Przybyłam do Tirynsu wraz z ojcem. Musiałam z nim pojechać, wiedziałam, że mnie tam potrzebował. Zawsze wiem, gdy mnie potrzebuje. W końcu byłam śmiertelną córką bogini Hery, która została powierzona królewskiej parze, która tak bardzo chciała mieć drugie dziecko. Mimo, że mama nie była mamą to i tak traktowałam ją jakby nią była i tak samo było z ojcem. Oni martwili się o mnie bardziej niż moi biologiczni rodzice. Byłam księżniczką, nie boginią, której trzeba się bać, nie bóstwem, które trzeba czcić, ale księżniczką, córką człowieka, który był królem, a nie boga, stwórcy ludzi. A co najważniejsze, byłam sobą.
Gdy przyjechaliśmy do królestwa Amfitriona, byłam lekko zaniepokojona. Przerażał mnie ten mężczyzna. Nigdy nie widziałam tak potężnego i silnego króla, który potrafi również myśleć o życiu innych żołnierzy. Zazwyczaj widywałam władców nieprzejmujących się życiem swoich wojowników, choć każdemu z nich marzyło się powiększenie armii i ziem królestwa. Pogrążeni chciwością i nienawiścią po trupach dążyli do celu nie ważąc co to za sobą niesie. Śmierć ludzi i lamenty żon, matek po mężczyznach, których już nigdy nie zobaczą. To są jedne ze skutków wojen. Utracona miłość w imię czego, w imię honoru i sławy, którą nieliczni zdobyli.
Wizyta w królestwie najsilniejszego króla wszech czasów miała doprowadzić do sojuszu między Kretą, a Tirynsem. Mój ojciec miał już dość wojen i uważał, że powinien w końcu zapanować pokój. Nie chciał, aby coraz więcej ludzi traciło życie, a wraz z nim wszystko co dla nich najważniejsze. Miałam takie same zdanie co ojciec, wspierałam go w podjętych decyzjach i jak najczęściej starałam się pomagać podejmować je właściwie. Nie to, że byłam taka mądra czy coś, ale już miałam pewne doświadczenie w tych sprawach, dlatego ojciec mnie ze sobą zabierał. Ale brał mnie również ze sobą, dlatego że mój brat nie mógł z nim podróżować. Musiał zajmować się krajem, gdy go nie było. Było mi go żal, nie mógł poznawać świata. Został ,,uwięziony'' w jednym miejscu.
Nie miałam większego pojęcia na jak długo mieliśmy zostać u władcy Tirynsu, ale na razie nie miałam nic przeciwko pozostaniu w gościnie, poza jedną rzeczą. A mianowicie samotność. Miałam świadomość, że będę samotna. Nie było zbyt wiele osób, z którymi rozmawiałam o sobie i tego typu rzeczach, ale zawsze byłam skora do mówienia o innych tematach. Byłam dobrą słuchaczką, a jeszcze lepszym rozmówcą. Podobna miałam dar do przekonywania. Przynajmniej tak słyszałam w moich stronach. Ma ciekawość co do świata była ogromna, ale najwięcej o nim dowiedziałam się z ksiąg. Od niedawna podróżuję. Naprawdę kocham przygody i uczucie, gdy mam wiatr we włosach.
Ojciec był na jakiejś radzie, na którą nie chcieli mnie wpuścić, więc nie miałam innego wyjścia jak wybrać się na małą przechadzkę po ogrodach. Wtedy zobaczyłam do po raz pierwszy. Myślałam, że to duch, albo bóstwo. Mimo, że widziałam tylko jego tył, ale byłam oszołomiona widokiem tych umięśnionych pleców, idealnie opalonych rąk i tego czego nie ukrywało odzienie oraz bląd włosów. Szedł. Po chwili zniknął mi z widoku i więcej go już nie ujrzałam. Wtedy po raz pierwszy zwróciłam uwagę na mężczyznę jako obiekt zauroczenia. Prawdę mówiąc nigdy mi się to nie zdarzyło. W każdym razie na tym jednym spotkaniu się nie skończyło. W trakcie przyjęcia odbywającego się po zachodzie słońca, znów go zobaczyłam i ponownie miałam to uczucie. Usiadł na jednym z siedzeń przy miejscu dla króla. Gdy wszedł władca, zaczęła się uczta i gwar rozmów pochłonął całe pomieszczenie. W trakcie przyjęcia dowiedziałam się kilku rzeczy o młodzieńcu, który zawładnął mymi myślami przez dzisiejszy dzień. Był on młodszym synem Amfitriona noszącym imię Alcides. Starszy z nich zwał się Ifikles. Podobno król zbytnio nie przejmował się Alcidesem, ale równie dobrze szkolił go w walce, czego wyniki można było zobaczyć na ciele syna.
