeszłam do szafki i wyciągnęłam z niej kredki oraz jedną kartkę A4. Przedmioty ustawiłam na stole i czekałam na chłopczyka, który dojadał resztki naleśnika:
- Już jestem. - odezwał się, gdy zasiadał do kredek.
-  Sebciu, narysujesz mi swoją przyjaciółkę? - zapytałam.
- Jasne! - ożywił się i zaczął rysować.
Dziewczyna, która znajdowała się na kartce była ode mnie starsza, a może nawet w moim wieku. Miała kruczoczarne włosy, wyraźną opaleniznę i nie wyglądała bynajmniej na ,,aniołka". Spojrzałam pospiesznie na blondynka i zapytałam:
- Czy ktoś widział twoją Maggie?
- Hmm... - zamyślił się - Chyba nie.
- A myślisz, że będę mogła ją zobaczyć? Przedstawisz mi ją? - dopytywałam się, bo nie wiedziałam czy dzwonić po księdza czy egzorcystę...
- Porozmawiam z nią na ten temat. - obiecał i pobiegł na górę ,,przygotować się" do spotkania.
- Boję się o niego. - westchnęłam do ciotki, która właśnie stanęła obok mnie
- To jeszcze dziecko, a u nich to normalne! - nasza opiekunka zbagatelizowała sprawę.

***

Kilka godzin później,gdy czytałam książkę w salonie,a ciotka Jania dziergała coś na drutach. Usłyszałam jak Sebastian z kimś rozmawia. Z tonu jego głosu można było wyczytać zaniepokojenie.
Powiedziałam cioci, że idę do łazienki, po czym odłożyłam książkę i jak na skrzydłach pognałam po schodach na górę. Zakradłam się do pokoju młodszego brata i ujrzałam niecodzienny widok...
Chłopiec stał przy łóżku, na którym leżała zrelaksowana dziewczyna, którą narysował po śniadaniu:
- Czy to jest twoja Maggie? - zapytałam wchodząc do pokoju. Sebastian, aż podskoczył ze strachu, a dziewczyna gotowa była jak najszybciej uciec z pokoju, lecz zamknęłam jej wszystkie drogi ucieczki:
- Błagam nie mów nic cioci! - szeptał zrozpaczony chłopczyk.
- Kim jesteś? - zapytałam agresywnie i ściszonym głosem.
- Jestem Maggie, a ty jesteś Nel. Sebastian dużo o tobie opowiadał. - odpowiedział z nutką arogancji w głosie.
- Czego chcesz od mojego brata?
- Niczego, jest idealnym słuchaczem i świetnie pociesza. W moich stronach nikt mnie nie rozumie... -mruknęła.
- Dlaczego? Przecież różnicie się jak dzień i noc! - zaprotestowałam.
- Ty niczego nie rozumiesz! - wyciągnęła w moim kierunku rękę i zapewne miało się stać coś strasznego dla mnie, lecz mój braciszek ją powstrzymał:
- Nie! Zostaw ją! Ona jest dobra! Tylko się o mnie martwi. - próbował załagodzić. Posłuchała go.
Spojrzała na mnie wzrokiem żądzy mordu. Wiedziałam, że się nie zaprzyjaźnimy. Postanowiłam przejrzeć jej aurę. Nie mam pojęcia dlaczego, być może chciałam sprawdzić czy umiem je dostrzegać?
W każdym razie jej aura różniła się od naszej... Była cała złota! Ktoś z Olimpu! Mało nie zemdlałam.
Podeszłam do tej całej Maggie niebezpiecznie blisko i syknęłam (jak chciałam potrafiłam być wredna):
- Wiem kim jesteś, więc wynocha na Olimp!
- Co? - zapytała zbita z tropu - Jak to?
- Nie dosłyszałaś? Won na Olimp! Nikt cie tutaj nie chce. Twoje miejsce jest tam na górze. - i wskazałam na sufit.
- Ale skąd ty to wiesz? - zapytała po dłuższej chwili ciszy.
- Mieszkałam tam trochę czasu.
- Serio? U kogo? - dopytywała się.
- A co cie to?! Wynocha! - i pociągnęłam ją w kierunku okna za ramię - Szerokiej drogi i ani waż mi się tutaj więcej pokazywać! Bo wezwę odpowiednie osoby, aby cię zabrały... - zagroziłam.
