Przez to, że Persefona się rozchorowała, nie miałem okazji ani się do niej zbliżyć ani nic. Uczucia, do tej pory przeze mnie nieznane, zaczęły mną miotać i nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Wszystko wydawało się być tak bardzo pogmatwane i niezrozumiałe. Moje myśli wciąż krążyły wokół wspomnienia tamtego wieczoru, gdy jakaś nieznana siła mną zawładnęła i nie mogłem się powstrzymać przed jakimkolwiek dotykiem złożonym na anielskim ciele kuzynki. Była dla mnie zakazana. Wiedziałem, że nie mogę jej mieć, ale to nie powstrzymało mnie od fantazjowania, o tym jak całuję ją namiętnie lub delikatnie, a jeszcze innym razem po prostu się do niej przytulam, jestem z nią, a ona jest tylko moja. Jesteśmy tak, jakby cały świat nie istniał, ale świadomi , że to piękno chwili zaraz się skończy.
Co ja do kurwy nędzy seplenię. Nie jestem typem, który nie ugania się za dziewczynami, zazwyczaj one to robią, a jak coś chcę, to biorę to, dla mnie nie ma zasad, granic, których nie mógłbym nie przekroczyć. Robię co chcę i mam w dupie co uważają inni, jak im się to podoba to super, nie mam z tym najmniejszego problemu, a jeżeli im się to nie podoba to spadówa.
Jeśli chodzi o to, czy mam jakieś zasady, to tak. Najważniejszą jest-nigdy się nie zakochiwać. Miłość i tego typu rzeczy mnie nie dotyczą, jestem wolnym strzelcem i nie zamierzam pozwolić żadnej kobiecie na zniszczenie tego, co jest tak naprawdę moją naturą i całym mną.
Nie gustowałem w ziemskich kobietach, ale nimfy były w sam raz. A zwłaszcza, że żadna z nich nie miała potem pretensji, że nie pogadałem z nimi jak to chłopak zrobiłby ze swoją dziewczyną. Wiedziały, że to tylko jeden numerek i na tym się kończyło, no chyba że pragnęły więcej fizycznych doznań. Dla mnie były po prostu przygodą, chwilą przyjemności i niczym więcej. Jeśli później miały złamane serca, nie były moją sprawą, same się o to prosiły. Po prostu. Moje życie pełne było zabaw i tego typu rzeczy. Ziemia była miejscem, gdzie łaziłem żeby trochę zaszaleć, poimprezować czasem też by po prostu dać upust żądzom, ale nigdy nie przywiązywałem się do czegokolwiek pochodzącego z tegoż to miejsca. Mój świat, a świat ludzi dzieliła bardzo wielka i rozległa granica, której nic nie zniszczy. To była jedyna rzecz jakiej miałem zamiar dotrzymać wierność, pomijając przyjaciół, a w sumie jednego. Nie ufałem ludziom, a w szczególności bogom, poza kilkoma osobami no i w tym oczywiście Imremu.
Dni wciąż się dłużyły, jakby nie miały końca. Brak obecności Nel dawał o sobie znaki, brakowało mi jej każdego dnia. Jej uśmiechu, nieśmiałego spojrzenia, w którym mogłem ujrzeć tonę miłości i troski. Tak bardzo mi jej brak. Moje życie straciło sens, gdyż jej nie było, ale przecież nie umarła, żyła i to było najważniejsze. Nie liczyłem się ja, najistotniejsze było to, czy ona była zdrowa i szczęśliwa. Tylko to się dla mnie liczyło, nic więcej.
Nel. Jedno imię, a wywoływało tyle uczuć we mnie. Wiedziałem, że nigdy o niej nie zapomnę, zbytnio wdarła się w moje serce. Gdy zabrałem ją ze sobą na Olimp, nie przewidziałem jednej jedynej rzeczy, że się w niej zakocham. Cały świat staną na głowie, bo zakochałem się w ziemskiej istocie. Gdyby Mordred się o tym dowiedział, zabiłby mnie z premedytacją. Już czułem gniew przyjaciela na skórze. Powtarzał mi, abym nigdy, ale to nigdy się nie zadawał z ludzkimi istotami, bo on miał świadomość tego, że coś złego z tego wyniknie, a ja głupi uważałem, że dam rady się do niej nie przywiązać. Prawda była taka, że już pierwszego dnia naszego spotkania zaszła we mnie jakaś zmiana. Chyba do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, ile ta dziewczyna dla mnie znaczy. Ale teraz zrozumiałem, że Nel jest całym moim światem i jakby coś się jej stało, umarłbym. Nie potrafiłbym wytrzymać tego, że dzieje się jej coś złego. Moje serce rozpadłoby się na małe kawałki i tylko ona mogłaby je poskładać. Czułem w środku, że Nel była dla mnie tą jedyną, tą na całe życie, i że to nigdy się nie zmieni.