Po raz kolejny przerwałam czytanie, tylko że z innego powodu niż poprzednio. Naprawdę umierałam z głodu no i musiałam wziąć jeszcze kąpiel. Nie było innego rozwiązania, musiałam zakończyć czytanie na tę chwilę i udać się na dół do kuchni, a potem do pokoju po piżame i łazienki, by wreszcie się umyć.
Ciocia nie mieszkała już ze mną, więc miałam wolną ''chatę''. Cała dla mnie aż do rana, dopóki ciocia nie przyjdzie zrobić mi śniadania. To była bardzo miła myśl.
Na kolację zjadłam gofry z bitą śmietaną i do tego kakao. Dawno nie jadłam mojej roboty gofrów i nie piłam słodko-słonego kakaa, za którym przepadałam. Na deser dopchałam się porcją lodów i mogłam już iść spać (zawsze jak jestem porządnie najedzona, chcę mi się spać). Wzięłam gorącą kąpiel, wskoczyłam w piżamy i cieplutkie skarpetki, a potem to już mogłam walnąć się do łóżka i z niego nie wstawać.
Przez długi czas nie potrafiłam zasnąć mimo moich grzejących skarpetek, lecz gdzieś mocno po północy zapadłam w głęboki sen. Dzisiejszej nocy nie śniło mi się nic. Czarna pustka.
***
Ranek jeden na chybił trafił, zaczęłam przygotowywać wszystko co potrzebne do panini z indykiem i pesto z rukoli. Uwielbiałam gotować (niestety nie trafiło się ani razu, abym mogła gotować w Hadesie), więc ilość poświęconego czasu na to, nie miała znaczenia. Robiłam posiłek zgodnie z przepisem przeze mnie znalezionym.
Ciocia przyszła w sam raz na śniadanie. Właśnie kończyłam po sobie sprzątać. Byłam perfekcjonistką i nie cierpiałam nieporządku. Wszystko musiało być idealnie czyste, abym mogła w końcu usiąść i zjeść.
- Co tak smakowicie pachnie? - zapytała się ciocia Lucy, choć wiedziała, że gotowałam. Zawsze gotowałam, gdy nie mogłam spać.
- Przecież dobrze wiesz, że śniadanie. Chcesz kawy? - zaproponowałam.
- Nie, dzięki, ale wpadłam tylko sprawdzić co u ciebie i zmykam.
- Na spotkanie?
- Nie, wieesz. Umówiłam się z moim przyjacielem.
- Czy to na pewno tylko przyjaciel?
- Nie gadaj bzdur! Oczywiście, że tak.
- Dobra, dobra. tak tylko się pytam. - zaśmiałam się, ale po chwili wróciłam z chmur. - O której się spotykacie?
- O dziesiątej w kawiarni, tej niedaleko biblioteki.
- Dobra. Podwieźć cię?
- Nie ma takiej potrzeby, wolę się przejść. Powinnaś jeszcze potrenować jazdę, zanim zaczniesz jeździć po mieście. Tak będzie bezpieczniej.
- Przecież wiem. Nawet bez twojego upomnienia wiedziałam o tym, a poza tym jestem na tyle odpowiedzialna, by wiedzieć jakie skutki niesie za sobą jeżdżenie bez treningu.
- To dobrze, skarbie. To dobrze. - powtórzyła i pogłaskała mnie matczynym ruchem po włosach. Tęskniła za tym.
Przypomniawszy sobie o losach rodziców, zrobiło mi się smutno na duszy. Łzy napłynęły mi do oczu, humor mi przeszedł, a wszystko co miałam przed oczami rozmywało się. Po chwili ujrzałam małe i większe krople na stole, domyśliłam się, że płaczę.