Dziewczyna rzuciła smutne spojrzenie w kierunku Sebastiana i wyszeptała:
- Nie jestem Maggie... Jestem Megan. - po czym rozpłynęła się we mgle.

Lena
Usiedliśmy na kocu pod drzewem. Zajęłam swoje miejsce między jego nogami, zaczął mnie przytulać od tyłu. Jego ramiona otaczały mnie i dawały uczucie bezpieczeństwa. Patrzyliśmy na niebo. Prawie utonęłabym w objęciach Morfeusza, gdyby nie rock'owa muzyka wydobywająca się z mego telefony znajdującego się w mojej kieszeni spodni. Odebrałam połączenie, a po minucie je zakończyłam.
- Wybacz, myślałam, że dzisiaj będzie czas tylko dla nas, ale kilka spraw wymknęło się spod kontroli i muszę je naprawić. Przepraszam.
- Nie przepraszaj. Idź. To musi być coś ważnego, skoro dzwonią do ciebie w czasie randki. Naprawdę nic się nie stało. Mamy jeszcze tak wiele życia przed sobą, na pewno nadrobimy dzisiejszy stracony czas. Obiecuje. - i tym oto argumentem mnie przekonał. Również zaproponował, że mnie odprowadzi do domu, bo musiałam stamtąd zgarnąć kilka rzeczy ze sobą. - No to chodźmy. - chwycił mnie za rękę i ruszyliśmy w stronę mojego domu.
Nie zastałam cioci w domu, ale zauważyłam tajemnicze schody prowadzące na strych, których nigdy nie widziałam. Chciałam zajrzeć co tam się znajduje, więc weszłam do pomieszczenia. Odrobinę się w nim rozejrzałam. Światło wpadające przez okno lekko rozświetlało zakurzone pomieszczenie. Wyglądało tak, jakby nikt go nie sprzątał przez wiele lat. Zasłony były przeżółkniałe, drewniane podłogi nie połyskiwały świetnością jak za dawnych lat, a ściany pokrywało coś, co już nawet nie przypominało tapety. W kącie pokoju dojrzałam coś przykrytego starą plandeką. Były to chyba jakieś kartony, możliwe też, że cokolwiek innego.
Pod tą plandeką były pudła, z resztą jak przypuszczałam. Popatrzyłam co jest w ich środku. Znajdowały się w nich stare zwoje i jakieś zapiski, które były starsze od odnalezionej przeze mnie wcześniej księgi. Były strasznie zakurzone, w sumie tak samo jak cały pokój, w którym byłam w obecnej chwili.
Poza kartonami, w pokoju były też stare greckie zabytki, które powinny już się znajdować w muzeum. Nie mogłam wytrzymać z tym całym kurzem, musiałam tam posprzątać i to niezwłocznie. Zadzwoniłam do ciotki i poprosiłam ją, aby sama się zajęła tą sprawą, o której mi jakiś czas temu mówiła. Zeszłam na dół, by się przebrać i wziąć ze sobą środki czystości. Powróciwszy na górę zaczęłam starannie wycierać wszystkie kurze, zmieniać firanki, myć podłogi i w niektórych miejscach odkurzać. Sporo wysiłku i czasu mi zajęło doprowadzenie tego miejsca do porządku, a mówiąc sporo mam na myśli do wieczora.
Po moim wielkim sprzątaniu usadowiłam się na jednej z puf, którą sobie wcześniej przyniosłam i zaczęłam przeglądać jeden z kartonów.Wszystko, co się w nich znajdywało, było zapisane w języku starogreckim. Wiele fragmentów zapisków było rozmazanych i nieczytelnych, więc nie wiedziałam dokładnie jak brzmi cały tekst. Powoli czytałam jakieś wyrywki, które przypominały mi pamiętnik. Tak, to był kolejny czyjś pamiętnik, który czytam. No niestety, a może stety, była to czyjaś historia miłosna.
Wraz z Herkulesem pojechaliśmy konno do jego kryjówki. Zabierał mnie tam o raz pierwszy. Byłam strasznie ciekawa tego, co tam znajdę. Chciałam wiedzieć o nim wszystko, jego sekrety, tajemnice i rzeczy, z którymi chciał się ze mną podzielić. 
Wyścig z mym księciem był bardzo emocjonujący i bardzo dużo się śmialiśmy. Zawsze byłam szczęśliwa, gdy był w pobliżu. Czułam, że nic na świecie nie może nas rozdzielić. Dawał mi poczucie bezpieczeństwa i mówił, że niezależnie od sytuacji mnie ochroni, a ja ufałam mu na tyle żeby mu uwierzyć, choć za długo się nie znaliśmy.