Mordred
Ale dość gadania o sobie. Lepiej pomówić o mych ,,przygodach", a jest ich dosyć sporo... więc najlepiej zacznę opowiadać o moim bardzo ubarwionym życiu, które stało się takie dzięki dogodnościom seksualnym.
Od czego by tu zacząć. Ach. No więc najlepiej będzie jeśli od początku wszystko opowiem. Przynajmniej tak mi się zdaje. Heh.
Pewnego wieczora naprawdę się wkurwiłem. Moje nerwy były na wyczerpaniu i musiałem jakoś odreagować. No niestety nie mogłem skorzystać z siłowni , bo jeszcze jej nie wyremontowałem do końca, więc zostało jedno rozwiązanie, aby ogarnąć się. Podpowiem, że miały brać w tym udział nimfy. No więc kontynuując moją opowieść, poszedłem w miejsce gdzie było kilka ,,chętnych'' boginek. Musiałem trochę się wysilić, aby wyrwać jakąś, ale się opłacało. Prawdę mówiąc tego wysiłku nie było za wiele, jeżeli liczyć by fakt że kobiety do mnie lgnęły jak pszczoły do miodu. Wykorzystałem jedynie swój urok i odrobinę poflirtowałem, a potem już była moja. Z każdą tak było.
Po tym wydarzeniu robiłem to coraz częściej (podrywałem, wykorzystywałem, jeżeli można to tak nazwać, gdy baba sama się o to prosi w dosłownym znaczeniu, a na końcu porzucałem). Nie miałem dość. W końcu stało to się rutynową czynnością wykonywaną co najmniej raz w tygodniu. No niestety w moje cudowne życie wparadowała Persefona i już nic nie było jak być powinno.
Imre
Ech, zbyt mocno się tym przejmuję ...
Podczas nie obecności tej miłej osóbki, za którą tak niemiłosiernie tęskniłem nic specjalnego się nie wydarzyło.Chociaż jest kilka epizodów wartych opisania:
Pierwszym z nich jest mega kłótnia Megan z Marco (jak zawsze). Syn Zeusa znów oberwał w twarz i ponownie złamał nos, lecz na moją siostrzyczkę było stać więcej. Ale i ona nie wyszła z tego bez szwanku. Jak się okazało miała zwichnięty nadgarstek, gdyż Marco popchnął ją na ścianę. Wtedy miarka się już przebrała i postanowiłem interweniować. Może i była w tym wina mojej siostry, ale nikt nie ma prawa poniżać ani bić kobiety (chyba, że w samoobronie, a nie z premedytacją). Oczywiście powód bójki był niewiadomy ...
Następnym wydarzeniem był mały wypadek Nory. Mieliśmy czas wolny, więc dla relaksu wybrałem się na plażę, jak się okazało już zajętą przez córkę Hefajstosa, Megan, Aarona oraz Mordreda. Ach, no właśnie ... Mordred. Działo się z nim coś dziwnego, nie potrafię tego określić, ale bynajmniej nie wyglądał na zadowolonego. Martwiłem się o niego, lecz gdy pytałem o co chodzi zawsze twierdził, że wszystko gra, więc dawałem mu spokój. A skoro jesteśmy już przy temacie osób zamieszkujących Hades ... Persefona się rozchorowała, o dziwo nikt nie wiedział co jej dolegało. Praktycznie nie wychodziła z pokoju, ani też nikt oprócz służby do niego nie wchodził. No dobra, troche odbiegłem od tematu. Tak więc dołączyłem do nich i razem rozmawialiśmy. Aaron jak zwykle pełen zapału rozmawiał o swoich marzeniach z Norą, Megan pluskała się w wodach Morza Śródziemnego, a syn Hadesa siedział pod drzewem i wpatrywał się w horyzont, który miał dosyć ciepłe barwy. Nora posiedziała z nami nie za długo, gdyż zaraz po tym jak się dosiadłem moja siostrunia ją zawołała. Razem się chlapały i śmiały. Postanowiłem usiąść i troszeczkę porozmawiać z Mordredem. Może tym razem powie mi co jest grane?