Ciocia Lucy nigdy nie miała mi za złe to, że nie ukrywam swoich uczyć mimo iż ją też to bolało. Bolało ją to, że ja płacze, że ja jestem smutna, że ja popadam w depresję. Ona nigdy nie nie myślała o sobie, tylko o innych. Do czasu wypadku byłam taka jak ona, ale po nim świat mi się zawalił i wszystko inne co było z nim związane. To było tak, jakbym straciła samą siebie, a w Podziemiach i na mojej domowej terapii dawna ,,ja'' powraca. Kiedyś myślałam, że jak ukryje swoje emocje, to będzie lepiej, ale myliłam się. Nigdy nie było lepiej. Jedyne co mogłam wtedy zrobić, to albo wygadać się komuś, albo siedzieć cicho jak myszka i się nie odzywać. Pierwsza opcja się sprawdziła. Z dnia na dzień im więcej rozmawiałam, im bardziej się otwierałam na świat, czułam się lepiej.
Całe życie chowałam się w swojej skorupie przypominającą tarczę mającą mnie ochraniać przed ludźmi, a gdy doszło do tej tragedii, moja skorupa robiła się grubsza i grubsza. Nie chciałam do siebie dopuszczać nikogo, by już więcej osób nie stracić, ale gdy to zrobiłam, gdy wpuściłam do mojej skorupy trochę światła zwanego miłością, a czasem przyjaźnią, powróciłam do dawnego stylu życia, ale miałam świadomość, że nie da się powrócić do starej egzystencji. Starałam się jak umiałam, by stanąć na nogach. Było to trudne, ale dokonałam tego. Masa terapii, spotkania grup wsparcia i nic z tego nie poszło na marne, wydaje mi się, że teraz jestem lepszym człowiekiem niż w przeszłości. Prawdę mówiąc, to do tej pory nie uporałam się z odejściem rodziców, ale jak się mawia ,,czas zaleczy rany'', choć to jest bardzo niepoprawne stwierdzenie, gdyż czas nie leczy ran, ale sprawia, że odczuwamy je co raz słabiej. Tak brzmiało moje motto, gdy próbowałam wrócić do życia społeczeństwa. Postawiłam sobie cel, dążyłam do niego i osiągnęłam go. Co prawda nikt nie jest niezastąpiony, ale ciężko znaleźć kogoś na zastępstwo.
NelCiocia przyszła w sam raz na śniadanie. Właśnie kończyłam po sobie sprzątać. Byłam perfekcjonistką i nie cierpiałam nieporządku. Wszystko musiało być idealnie czyste, abym mogła w końcu usiąść i zjeść.
- Co tak smakowicie pachnie? - zapytała się ciocia Lucy, choć wiedziała, że gotowałam. Zawsze gotowałam, gdy nie mogłam spać.
- Przecież dobrze wiesz, że śniadanie. Chcesz kawy? - zaproponowałam.
- Nie, dzięki, ale wpadłam tylko sprawdzić co u ciebie i zmykam.
- Na spotkanie?
- Nie, wieesz. Umówiłam się z moim przyjacielem.
- Czy to na pewno tylko przyjaciel?
- Nie gadaj bzdur! Oczywiście, że tak.
- Dobra, dobra. tak tylko się pytam. - zaśmiałam się, ale po chwili wróciłam z chmur. - O której się spotykacie?
- O dziesiątej w kawiarni, tej niedaleko biblioteki.
- Dobra. Podwieźć cię?
- Nie ma takiej potrzeby, wolę się przejść. Powinnaś jeszcze potrenować jazdę, zanim zaczniesz jeździć po mieście. Tak będzie bezpieczniej.
- Przecież wiem. Nawet bez twojego upomnienia wiedziałam o tym, a poza tym jestem na tyle odpowiedzialna, by wiedzieć jakie skutki niesie za sobą jeżdżenie bez treningu.
- To dobrze, skarbie. To dobrze. - powtórzyła i pogłaskała mnie matczynym ruchem po włosach. Tęskniła za tym.
Przypomniawszy sobie o losach rodziców, zrobiło mi się smutno na duszy. Łzy napłynęły mi do oczu, humor mi przeszedł, a wszystko co miałam przed oczami rozmywało się. Po chwili ujrzałam małe i większe krople na stole, domyśliłam się, że płaczę.
Ciocia Lucy nigdy nie miała mi za złe to, że nie ukrywam swoich uczyć mimo iż ją też to bolało. Bolało ją to, że ja płacze, że ja jestem smutna, że ja popadam w depresję. Ona nigdy nie nie myślała o sobie, tylko o innych. Do czasu wypadku byłam taka jak ona, ale po nim świat mi się zawalił i wszystko inne co było z nim związane. To było tak, jakbym straciła samą siebie, a w Podziemiach i na mojej domowej terapii dawna ,,ja'' powraca. Kiedyś myślałam, że jak ukryje swoje emocje, to będzie lepiej, ale myliłam się. Nigdy nie było lepiej. Jedyne co mogłam wtedy zrobić, to albo wygadać się komuś, albo siedzieć cicho jak myszka i się nie odzywać. Pierwsza opcja się sprawdziła. Z dnia na dzień im więcej rozmawiałam, im bardziej się otwierałam na świat, czułam się lepiej.