Przerwałam czytanie fragmentu znajdującego się w środku woluminu przekartkowałam strony, aż do pierwszej. Wolałam jednak znać historię  od początku. Nie należałam do osób, które lubią czytać jedynie fragmenty, preferowałam znajomość całości przebiegu opowieści i rozkoszowanie się czytaniem, a nie czytanie wyrywek, choć czasem to właśnie one mnie zachęcały do poznawania wszystkiego od początku.
Pierwsza strona z pamiętnika była zadedykowana. Dla ukochanej córeczki Leny. Mam nadzieję, że kiedyś to przeczytasz i poznasz bieg zdarzeń najważniejszego z momentów mego życia. Mama. 

Imre
Dopiero zaczął się początek dnia, a ja musiałem pilnować mojej siostrzyczki jak oka w głowie. Była strasznie nieznośna. Jak zwykle przy śniadaniu dokuczała Williamowi. Później zupełnie przypadkiem wylała gorącą (cud, że nie zimną) herbatę na głowę Marco. Muszę przyznać, że patrzenie jak brunet cierpi sprawiało mi przyjemność.
Ech, ale na tym był koniec przyjemnych rzeczy, tylko problemy. Koło południa Megan zniknęła i szukał jej cały kurort, ale niebawem wróciła. Była dosyć przygnębiona. Chciałem z nią pogadać, ale wiedziałem,że zaraz będzie się rzucać,więc ,,babskie pogaduszki" zostawiłem dla Nory. Ona ją lepiej znała, a w dodatku była jedyną osobą, którą moja siostra zaliczała do grona swoich przyjaciół.
Miałem dosyć kiepski humor, więc udałem się w miejsce, gdzie przez przypadek pocałowaliśmy się z Nel. My faceci nie lubimy rozmawiać o naszych uczuciach, wszystko wolimy przemilczeć i przemyśleć w samotności. Gdy wreszcie tam doszedłem usiadłem pod najbliższym drzewem i wspominałem najlepsze chwile jakie z nią spędziłem. Od razu przed oczami stanęła mi scena jak po raz pierwszy się spotkaliśmy. Byłem wręcz oszołomiony jej widokiem (zapewne nie bardziej jak ona moim)...
Nagle moje myśli zostały brutalnie przerwane przez moją siostrzyczkę:
- A ty tu czego? - zapytałem zaczepnie.
- Chodzę sobie. - odparła niewiarygodnie łagodnie i bez przekleństw.
- Czy aby na pewno jesteś Megan, córka Eris? - nie wierzyłem w takie cudy.
- Tak, we własnej osobie cioto. - i tym twierdzeniem upewniła mnie, że to na 100% ona.
- Ok, dobra. Może powiesz gdzie się podziewałaś przed obiadem?
- Nie twoja sprawa kmiocie! - warknęła.
- Moja! - odparłem wojowniczo - Masz mi w tej chwili powiedzieć gdzie byłaś! - wrzasnąłem, a mój głos echem rozchodził się po lesie. Jak widać nie chciała ze mną zadzierać i wyszeptała:
- Na Ziemi... - zamurowało mnie.
- Gdzie żeś była? - cały kredo-biały wypowiedziałem pytanie.
- Nie dosłyszałeś cholerny idioto?
- Słyszałem. Co ty tam kretynko robiłaś? - nie mogłem tego zrozumieć.
- Masz pojęcie jak to jest siedzieć na tym kurewsko nudnym odwyku? Wątpię... Jakoś od tamtego tygodnia odkryłam, że mogę się przemieszczać na Ziemię i z powrotem, ale na Olimp w żadnym kurna razie nie mogłam wejść. Tak więc skorzystałam z okazji i ,,teleportowałam się" do jednego z tych środkowo-europejskich krai. Znalazłam się w dosyć ładnym lesie. Spacerowałam sobie i jakby ktoś z tego pieprzonego odwyku spowodował, że wlazłam nogą w sidła. - po czym pokazała mi swoją zabandażowaną nogę - Ale jakoś tak nagle stanął przy mnie chłopiec... Wyglądał identycznie jak ty, kiedy byłeś mały! Tylko z taką różnicą, że ślepia miał zielone. No i ta szkarada tak stała nade mną i się na mnie gapiła, no to zapytałam ,,Czego się lampisz?", a on odpowiedział że chce mi pomóc. Dla mnie to była cholernie dziwne i nie logiczne. Niczego nie chciał w zamian... - nie dokończyła, bo jej przerwałem.