- Cześć. - przywitałem się
- Siema. - odpowiedział nie spuszczając oczu z horyzontu
- Co tak siedzisz sam? - usiadłem po jego prawej stronie
- Myślę ...
- Nad czym?
- Nad niczym! - jakby się nagle ocknął z transu
- Powiedz mi co ci jest?
- A co to? Przesłuchanie?
- Nie, po prostu chcę ci pomóc. - odparłem łagodnie
- W czym masz mi kretynie pomóc? - zapytał z pogardą w głosie
- Właśnie chcę się tego dowiedzieć.
- Posłuchaj mnie uważnie ... - nie dokończył gdyż usłyszeliśmy krzyki dziewczyn.
Szybko wstaliśmy i pobiegliśmy w stronę Aarona:
- Co się stało? - zapytałem wystraszony
- Hav bawi się z dziewczynami. - odparł zażenowany
- Czy on przypadkiem nie miał pilnować Loren, by nie podrywała innych chłopaków?
- Loren też jest w wodzie.
- No to wszystko jasne. - mruknąłem zirytowany
- A gdzie Megan? - nigdzie nie mogłem jej dostrzec
- Jest pod wodą. Hav bawi się z nimi w ten sposób, że wciąga je pod wodę. Tak z nienacka. - próbował nam wytłumaczyć
- Dobra, rozumiem. A czy to jest aby na pewno bezpieczne?
- Chyba tak.
- Wolę mieć tą jego ,,zabawę" na oku.
Usiadłem obok Aarona i wpatrywałem się w dziewczyny, które zaraz znikały mi z oczu.
Cały skoncentrowany byłem na tym, aby Megan była na powierzchni. Mimo iż nie przepadaliśmy za sobą to tak w głębi serca łączyła nas braterska miłość, wspólnota. Niespodziewanie ktoś uderzył dwa razy palcem z moje ramię. Był to Mordred:
- Chodź na chwilę. - nakazał stanowczym głosem, ja jak wierny pies wstałem i poszedłem za nim.
Szliśmy brzegiem morza. Na początku obaj milczeliśmy, lecz mój przyjaciel zaczął pierwszy:
- Przepraszam cię Imre, za to że nazwałem cię kretynem ... - przeprosiny u Mordreda były rzadkością
- Nic nie szkodzi. Megan mnie już ,,zahartowała". - odparłem żartując
- Może to zabrzmi dziwnie ale muszę ci coś powiedzieć.
- Zamieniam się w słuch. - miałem nadzieję, że w końcu wyzna mi co go trapi
- Wiesz, wyznania trochę mnie krępują, ale podobno przynoszą ogromną ulgę. Wydaje mi się, że Persefona chyba rzuciła na mnie jakiś urok czy coś ...
- Urok? - zapytałem
- Znaczy się w niedosłownym sensie! - oburzył się
- No cóż, mów dalej.
- Chodzi o to, że przez nią zmieniam się ... Nie jestem już tą samą osobą co dwa miesiące temu. Tak jakbym ...- nie potrafił dokończyć
- Tak jakbyś czuł, że pewne uczucie rozrywa cię na strzępki, a gdy już ją widzisz doznajesz ulgi i pragniesz spędzić z nią całe dnie? - rozmarzony zadałem pytanie
- Co ty gadasz? - zapytał i patrzył na mnie jak na wariata
- Nie ważne, słucham cię z największą uwagą. -i znów zabrał głos
- Tak jakbym nie był już do końca sobą. Widzę rzeczy z innej perspektywy niż przedtem! -nic mi to nie mówiło
- Kontynuuj.
- Zmieniam się w posiadającego jakiekolwiek uczucia boga, Imre! - wrzasnął załamany - Rozumiesz? Przez nią straciłem swój dawny autorytet groźnego, nie do końca, i bezdusznego Mordreda z Hadesu. Teraz jestem znany jako troskliwy kuzyn Persefony! Kurwa, czuję coś do nie, ale jeszcze nie wiem co - zatkało mnie ... Jak na mój gust to było całkiem niezłe wyznanie jakichkolwiek uczuć. Aczkolwiek nie było to bardzo w stylu mego przyjaciela.