Całe życie chowałam się w swojej skorupie przypominającą tarczę mającą mnie ochraniać przed ludźmi, a gdy doszło do tej tragedii, moja skorupa robiła się grubsza i grubsza. Nie chciałam do siebie dopuszczać nikogo, by już więcej osób nie stracić, ale gdy to zrobiłam, gdy wpuściłam do mojej skorupy trochę światła zwanego miłością, a czasem przyjaźnią, powróciłam do dawnego stylu życia, ale miałam świadomość, że nie da się powrócić do starej egzystencji. Starałam się jak umiałam, by stanąć na nogach. Było to trudne, ale dokonałam tego. Masa terapii, spotkania grup wsparcia i nic z tego nie poszło na marne, wydaje mi się, że teraz jestem lepszym człowiekiem niż w przeszłości. Prawdę mówiąc, to do tej pory nie uporałam się z odejściem rodziców, ale jak się mawia ,,czas zaleczy rany'', choć to jest bardzo niepoprawne stwierdzenie, gdyż czas nie leczy ran, ale sprawia, że odczuwamy je co raz słabiej. Tak brzmiało moje motto, gdy próbowałam wrócić do życia społeczeństwa. Postawiłam sobie cel, dążyłam do niego i osiągnęłam go. Co prawda nikt nie jest niezastąpiony, ale ciężko znaleźć kogoś na zastępstwo.
***
Dzisiejszy dzień był moim ostatnim na Ziemi na bardzo długi czas. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, nie miałam zbyt wielkiej ochoty na spotkanie z Patchem, a jedyne co tak na prawdę się mi marzyło to udać się to biblioteki do działu romansu i znaleźć taki, który pochłonąłby mnie całą doszczętnie. Nic tak nie osładzało dnia jak romans z rana lub zajefajna historia fantastyczna, ale najlepsze było połączenie obu gatunków.
Moja miłość do książek rozpoczęła się w gimnazjum, gdy przeczytałam pierwszą część serii ,,Pamiętników wampirów''. Najbardziej przyciągną mą uwagę Damon. Zakochałam się w tym niebezpiecznym krwiopijcy na zabój i do tej pory go uwielbiałam. Przez długi czas nie interesowałam się innymi chłopcami, istniał tylko on. Był moim wybrankiem na całe życie, ale niestety był też jedynie postacią fikcyjną. Jaka szkoda. Gdybym mogła, wyszłabym za mąż za niego. Było jednak jedno ,,ale'', a mianowicie fakt, że nie chciałam ideału, lecz pragnęłam kogoś kto ma słabości ( i tu nie mówię o słabościach typu: miłość Damona do Eleny) i potrafi się do nich przyznać. Pragnęłam kogoś kto jest pewny siebie, tajemniczy, przystojny, czarujący i mogłabym wymieniać tak dalej, ale to nie a sensu, lepiej obstawmy, że Damon jest jak najbardziej w moim typie. No więc ideały nie istnieją i powinnam być najbardziej tego pewna, ale to stwierdzenie nie tyczy się bohaterów książkowych tylko prawdziwego życia.
Obudziłam się w łóżku z potężną migreną. Niczego nie pamiętałam z wczoraj oprócz tego, że wpadłam do rowu. Wiedziałam jaki dziś dzień: pierwszy września. Rozpoczęcie roku. Zawsze pod koniec wakacji byłam podekscytowana nowym rokiem szkolny. Nigdy nie wiadomo kto dojdzie, a kto odejdzie z twojej klasy. Jak zwykle wstałam dosyć wcześnie i się ogarnęłam. Zjadłam dosyć pożywne śniadanie po czym poszłam obudzić resztę domowników. Najpierw zaszłam do Sebastiana:
-Hej,hej! Pora wstawać! -przywitałam się z młodszym bratem
-Która godzina? -zapytał zaspanym głosem
-Już ósma. -odpowiedziałam zgodnie z prawdą- Co mam ci zrobić na śniadanie? -zapytałam
-Możesz tosty?
-Jasne. No ruchy, o dziewiątej masz być już gotowy.