- Nie zawsze musisz chcieć czegoś w zamian. Czasami robisz coś, bo czujesz że musisz to zrobić.
- Wiesz co?Czemu ty kurewski cwelu zawsze musisz mieć racje? - zapytała zaczepnie i kontynuowała swoją historię:
- Później pomógł mi się wydostać z tych idiotycznych sideł i się przedstawił. Chyba nazywał się Sebastian czy jakoś tak. Nie chciałam się zdradzać, więc przedstawiłam się mu jako Maggie. Był tak cholernie naiwny, że mógłby uwierzyć, że jestem białym murzynem pochodzenia norweskiego. -zawsze lubiłem, gdy żartowała, a to zdarzało się naprawdę rzadko - Powiedział, że szuka starszej siostry, bo od trzech dni nie było jej w domu. Podał mi jej opis, ale odpowiedziałam mu, że nikogo oprócz niego nie widziałam. No, więc zabrał mnie do swojego domu i opatrzył nogę. Później wracałam do niego kilkakrotnie, dopóki nie skończył mi się odwyk i nie przyjechałam tutaj. -warknęła z goryczą - Strasznie wkurzyła mnie ta jego siostra, która się odnalazła. Dużo mi o niej opowiadał. Miała na imię Nel... - drgnąłem na dźwięk tego tak znajomego imienia.
- Znasz Nel? - zapytałem zdziwiony.
- Acha! - zawołała triumfalnie - Czyli u ciebie była ta suka!
- Nie masz prawa jej tak nazywać! - wstałem, po czym chwyciłem ją za ramiona i przyparłem do jednej z pobliskich palm - Co ci takiego zrobiła?
- Odkryła mnie! Widziała moją aurę! Kazała się wynosić i więcej nie wracać... - warknęła zła.
- Posłuchaj. - przestałem ją przyciskać do drzewa i zdjąłem swoje ręce z jej ramion - Znam Nel i wiem, że bardzo troszczy się o swojego brata, dlatego mogła się tak zachować. - próbowałem jej wytłumaczyć, ale to było niemożliwe
- Chuj mnie obchodzi, że się troszczy o brata! Ja swojego mam w dupie, bo jest ciotą i pieprzonym świętoszkiem! - krzyczała na całe gardło, więc i ja podniosłem głos.
- Przymknij się głupia babo! Czemu ty nigdy nie doceniasz tego, że się o ciebie martwię? Czemu nigdy nie doceniasz tego, że zawsze niezależnie od sytuacji chcę ci pomóc? Czemu tego nie doceniasz? Gdyż jak to ujęłaś masz to ,,w dupie"! - obroniłem się. Zrobiło się jej smutno, chyba przypominała przeróżne sytuacje, z których ją ratowałem.
- Nawet nie myśl, że cię downie przeproszę! - uprzedziła.
- Nie oczekuje od ciebie Megan przeprosin. - odparłem łagodnie - Oczekuję tylko tego, że to docenisz. Że będziemy tak jak dawniej trzymać się razem. - gdy skończyłem swoją wzruszającą wypowiedź, córka Eris poszła w stronę kurortu i znowu zostałem sam...

Nel
Po tym jak Megan opuściła pokój mojego brata postanowiłam go ,,przepytać". Wszystko co wiedział wypowiedział jednym tchem cały roztrzęsiony. Na koniec naszej rozmowy zadał mi pytanie:
-Myślisz, że może jednak wróci?
-Nie mam pojęcia, ale wiem że ta osoba była zła. Chociaż dobrze zrobiłeś pomagając jej. -już sama nie wiedziałam co mówię ...
Następnie nastała pora na obiad. Muszę dodać, że na tradycyjny ,,polski" obiad czyli schabowy z ziemniakami i surówką. Posiłek zjedliśmy w grobowej ciszy. Po obiedzie ciotka zabrała nas na zakupy, gdyż zbliżał sie rok szkolny i musieliśmy zakupić wszystkie potrzebne nam przybory szkolne.