- Cóż ... - podrapałem się po swojej blond czuprynie - Nie spodziewałem się tego, lecz cieszy mnie to, że wreszcie, stary, masz jakieś uczucia.
- Nie bulwersuje cię to, że czuję do niej coś więcej niż więzy rodzinne?
- Nie. Jakoś nikt nie miał nic przeciwko gdy Zeus spłodził ze swoją siostrą Demeter Persefonę, więc dlaczego miałoby to mnie bulwersować?
- Teraz kiedy wiem, że nie jest mi obojętna, mimo, że nadal sam nie wiem co do niej dokładnie czuję, to już sam fakt, że nie jedyna dziewczyna na świecie, która sprawia, że jestem lepszy, jest dla mnie zakazana. To mnie całkowicie rozwala. - kończąc naszą rozmowę, powróciliśmy do pluskających się w wodzie dziewczyn. Teraz Hav siedział na brzegu razem z Loren na kolanach. Przytulał ją czule do siebie i razem oglądali zachodzące słońce.
Lena
Powróciłam do bycia Persefoną na pełen etat. No niestety jak moja dusza wróciła do ciała Persefony czułam się jak falki z olejem. Moje tymczasowe ciało było wykończone chorobą, tak samo jak umysł. Czułam się padnięta i bardzo chciało mi się spać. Nic nie mogłam poradzić na to, że wszystkie części ciała bolały mnie jak cholera. Myślałam, że zaraz skocze z balkonu, by uśmierzyć narastający ból głowy.
Po całym pomieszczeniu krzątały się służące i jakieś pielęgniarki, dbające o mnie w czasie chwilowej niedyspozycji ciała. Podobało mi się to, że ktoś mi nadskakiwał. Nie ukrywam, to było bardzo miłe, ale wolałam być już zdrowa. Nieustanne leżenie też mogło być męczące i wkurzające. Przynajmniej ja miałam takie odczucia. No coż, mimo że padałam, chciałam się przejść i nic nie mogło mnie powstrzymać. Po prostu już nie wytrzymywałam ciągłego siedzenia w jednym miejscu.
- Idę rozprostować nogi.- oświadczyłam osobom znajdującym sie w moim pokoju.
- Ale panienka wciąż jest chora. Nie może pani wyjść, potem będziemy miały kłopoty. - rzekła jedna ze służących.
- Nie martwcie się tym. Ja nikomu nie powiem, że mnie wypuściłyście.
- No dobrze. - wyglądało na to, że ją i pozostałe dziewczyny przekonałam, bo wszystkie skinęły głowa.
Nareszcie wolna wyszłam na ogromny taras. Nie dostrzegłam tam żywej duszy. Byłam trochę smutna z tego powodu, ale znając życie wszyscy byli na jakiś zajęciach, albo robili jeszcze coś innego.
Przespacerowałam się głęboko wdychając powietrze by wspomóc swoje płuca. Przez ten katar w nosie mogłam ledwo normalnie rozmawiać. Gdy wiatr lekko zawiał, poczułam dreszcz w całym organizmie.
- Co ty tutaj robisz? Powinnaś leżeć w łóżku. - usłyszałam męski głos za sobą.
- Ach. Przestraszyłeś mnie Mordredzie.
- Co ty tutaj robisz? - zadał to głupie pytanie retoryczne - Nie powinno cię tu być. Wracaj do łóżka. - rozkazał nie podnosząc przy tym głosu.
- Skąd wziąłeś prawo do mówienia mi co mam robić, co? Nagle się mną interesujesz, a jakoś wcześniej nie było łaska mnie zapytać jak się czuje, czy może mi czegoś potrzeba. Hę??? - wkurzyłam się na niego.
- Chyba przez tę chorobę coś ci się w głowie poprzewracało, bo teraz zachowujesz się naprawdę dziecinnie. I mówię na serio, wracaj do łóżka zanim pogorszysz swój stan. - ponownie Laluś wydał mi rozkaz.
- Nie mów mi co mam robić! Nie jesteś moją niańką, ani matką więc się nie zapominaj.
- No teraz moja droga to przesadziłaś. - powiedziawszy to, przerzucił mnie sobie przez ramię i zaczął nieść mą osobę do pokoju. Chyba.
Niosący mnie przez hotel Mordred, miał kamienną twarz. Nie miała ona żadnego wyrazu. Zdawało się, że poza maską złego, niebezpiecznego i groźnego mężczyzny nie ma nic. Brak uczuć, serce z lodu. Nie wiedziałam do końca czy to prawda czy nie, ale nie chciałam wyciągać pochopnych wniosków. Już kiedyś mi to się zdarzyło i to był ogromny błąd, nie zamierzałam go powtarzać. No bo przecież ludzie uczą się na własnych błędach, ja uczyłam się na swoich i starałam uczyć się też na innych ludzi.
Cóż, tak sobie rozmyślając czułam na klatce piersiowej dotyk naprężonych pleców Mordreda, od których biło przyjemne ciepło, w którym mogłam się zatracić. Uspokajało mnie i sprawiało, że byłam lekko śpiąca. Nie zamierzałam zasnąć, ale stało się. Po chwili odpłynęłam w objęcia Morfeusza.
Gdy się obudziłam, byłam w hotelowym łóżku i czułam się świetnie. Pokój, w którym się znajdowałam nie należał do mnie. Na ścianie wisiało jakieś ogromne lustro, okna były pootwierane i przez nie wlatywał lekki podmuch powietrza. Obok łóżka, na którym przespałam całą noc i pół dnia, była szafka nocna, a na niej taca z jedzeniem.
Gdy tak się rozglądałam, nie zauważyłam drugiego ciała leżącego obok mnie. Należało ono do mężczyzny o czarnych włosach noszącego imię Mordred. Nie miałam pojęcia dlaczego spałam w jego pokoju, gdy mój znajdował się tuż obok jego. Ręce mego kuzyna otulały moją talię. Trzymał mnie tak mocno, jakby się bał, że odejdę lub coś takiego, w każdym razie miałam takie wrażenie.
Jakimś cudem wymsknęłam się z objęć chłopaka i poczłapałam zaspana do własnego pokoju, a tam zastałam posłane łóżko i na nim znajdującą się tacę ze śniadaniem. Sam pokój był perfekcyjnie posprzątany, ale pewnych rzeczy się nie spodziewałam. Na przykład: nieopodal łóżka była szafa, a na jej rogu zawieszony miałam idealnie dobrany strój, który miałam dzisiaj założyć jak głosiła karteczka do niego przyczepiona. Tymi ubraniami byli: krótki top, szorty, sandałki i na dodatek bikini. Zdaje się, że szykowała się jakaś wycieczka lub coś co mnie ogromnie zaciekawiło.
Zjadłam podane mi śniadanie i zaczęłam się szykować. Włożyłam wcześniej przygotowany zestaw, rozczesałam długie falę i zrobiłam wodoodporny makijaż składający się z podkładu, maskary i czarnej kreski, no i jeszcze niewiele cieniu do powiek. Po odprawieniu tegoż to rytuału, zeszłam na dół.
- Teraz kiedy wiem, że nie jest mi obojętna, mimo, że nadal sam nie wiem co do niej dokładnie czuję, to już sam fakt, że nie jedyna dziewczyna na świecie, która sprawia, że jestem lepszy, jest dla mnie zakazana. To mnie całkowicie rozwala. - kończąc naszą rozmowę, powróciliśmy do pluskających się w wodzie dziewczyn. Teraz Hav siedział na brzegu razem z Loren na kolanach. Przytulał ją czule do siebie i razem oglądali zachodzące słońce.
Lena
Powróciłam do bycia Persefoną na pełen etat. No niestety jak moja dusza wróciła do ciała Persefony czułam się jak falki z olejem. Moje tymczasowe ciało było wykończone chorobą, tak samo jak umysł. Czułam się padnięta i bardzo chciało mi się spać. Nic nie mogłam poradzić na to, że wszystkie części ciała bolały mnie jak cholera. Myślałam, że zaraz skocze z balkonu, by uśmierzyć narastający ból głowy.
Po całym pomieszczeniu krzątały się służące i jakieś pielęgniarki, dbające o mnie w czasie chwilowej niedyspozycji ciała. Podobało mi się to, że ktoś mi nadskakiwał. Nie ukrywam, to było bardzo miłe, ale wolałam być już zdrowa. Nieustanne leżenie też mogło być męczące i wkurzające. Przynajmniej ja miałam takie odczucia. No coż, mimo że padałam, chciałam się przejść i nic nie mogło mnie powstrzymać. Po prostu już nie wytrzymywałam ciągłego siedzenia w jednym miejscu.
- Idę rozprostować nogi.- oświadczyłam osobom znajdującym sie w moim pokoju.
- Ale panienka wciąż jest chora. Nie może pani wyjść, potem będziemy miały kłopoty. - rzekła jedna ze służących.
- Nie martwcie się tym. Ja nikomu nie powiem, że mnie wypuściłyście.
- No dobrze. - wyglądało na to, że ją i pozostałe dziewczyny przekonałam, bo wszystkie skinęły głowa.
Nareszcie wolna wyszłam na ogromny taras. Nie dostrzegłam tam żywej duszy. Byłam trochę smutna z tego powodu, ale znając życie wszyscy byli na jakiś zajęciach, albo robili jeszcze coś innego.
Przespacerowałam się głęboko wdychając powietrze by wspomóc swoje płuca. Przez ten katar w nosie mogłam ledwo normalnie rozmawiać. Gdy wiatr lekko zawiał, poczułam dreszcz w całym organizmie.
- Co ty tutaj robisz? Powinnaś leżeć w łóżku. - usłyszałam męski głos za sobą.
- Ach. Przestraszyłeś mnie Mordredzie.
- Co ty tutaj robisz? - zadał to głupie pytanie retoryczne - Nie powinno cię tu być. Wracaj do łóżka. - rozkazał nie podnosząc przy tym głosu.
- Skąd wziąłeś prawo do mówienia mi co mam robić, co? Nagle się mną interesujesz, a jakoś wcześniej nie było łaska mnie zapytać jak się czuje, czy może mi czegoś potrzeba. Hę??? - wkurzyłam się na niego.
- Chyba przez tę chorobę coś ci się w głowie poprzewracało, bo teraz zachowujesz się naprawdę dziecinnie. I mówię na serio, wracaj do łóżka zanim pogorszysz swój stan. - ponownie Laluś wydał mi rozkaz.
- Nie mów mi co mam robić! Nie jesteś moją niańką, ani matką więc się nie zapominaj.
- No teraz moja droga to przesadziłaś. - powiedziawszy to, przerzucił mnie sobie przez ramię i zaczął nieść mą osobę do pokoju. Chyba.
Niosący mnie przez hotel Mordred, miał kamienną twarz. Nie miała ona żadnego wyrazu. Zdawało się, że poza maską złego, niebezpiecznego i groźnego mężczyzny nie ma nic. Brak uczuć, serce z lodu. Nie wiedziałam do końca czy to prawda czy nie, ale nie chciałam wyciągać pochopnych wniosków. Już kiedyś mi to się zdarzyło i to był ogromny błąd, nie zamierzałam go powtarzać. No bo przecież ludzie uczą się na własnych błędach, ja uczyłam się na swoich i starałam uczyć się też na innych ludzi.
Cóż, tak sobie rozmyślając czułam na klatce piersiowej dotyk naprężonych pleców Mordreda, od których biło przyjemne ciepło, w którym mogłam się zatracić. Uspokajało mnie i sprawiało, że byłam lekko śpiąca. Nie zamierzałam zasnąć, ale stało się. Po chwili odpłynęłam w objęcia Morfeusza.
Gdy się obudziłam, byłam w hotelowym łóżku i czułam się świetnie. Pokój, w którym się znajdowałam nie należał do mnie. Na ścianie wisiało jakieś ogromne lustro, okna były pootwierane i przez nie wlatywał lekki podmuch powietrza. Obok łóżka, na którym przespałam całą noc i pół dnia, była szafka nocna, a na niej taca z jedzeniem.
Gdy tak się rozglądałam, nie zauważyłam drugiego ciała leżącego obok mnie. Należało ono do mężczyzny o czarnych włosach noszącego imię Mordred. Nie miałam pojęcia dlaczego spałam w jego pokoju, gdy mój znajdował się tuż obok jego. Ręce mego kuzyna otulały moją talię. Trzymał mnie tak mocno, jakby się bał, że odejdę lub coś takiego, w każdym razie miałam takie wrażenie.
Jakimś cudem wymsknęłam się z objęć chłopaka i poczłapałam zaspana do własnego pokoju, a tam zastałam posłane łóżko i na nim znajdującą się tacę ze śniadaniem. Sam pokój był perfekcyjnie posprzątany, ale pewnych rzeczy się nie spodziewałam. Na przykład: nieopodal łóżka była szafa, a na jej rogu zawieszony miałam idealnie dobrany strój, który miałam dzisiaj założyć jak głosiła karteczka do niego przyczepiona. Tymi ubraniami byli: krótki top, szorty, sandałki i na dodatek bikini. Zdaje się, że szykowała się jakaś wycieczka lub coś co mnie ogromnie zaciekawiło.
Zjadłam podane mi śniadanie i zaczęłam się szykować. Włożyłam wcześniej przygotowany zestaw, rozczesałam długie falę i zrobiłam wodoodporny makijaż składający się z podkładu, maskary i czarnej kreski, no i jeszcze niewiele cieniu do powiek. Po odprawieniu tegoż to rytuału, zeszłam na dół.
Imre
Momentalnie przypomniała mi się Nel. Od dawna (a mianowicie od dwóch dni) marzyłem o tym samym. Dlaczego nie wykorzystałem odpowiednio czasu, gdy była ze mną? Jakim ja muszę być debilem! Byłem bliski załamania, lecz z moich zmartwień wyrwał mnie krzyk Megan:
-Co się dzieje? -zapytałem
-Nigdzie nie mogę znaleźć Nory! -wrzasnęła zrozpaczona
-Może wyszła z wody?
-Ona na pewno nie wyszła na ląd!
-Hav, wstawaj szybko i do wody! -rozkazałem, szybko wykonał rozkaz. Po chwili wyłonił się z wody razem z Norą na rękach.
-O Zeusie. -mruknąłem wstrząśnięty
-Żyje? -zapytała moja siostra
-Nie wiem! -odparł zestresowany
-Zabierzmy ją do pielęgniarki. -i ruszyliśmy wszyscy do punktu medycznego. Jak się okazało coś wciągnęło ją pod wodę, ale nie był to syn Posejdona. Na szczęście nie była konieczna reanimacja, gdyż dosyć szybko wypluwała resztki wody z płuc.
Oprócz tego nic więcej ciekawego się nie działo. Trzeci dzień był dla mnie udręką. Ciągle przed oczami miałem ją. Tak jakby prosiła mnie bym wrócił. Być może i tak było, ale nie mogłem opuścić kurortu. Stało się jednak inaczej. Była jedenasta, a ja leżałem na łóżku i myślałem o niej. Nagle do mego pokoju wtargnęła Megan:
-Wstawaj ciamajdo! -nakazała -Mam zamiar zabrać cię w pewne miejsce.
-Ty chcesz zabrać gdzieś mnie?! -to było do niej niepodobne
-Tak, ruszaj swe dupsko szybciej, bo się rozmyślę. -zacząłem wkładać na siebie koszule i spodnie
-Albo masz dziś dobry dzień, albo coś knujesz. -bardziej przychylny byłem opcji numer dwa
-Nie gadaj tyle tylko chodź! -chwyciła mnie za rękaw koszuli i pociągnęła we mgłę, która praktycznie znikąd pojawiła się w moim pokoju.
Znaleźliśmy się w jakimś lesie. Liście powoli i leniwie opadały na ziemię. Zacząłem się rozglądać dookoła, natomiast Megan stała w bezruchu i czekała. Ale na co? Wkrótce się dowiedziałem. W naszą stronę nadjeżdżał rower. Na początku wydawało mi się jakbym widział jakiegoś upitego człowieka, który ledwo utrzymuje na nim równowagę, lecz gdy pojazd stopniowo się przybliżał zdołałem odróżnić kontury postaci. Dwóch postaci. Jedną z nich była młoda dziewczyna o blond włosach w sukience w kropki, za nią siedział chłopczyk o tym samym kolorze włosów z burzą loków na głowie. Megan delikatnie pociągnęła mnie za rękaw i szepnęła do ucha:
-Wszystkiego najlepszego braciszku. -byłem wręcz wzruszony. Nie mogłem się ruszyć. Moja siostra pociągnęła mnie za koszulę i poprowadziła w stronę stojącego już roweru.
Miałem łzy w oczach. Nie wiedziałem, że Megan stać na taki szlachetny gest. Chociaż jeśli spojrzeć na to z innej strony zapewne chciała spotkać brata Nel, a mnie zabrała przy okazji. Tak czy inaczej byłem wzruszony jej gestem miłosierdzia. Tak cennego prezentu jeszcze nigdy nie dostałem!
Gdy Nel rozpoznała mnie zeszła oszołomiona z roweru (tak samo uczynił jej brat). Zasłoniła usta dłonią. Tak samo jak ja miała oczy pełne łez. Szybko rzuciła się w moją stronę i skoczyła w me objęcia. Obróciliśmy się w miejscu po czym postawiłem ją z powrotem na ziemi:
-Cześć .-przywitałem się
-Hej. -odpowiedziała wpatrując się w moje oczy
-Nie lepiej po prostują ją pocałować? -zasugerowała obojętnie ma siostra, a ja natychmiast zareagowałem i delikatnie ująłem w me dłonie jej smukłą twarz po czym delikatnie pocałowałem ją w usta, które wręcz parzyły.
-Megan! -usłyszałem pełen radości chłopięcy głos. Sebastian podbiegł do córki Eris i serdecznie ją uścisnął. Pierwszy raz widziałem przyjazny i szczery uśmiech na jej ustach. Zazwyczaj uśmiechała się szyderczo lub chytrze, przebiegle. Nigdy szczerze!
-To zróbmy tak: ty Imre zabierzesz Nel ze sobą do kurortu, a ja zaopiekuję się jej młodszym bratem, co wy na to? -wypowiedziała to głaszcząc niesforne loki braciszka mojej ,,dziewczyny"
-Jeżeli Nel się zgodzi to ja również.
-Ale Imre. -szepnęła mi do ucha- Jesteś pewny, że możemy ją zostawić z Sebastianem?
-W stu procentach. -odszepnąłem, po czym zwróciliśmy się do Megan- Oboje się zgadzamy.
-No i fajnie. Pozwól Nel, że pożyczę twój rower i odwiozę na nim mego małego przyjaciela do waszego domu.
-Oczywiście! -odparła szybko, nie miała już takiej rezerwy w oczach jak przed paroma sekundami.
-W takim razie do jutra. -pożegnała się, a my rozpłynęliśmy się we mgle.
Znaleźliśmy się w kurorcie, a dokładniej w moim pokoju. Oboje jak zwykle na początku byliśmy nieśmiali. Jako iż byłem przedstawicielem płci męskiej postanowiłem być tym ,,odważniejszym" i zacząłem rozmowę:
-Nie jesteś głodna?
-Nie, jadłam już. -odparła
-Eeem ... Czy mówiłem ci, że wyglądasz przepięknie w tej sukience?
-Chyba nie.
-No to wyglądasz w niej wręcz niezwykle. Znaczy się nie tylko sukienka mi się podoba. Ach! -sam zacząłem się plątać
-Ha ha ha Imre, zrozumiałam o co ci chodzi. -uspokoiła mnie, po czym wspięła się na palce i delikatnie pocałowała mój policzek -Dziękuję.
Przytrzymałem ją w pasie i lekko się pochyliłem, by nie musiała stać na palcach. Zacząłem namiętnie całować jej szyję. Schodziłem coraz wyżej. Najpierw podbródek, później jeden policzek, drugi, nos, czoło, aż w końcu odnalazłem jej usta. Ta piękna chwila trwała dopóki do pokoju nie wtargnął mój lokaj:
-Och! Pardon, proszę o wybaczenie, albowiem za kilka minut ma się odbyć spotkanie na patio.
-Dziękuję ci za tę informację, możesz odejść. -odparłem lekko zirytowany, ale to nie była jego wina, taką ma pracę.
Tak więc nie wróciliśmy później do tej magicznej chwili, lecz zeszliśmy na dół trzymając się za ręce, gdzie czekała reszta osób.
Większość z nich z entuzjazmem witała Nel. W szczególności blisko niej znajdował się Marco. Nie tylko ja się z nią stęskniłem ...
Jak się okazało nasi instruktorzy rozchorowali się i mamy zorganizowany rejs wycieczkowcem. Kazali nam założyć ubrania, które są przygotowane w naszych pokojach. Martwiłem się o ubiór Nel, ale służące dały jej ubrania Megan. O dziwo pasowały idealnie.
Po ,,sprawdzeniu obecności" (moją siostrę miała zastąpić Nel) zaproszono nas na pokład statku. Tak właśnie zaczął się piękny rejs.