-Dobrze. -obiecał po czym wstał z łóżka i powlókł się do łazienki.
Z ciocią było więcej problemów. Niestety. Chrzestna Sebastiana zawsze lubiła długo spać. Budzenie jej zajęło mi ponad pięć minut. Zachowywała się dosłownie jak dziecko. W końcu przekonałm ją do wstania z łóżka.
Szybko zleciałam na dół i zrobiłam tosty dla brata. Gdy wchodziłam na górę, by się ubrać minęłam się z Sebastianem. Był ubrany w śnieżnobiałą koszulę oraz wyprasowane czarne spodnie. Nawet poczesał swoje blond włosy:
-Ładnie wyglądasz. -skomplementowałam chłopca
-Dzięki. -odparł i schodził dalej
Wyjęłam z szafy moją najnowszą czarną sukienkę w białe kropki mniej więcej w stylu pin-up. Do tego związałam włosy w koński ogon i założyłam czarną bandankę. Na nogach miałam eleganckie baleriny w tym samym kolorze co bandanka.Szyja była goła. Naszyjnik, który dostałam od Marco zostawiłam Persefonie, a właściwie Lenie. Miałam nadzieję, że dowie się kto zostawił tę wiadomość i odnajdzie tą osobę.
Powoli dochodziła dziewiąta. Zleciałam na dół z niesłychaną prędkością. Mój braciszek już czekał na mnie przy drzwiach:
-Wow! -wykrzyknął zachwycony- Wyglądasz jak anioł!
-Och, dziękuję. -odparłam teatralnym głosem -To co gotowy?
-Jak najbardziej. -zawsze zachowywał się bardziej dojrzale niż jego rówieśnicy co było jego zaletą.
Ciocia dopiero zeszła na dół. Ucałowała każde z nas i poszła zrobić sobie kawę. Najpierw musiałam odprowadzić Sebastiana do szkoły, która znajdowała się w przeciwnym kierunku niż moje gimnazjum.
Wzięłam rower z garażu, ale nie wsiadłam na niego. Szłam na piechotę razem z mym braciszkiem. Gdy wreszcie odprowadziłam chłopca do szkoły wsiadłam na rower i popedałowałam do gimnazjum. Zdążyłam na styk!
Jak się okazało do naszej klasy doszły dwie nowe dziewczyny. Nie znałam ich wcześniej, ale jak później się okazało mieszkały na drugim końcu Polski. Były całkiem nowe i nietutejsze. I nie były siostrami chociaż wizualnie tak na 25% można było dostrzec jakieś podobieństwo. U mnie rozpoczęcie roku zawsze odbywało się szybko, więc miałam jakieś trzydzieści minut do odebrania Sebastiana ze szkoły. Postanowiłam wysłać sms'a do Daniela.
,,Hej, u ciebie już koniec rozpoczęcia roku?"
Tak jak zwykle odpowiedział szybko:
,,Cześć! Jasne, że tak. To co spotkamy się w parku?"
,,Naturalnie. Będę tam za dziesięć minut" i w ten sposób zakończyliśmy naszą ,,rozmowę".
Gdy dojechałam na miejsce on już czekał. Tak eleganckiego, a jednocześnie niechlujnego stylu jeszcze nie widziałam ... Włosy w kolorze orzechu jak zawsze w nieładzie, krawat za luźno związany, koszula prawie do połowy rozpięta, rękawy podwinięte. Jedynie buty prezentowały się tak jak trzeba. Czarne i połyskujące oksfordy:
-A ty jak zawsze przed czasem. -przywitałam się
-Oczywiście! -odparł z szerokim uśmiechem -Wow...Wyglądasz genialnie! -wykrzyknął
-Och schlebiasz mi. -zachichotałam i zakręciłam się w miejscu,aby zaprezentować moją stylizację.
-Na serio, bardzo ładnie w tym wyglądasz. Ale powiedz szczerze ilu miałaś już chłopaków? -zapytał niespodziewanie
-Słucham? -myślałam, że się przesłyszałam ,ale sprawiał wrażenie dosyć poważnego- No cóż ... A jakiej odpowiedzi oczekujesz?
-Hmmm myślę, że w przybliżeniu milion. -odparł żartując
-No co ty! -zaśmiałam się
-Więcej? -zapytał ze łzami w oczach od śmiechu -No dobra, ale tak na serio?
-Okrągłe zero.
-Co? -zapytał wstrząśnięty
-Tak jak słyszałeś.