Podczas, gdy moja ciocia szukała z Sebastianem idealnego piórnika, ja uciekłam do książek. Przeglądałam działy ,,Fantasy" oraz ,,Literatura piękna". Szukałam,ale niczego takiego co by mi wpadło w oko nie znalazłam. Już chciałam wracać,gdy zaczepiłam niechcący ręką o jedną z półek i na ziemię spadły trzy te same książki. Schyliłam się, aby podnieść jedną z nich, lecz ktoś mnie wyprzedził i ją odstawił. Myślałam, że to któraś z pracownic sklepu. Gdy podniosłam ostatnią książkę zauważyłam,że to nikt z obsługi ... Przede mną stał niewysoki, barczysty brunet o ciepłym wzroku mający na oko siedemnaście lat:
-Dzięki za pomoc. -odezwałam się
-Nie ma sprawy. -odparł krótko i poszedł dalej w swoim kierunku. Kilka razy się za nim obejrzałam, lecz zaraz zniknął za działem z napojami. Dołączyłam do mojej rodzinki.W końcu znaleźli jakiś piórnik. Dalej mieliśmy iść do mrożonek. Ciocia zamierzała jutro dosyć długo zostać w pracy i powiedziała, że gdybyśmy zgłodnieli to wsadzimy pizze do piekarnika. Nam ten pomysł bardzo się spodobał. Później otrzymałam misję, aby pójść do nabiału po mleko, jogurty oraz masło. Najpierw poszłam po mleko. Jak się okazało te, które zawsze kupowaliśmy było zbyt wysoko postawione bym je dosięgła. Wspinałam się na palcach jak najwyżej mogłam, lecz wszystkie próby kończyły się niepowodzeniem. Postanowiłam po raz ostatni spróbować dosięgnąć mleka. Już prawie je miałam, gdy czyjaś masywna ręka sięgnęła po nie i podała mi do ręki. Szybkim ruchem odwróciłam się.Ten sam chłopak, z działu z książkami stał za mną z lekkim uśmiechem na ustach. Zarumieniłam się i po raz drugi mu podziękowałam :
- To żaden problem. - odpowiedział - Chciałbym tylko wiedzieć jak masz na imię.
- Nel. - rzekłam nieśmiało
- Miło mi, Daniel. - przedstawił się i podał mi rękę, którą uścisnęłam. Była dosyć duża i mało zgrabna, ale dawała ogromne poczucie bezpieczeństwa i była lekko ciepła (w przeciwieństwie do mojej, która była lodowata od zbyt długiego przebywania przy tych chłodziarkach).
- Masz strasznie zimne ręce. - zauważył
- Dosyć długo próbowałam go dosięgnąć. - spojrzałam na karton z mlekiem,który trzymałam w ręce.
- Podziwiam twoją determinację. - pochwalił mnie
- Dzięki,a ja twoją chęć pomocy.
- To na prawdę są drobiazgi ... - mruknął zawstydzony
- No z mlekiem to nie drobiazg, bo przecież jak mogłabym upiec ulubione ciasto mojego brata bez mleka?
- O, masz brata! Ja mam ich aż pięciu. - podrapał się zakłopotany po głowie.
- Serio? - nie dowierzałam.
- Tak, dwóch starszych i trzech młodszych.
- No to musi być ci ciężko.
- Jeżeli się dogadujemy to jest nawet ok, ale gorzej jak się o coś kłócimy.
- Ja z jednym mam problemy na co dzień ... - nie dokończyłam, bo w tej chwili nadbiegł Sebastian z masłem i jogurtami. - O wilku mowa. - mruknęłam.
- Tutaj jesteś! Ciocia jest już przy kasie, chodź szybko!
- No już idę. Wybacz, muszę lecieć. Może kiedyś się spotkamy? -zapytałam z nadzieją w głosie
- Mam taką nadzieję. - pocieszył mnie Daniel -Poczekaj chwilę, masz jakiś papier czy coś?
- Nie, nie mam.
- To daj rękę. - poprosił i wyjął z kieszeni długopis po czym zapisał dziewięć cyfr na mej dłoni - Jak coś to jest mój numer telefonu. - posłał mi szelmowski uśmiech
- O rany! Dzięki! - byłam szczęśliwa, że chciał utrzymać ze mną kontakt - To do zobaczenia. -pożegnałam się i pobiegłam za Sebastianem do kasy.

***

Gdy wróciliśmy do domu wbiłam numer z ręki do telefonu po czym wysłałam sms'a o treści ,,Hej". Odpowiedź nadeszła niezwykle szybko!
,,Nel?"
,,Daniel?"- zapytałam
,,Tak to ja, co słychać?"
,,Właśnie wróciliśmy do domu"
,,Możemy się jutro spotkać?"
,,Nie wiem, muszę się przygotować do szkoły"
,,To na serio nie zajmie zbyt dużo czasu."- obiecał
,,No dobra"- dałam się przekonać
,,To może wiesz gdzie jest księgarnia ,,Mądra sówka"?"
,,Oczywiście, że wiem!" - odpowiedziałam
,,No to świetnie. Spotkajmy się tam o 11."
,,Będę czekać"- obiecałam i na tym skończyły się sms'y.
Później poszłam spać. Byłam mega padnięta. Zasnęłam od razu. Sen, który mi się przyśnił był nadzwyczajny! Nie wiem dlaczego, ale tak to odczuwałam. Śniła mi się waga. Po jednej jej stronie był zwykły kamień, a po drugiej pięknie oszlifowany diament. Co było najdziwniejsze waga była równa! Nie przechylała się w żadną ze stron,oba kamienie były tak samo ciężkie. Na tym sen się skończył.
Moją twarz oślepiły pierwsze promienie poranka. Gdy wyjrzałam za okno cała okolica była spowita gęstą mgłą.
Była dopiero ósma, ale ja byłam wypoczęta. Końcówka sierpnia była znacznie chłodniejsza niż początek. Przygotowałam sobie na spotkanie jakąś bluzę i zwykłe jeansy. Jak to co rano odbyłam przechadzkę do łazienki i się ogarnęłam. Następnie zrobiłam sobie kanapki z serem po czym zasiadłam do czytania jakiejś książki. Po godzinie przerwałam czytanie,gdyż dochodziła 10. Zawołałam, że powinnam wrócić na obiad i pomaszerowałam do garażu po rower. Gdy wreszcie dojechałam pod księgarnie Daniel już tam był.
Elegancko i z gracją zsiadłam z mego pojazdu i przywitałam się z nim. Ubrany był w jeansy, brązowo-zieloną bluzę w pasy, z kapturem oraz czarne buty podobne do glanów. Włosy jak zwykle w idealnym nieładzie:
- Cześć! -przywitał się.
- Hej. Jak tam?
- Chłodno dzisiaj. -odparł.
- Masz rację. Typowa jesienna pogoda. - zgodziłam się
- Przecież lato się jeszcze nie skończyło, to dziwne...
- Dla mnie bez różnicy. - westchnęłam
- No dobra to może masz ochotę pójść do parku?
- Ok. - zgodziłam się i poszliśmy jedno obok drugiego.
Zaoferował prowadzenie roweru, ale moje ręce jakby przykleiły się do kierownicy. Dotarliśmy wreszcie do parku, lecz nagle zaczął padać deszcz. Chłopak nałożył na głowę kaptur, a ja niestety mokłam, gdyż nie posiadałam kaptura z tyłu. Wyglądał w nim wręcz mistycznie i tajemniczo! Gdy zauważył, że nie mam kaptura od razu zdjął swoją bluzę po czym wymienił ją na mój rower. Tak więc ja trzymałam jego bluzę nad naszymi głowami (musiał się trochę schylić) , a on prowadził mój rower. Pod spodem jak zauważyłam miał wyblaknięty czerwony t-shirt. Serdecznie mu podziękowałam, a on jak to on odparł, że to drobiazg. W końcu deszcz ustał za co byłam niezwykle wdzięczna, bo zaczynały mnie boleć ręce od trzymania jego bluzy. Oddałam mu ją, ale nie zwrócił mi roweru, gdyż nie chciał bym się z nim męczyła. Wszędzie aż roiło się od kałuż, a z liści klonów skapywały w równych odstępach czasu kropelki wody. Jedna z nich spadła prosto na moją twarz i pieściła prawy policzek. Była przyjemnie chłodna i wilgotna, ale zaraz spadła mi na bluzę. Szliśmy dalej przed siebie i rozmawialiśmy o naszych rodzinach i w ogóle o życiu. Opowiedział mi, że niestety musi zostać rok w trzeciej klasie gimnazjum, gdyż tamten rok szkolny musiał przerwać i wyjechać do Irlandii. Powód był oczywisty: zmarła im matka, która zachorowała na poważne zapalenie płuc, a ojciec mieszkał w Irlandii. Małżonkowie byli od kilku miesięcy rozwiedzeni i każde ,,poszło w swoją stronę". Szóstka chłopców musiała przeprowadzić się do żyjącego rodzica. Gdy mężczyzna pożegnał się ze swoim miejscem zamieszkania przeprowadził się z synami z powrotem do Polski, a ci zostali zmuszeni do powtarzania klas. Jak się okazało najmłodszy z braci Daniela miał 10 lat, a najstarszy 21, lecz jeszcze się nie ustatkował. Bardzo ciężko jest mu znaleźć pracę, więc nadal mieszka z młodszymi braćmi. Co jest najdziwniejsze ich matka nadałam im imiona w porządku alfabetycznym (każde miało kończyć się na ,,-ian") od najstarszego do najmłodszego : Adrian, Fabian, Kordian (Daniel to tak na prawdę jego drugie imię, ale woli go używać jako pierwszego), Orian, Tristan (jest wyjątkiem,bo brakuje ,,i",ale innego imienia nie udało się jej wymyślić) oraz najmłodszy Walerian. Daniel wyznał mi w tajemnicy, że razem z braćmi musieli dorabiać na ulicy, aby utrzymać matkę jak najdłużej przy życiu, a leki drożały. Większa część rodzeństwa zawaliła szkołę.
- No to nieźle. - tylko tyle dałam radę wykrztusić.
- Wiem, a twój brat Sebastian, ile ma lat? - zapytał nieoczekiwanie
- On? Wydaje mi się, że 9. Tak, na pewno 9.
- A do jakiej szkoły chodzi?
- Do szóstki.
- Świetnie! - wykrzyknął uradowany - Będzie uczył się z Walerianem.
- Serio? To cudownie! - podzielałam jego entuzjazm.
- W takim razie do jakiego gimnazjum chodzisz? - wiedziałam do czego zmierza.
- Do dwudziestki.
- Ech, mnie wysyłają do czwórki. - posmutniał.
- Nie martw się, w czwórce jest sporo moich znajomych z podstawówki ... - urwałam, gdyż w jednej chwili zaczęły pojawiać się wspomnienia związane ze szkołą podstawową. Me wspominki szybko zostały przerwane przez kolejne pytanie Daniela:
- Może po rozpoczęciu roku szkolnego spotkamy się tutaj? Nawet jeżeli pogoda nie będzie sprzyjać?
- Myślę, że chyba tak. - odparłam po dłuższym namyśle
- No to super! - ucieszył się. Bardzo szybko zmieniał nastroje. Raz jest smutny, kilka sekund później uśmiecha się od ucha do ucha ... To jest dosyć dziwne, ale mi to nie przeszkadza. Najwidoczniej ma takie uosobienie.
Po jakimś czasie nasze spotkanie dobiegło końca i każde poszło w swoją stronę. Oczywiście na koniec niespodziewanie Daniel przytulił mnie do siebie. Zwykły przyjacielski uścisk nic więcej, a ja durna jak to ja zarumieniłam się. Zawsze to robiłam, gdy miałam jakiś ,,bliższy kontakt" z przedstawicielem płci przeciwnej.
Gdy wracałam do domu niespodziewanie zaczął padać deszcz, a na tle szaroburego nieba widoczne były pioruny. O dziwo nie było słychać grzmotów. Starałam się pedałować ile miałam sił w nogach i jak najszybciej znaleźć się w domu. Nagle kilka metrów przede mną stanęła wysoka postać. Zahamowałam gwałtownie i mało nie spadłam z roweru. Owa postać zbliżała się do mnie powoli i z królewską postawą. Byłam jak sparaliżowana ... Miałam dwie opcje do wyboru: albo zacząć rozmowę z obcym albo z powrotem pojechać do miasta. Jako iż jestem osobą niezwykle skrytą i zazwyczaj nie podejmują interakcji społecznych wybrałam drugą opcję. Szybkim ruchem zawróciłam rower po czym pomknęłam do miasta w takim pędzie jakby sam diabeł deptał mi po piętach. Chcąc się upewnić, że postać mnie nie śledzi spojrzałam za siebie. Na moje nieszczęście osoba, której się wystraszyłam zaczęła mnie gonić. Biegła mniej więcej z prędkością samochodu osobowego .,,Zaraz zemdleję" przeleciało mi przez głowę. W jednej chwili zrobiło mi się słabo i pociemniało przed oczami. Straciłam panowanie nad kierownicą i z ogromną siłą wpadłam do rowu. Dalej nic nie pamiętam ...