-Nie gadaj głupstw! Na pewno jakiegoś miałaś! Albo masz? -i w tym momencie przypomniałam sobie o tej jedynej osobie, która zawładnęła mym sercem. O tym niezwykłym chłopaku, który posiada intensywnie turkusowe oczy oraz blond loki do ramion.
-Wiesz, chyba jednak masz rację. -odpowiedziałam pochłonięta wspomnieniem i tęsknotą za Imrem.
-Wiedziałem! -wykrzyknął uradowany -Ej, a tak w ogóle to która godzina?
-Co? -nagle się ocknęłam - Ach, godzina! -pospiesznie spojrzałam na mój telefon i odparłam -Za kilka minut będzie w pół do dwunastej.
-Nie uważasz, że już czas odebrać nasze młodsze rodzeństwo?
-Chyba masz rację. -przytaknęłam jakby nieobecna
-Z tego co zauważyłem twój rower posiada bagażnik.
-No i co z tego?
-Może nim podjedziemy?
-Co? Ale ja wątpię bym mogła cię utrzymać na bagażniku ...
-A kto powiedział, że to ja mam na nim siedzieć? -zapytał z błyskiem w oczach i szelmowskim uśmiechem
-O nie! Mowy nie ma! -ale stało się inaczej.
Pozwoliłam Danielowi kierować moim ,,gratem". Muszę przyznać, że wyglądaliśmy jak jakaś para z lat dwudziestych na randce. On tak kierował rowerem jakby był pijany i o mało się nie wywracaliśmy. Natomiast ja przytuliłam się mocno do jego silnych pleców, by nie spaść. Szczerze mówiąc, bałam się potwornie, ale wiedziałam że on nigdy by mnie nie skrzywdził, ani nie pozwoliłby nikomu na to. Mieliśmy z tego niezłą radochę. W jednej chwili poczułam się jak mała dziewczynka, która jest pełna energii, żywa i szczęśliwa. Moja sukienka majestatycznie powiewała na wietrze. W końcu jakoś dotarliśmy do szkoły naszego rodzeństwa.
Jak się okazało Sebastian zakolegował się razem z Walerianem. Razem czekali na nas przed szkołą. Byli całkowicie pochłonięci rozmową:
-Ej, a masz Neymara? -zapytał mój braciszek
-Mam dwóch i nie wiem z zrobić z drugim. A ty masz? -zadał pytanie Walerian
-Serio masz aż dwóch?! Ja nie mam żadnego. -odparł z żalem blondynek
-Chcesz to mogę ci go podarować. -zaoferował chłopiec podobny do Daniela jak dwie krople wody
-Witam panowie. -tę interesującą konwersację przerwał mój towarzysz
-O czym tak rozmawiacie? -wtrąciłam się
-O kartach z piłkarzami. -odparł dumnie koleżka mojego braciszka
-A Walerian chce mi dać jedną z kart! -z entuzjazmem odpowiedział Sebastian
-Do prawdy? Przecież ty Walery nikomu nie dajesz kart. -zdziwił się Daniel
Chłopcy jeszcze podyskutowali o kartach i później się pożegnaliśmy.Tak jak się domyślałam Walerian i Sebastian nie chcieli się rozstać, ale powiedziałam mojemu bratu, że zaprosimy ich na obiad w sobotę.
Do domu wracaliśmy moim rowerem.Posadziłam mego młodszego brata na bagażniku i ruszyłam. Jechaliśmy najpierw ścieżką rowerową, ale później skończyła się i musieliśmy jechać po żwirze przez las. Często robiliśmy przerwy. Powodem była wyboista i nierówna droga.
Gdy tak sobie jechaliśmy na naszej drodze w oddali stanęły dwie postacie. Jedna dosyć wysoka, druga niższa. Zatrzymałam rower i wpatrywałam się w owe postacie. Słońce (mój odwieczny wróg) jak na złość świeciło mi w twarz, więc trudno było dostrzec twarze tych osób. Po sylwetkach rozpoznałam w niższej dziewczynę, a w wyższej chłopaka. Sebastian również się w nie wpatrywał. Drżącym głosem zadał mi pytanie:
-Myślisz, że potrzebują pomocy?
-Nie wiem, boję się że nie mają dobrych zamiarów wobec nas.
-Nel ... Oni idą w naszym kierunku! -wystraszył się. Miał łzy w oczach, a mi serce podeszło do gardła, gdy zobaczyłam kim są owe postacie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz