poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Rozdział 22

Lena
Po naszych zajęciach z rzeźbiarstwa przyszła pora na czas wolny. Moja gliniana waza była bardzo udana zwracając uwagę na to, że dawno tego nie robiłam. Chciałam się tylko wykąpać i odwiedzić miejsca, o których mówił wcześniej Hades. Jakoś do tego czasu w ogóle zapomniałam o ty, że jest co pozwiedzać. Miałam tylko nadzieję, że nie natknę się dziś na tą okropną różową landrynę, dopóki nie skończy się czas wolny.
Wykąpałam się. Ubrałam się w bikini i poszłam na plażę. Można to uważać za bezsens, że się wykąpałam i potem poszłam na plażę, ale tak było. Trzeba szybko umyć się z  gliny, bo później mógłby być problem z odskrobaniem jej od ciała.
Plaża, na którą się wybrałam, była bardzo rozległa, a o dziwo nikogo oprócz mnie na niej nie było. Istniała możliwość, że poszłam na nie tą plażę, co powinnam. Chodzi o to, że przebywanie  na ''tej plaży'' zostało zabronione, gdyż jest ona przeznaczona tylko dla Córek Ziemi i ich gości. W sumie wychodzi na to, że przebywanie tutaj nie jest dla mnie zabronione, skoro jestem córką Matki Ziemi, czyli Demeter.
To miejsce było takie piękne. Sam w sobie zachód słońca był piękny, więc co można mówić o plaży i morzu i niebu razem wziętym. Byłam chyba w siódmym niebie, dopóki nie zobaczyłam ludzkiej sylwetki. Przez chwilę myślałam tylko o ty, kto jest na tyle głupi, by wchodzić na zakazany teren. Postać zbliżała się do mnie coraz bardziej, a ja zastanawiałam się nad tym czy nie zwiać, gdzie pieprz rośnie.
W końcu ujrzałam twarz idioty, który odważył się przyjść na tę plażę. Tym idiotą okazał się nie kto inny jak mój najlepszy przyjaciel, Aaron, w sumie był najlepszym przyjacielem prawdziwej posiadaczki mego aktualnego ciała. Matko, kiedyś go uduszę za to, że mnie straszy, ale nie mogę go winić, przecież sama mu na to pozwalam.
- Per, tu się podziewałaś. Szukam cię, odkąd przybyłam z dziewczynami na wyspę. - rzekł zdyszany cholernie przystojny młodzieniec, który był moim powiernikiem od dziecka, i któremu mogłam zawsze ufać.
- Taak, znalazłeś mnie. - odpowiedziałam trochę poddenerwowana, bo w ogóle nie wiedziałam jak mam z nim mówić, gdyż to był jej najlepszy przyjaciel, a ja nie byłam przygotowana na taką sytuację.
- Czemu się tu ukrywasz? Stało się coś? A może jakiś idiota cię zaczepiał, a teraz chcesz żebym go zbił? - wypowiedziawszy ostatnie zdanie żartobliwie, chwycił mnie w ramiona, podniósł nad ziemię i przytulił się tak mocno, że nie mogłam prawie złapać tchu.
- Mógłbyś mnie postawić na ziemię? Duszę się. I ciebie też miło jest widzieć. - odstawił mnie na podłoże i oboje zaczęliśmy się głośno śmiać. Wcale nie było trudno z nim rozmawiać, tak jak wcześniej twierdziłam.
Przestaliśmy się śmiać, a twarz Aarona przybrała poważną postać.
- A tak na serio. Stało się coś? Wyglądasz na smutną. - był bardzo przejęty, jakby się o mnie martwił. Chwycił mą twarz w dłonie i podniósł ją tak, abym mogła spojrzeć w te pełne troski i oddania szare oczy.
- Naprawdę nic się nie stało, - szepnęłam i usiłowałam się odsunąć, lecz moje ciało odmówiło mi wykonania tej czynności, ale się nie poddałam i zmusiłam się, by oddalić się od niego przynajmniej o pół metra - po prostu myślałam o ty, że dawno się nie widzieliśmy i że stęskniłam się za tobą. - mówiłam to tak, jakby na prawdę tak było. Jakby nadal była we mnie część duszy prawdziwej Persefony. Mówiłam to co ona chciała powiedzieć.
- Jasne. A dlaczego jesteś tu sama, bez opieki i to na zakazanym terenie?
- Przecież wiesz, że ten zakaz mnie nie dotyczy.
- No wiem, no wiem. Wiesz, że się nabijam.
- Taa. Chodź, przejdźmy się. - i pociągnęłam go za ramię za sobą, aż ten po prostu przyspieszył kroku i znalazł się tuż obok mnie.
Cisza.
 - Na jak długo tu przyjechałeś? - wreszcie się zapytałam, by rozluźnić tę atmosferę i zakończyć milczenie obu stron.
- Będę tu do końca waszego wyjazdu i także będę miał z wami zajęcia.
- Ooo, fajnie. Wreszcie będę miała tu kogoś do towarzystwa.
- No nie mów, że moja Persefona siedzi tu nie gadając z nikim. Zmieniłaś się.
I zanim dotarliśmy z powrotem do hotelu nie wymieniliśmy się ani jednym słowem.


Nel
Podczas, gdy my z Imrem szukaliśmy jakichś cennych rzeczy pojawił się Marco:
- A wy co? - zadał nam pytanie.
- Szukamy nie widać? - warknął Imre.
- Niby czego?
- Czegoś bardzo wartościowego. - odpowiedziałam - Polly nam powiedział, że musimy wynieść z tej groty rzecz, która jest naszym zdaniem najcenniejsza. W dodatku możemy wziąć tylko jedną rzecz i pamiętaj o tym. - ostrzegłam.
- I jaka to filozofia? - zapytał rozbawiony, podszedł do mnie i wziął na ręce - Ja już mam najcenniejszą rzecz w tej jaskini. - zaśmiał się.
- Ejże! - wrzasnął rozgniewany i zazdrosny blondyn - Odstaw Nel na ziemie i to już!
- Bo co mi zrobisz? - drażnił się Marco.
- Weź mnie idioto odstaw! - prosiłam, ale ich głosy mnie zagłuszały.
- Wolisz nie wiedzieć. - warknął Imre i kopnął Marco w kostkę.
- Ałaa...Tak chcesz się bawić?! No to zawalczymy o nią! - wypowiedziawszy te słowa postawił mnie z powrotem na ziemi i rzucił się na syna Hermesa.
- Ej! Chłopaki, spokojnie! - próbował łagodzić Paul, podczas gdy syn Zeusa powalił jednym ciosem Imrego.
- Boże, Marco, przestań! - krzyknęłam wystraszona, że się pozabijają. Podbiegłam do niego i chwyciłam jego pięść, która miała zamiar spotkać się ze skronią blondyna. Szarpałam się z nim, dopóki Paul go nie odciągnął od Imrego na drugi koniec jaskini. Od razu przystąpiłam do opatrywania jego ran, a po grocie rozbrzmiewały głosy Paul'a i rozwścieczonego bruneta. Nawet ich nie słuchałam, bo dla mnie w tej chwili, tu i teraz liczył się Imre, wszystko inne przestało istnieć. Blondyn tylko pojękiwał z bólu:
- Tak mi przykro. - lamentowałam, a on mnie pocieszał.
- To nie twoja wina, sam zacząłem, mogłem być bardziej uprzejmy. - wzdychał
- Ech wy chłopcy... - pokręciłam głową i wpatrywałam się w jego prawą stronę twarzy, z której w dalszym ciągu sączyła się krew.
Paul uznał, że nie ma sensu prowadzić dalej tych zajęć i je przerwał. Powiedział, że im szybciej zrealizujemy grafik tym więcej będziemy mieli czasu wolnego. Tak więc przeszliśmy do zajęć rzeźbiarskich.
Całkiem szybko nam poszły. Satyr musiał usadzić młodych bogów jak najdalej od siebie.
Nie odbyło się oczywiście bez dowcipów Paul'a ,,Glino, glino powiedz przecie, któż najlepsze placki robi w świecie? Oczywiście,że kucharki" lub ,,Hokus, pokus. Czary, mary. Twoja glina to ruina!" i akurat tak się złożyło, że Imremu rozwalił się wazon, a Paul zaczął przepraszać. Natomiast my z Marco pękaliśmy ze śmiechu.
Następne były zajęcia łucznicze. Tak na serio to chłopaki mało się nie pozabijali. Nasz animator nie miał innego wyjścia i zrezygnowany postanowił je również odwołać. Chciałam go jakoś pocieszyć:
- Przynajmniej zajęcia rzeźbiarskie były udane i zrealizowane do końca. - oznajmiłam z uśmiechem na twarzy
- Przynajmniej jedne... - westchnął zrezygnowany - Nie wiem, jak ja dalej z wami poradzę.
- Ja w ciebie wierzę, wystarczy trzymać Imrego i Marco z dala od siebie.
- Myślisz, że to takie proste? Przecież ja cały czas próbuję, a oni nic.
- Porozmawiam z nimi. - obiecałam i od razu zwolniłam kroku, aby dołączyć do Marco, który szedł ostatni:
- Hej - zagadałam
- Cześć.
- Nie rozumiem, po co robisz Imremu na złość. - przeszłam od razu do sedna sprawy.
- Wcale mu nie robię na złość tylko walczę o swoją miłość. - rzekł całkiem poważnie.
- Po pierwsze nie o twoją miłość, a po drugie ty prawie zabijasz!
- Oj tam, zaraz zabijasz. - nic do niego nie trafiało.
- Marco, mówię poważnie. Ja się ciebie praktycznie boje... - nie dokończyłam, bo mi przerwał.
- Serio się mnie boisz? Przecież ja bym ciebie w życiu nie skrzywdził!
- Może i mnie nie, ale krzywdzisz jedyną osobę, którą pokochałam całym sercem, a krzywdząc Imrego krzywdzisz mnie... - chyba poskutkowało, bo zrobił minę jakby się zastanawiał.
- Ech. - westchnął - Skoro tak twierdzisz to... Nawet trudno mi to powiedzieć, gdyż tego nie potrafię. Zrozum Nel. Dla mnie znaczysz o wiele więcej, niż dla tego frajera. Pomyśl jakie miałabyś korzyści będąc moją żoną... - otoczył mnie ramieniem i powoli zaczynał marzyć, natomiast ja szybko wyrwałam się i zaczęłam krzyczeć:
- Nigdy nie zostanę twoją żoną! Prędzej mnie czort weźmie do piekła niż się z tobą ożenię! Wal się idioto! - mniej więcej tak brzmiał koniec naszej rozmowy...

Mordred
W trakcie czasu wolnego natknąłem się na Megan. Byłem tym bardzo zdziwiony, gdyż była ona na wygnaniu, no chyba, że już minął czas wygnania i postanowiła do nas dołączyć. A z resztą, skoro jest tu Megan to na pewno są tu Aaron i Nora. Jakoś za bardzo nigdy nie przepadałem za Aaronem, choć jest miłym gościem. Nora była bardzo żywiołową dziewczyną i na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że usycha z miłości do Marco, a ten palant nawet tego nie zauważa. Czasem mam ochotę za to go sprać na kwaśne jabłko. Za to Megan to inna sprawa, z niej to była niezła laska. Drapieżna, seksowna i piękna, czyli to co lubię u kobiet. Ale jakoś nigdy nie chciałem z nią być, nie była w moim typie, a zwłaszcza, że gdybym ją rzucił, to czekałaby na mnie jej sroga zemsta. Dlatego nie opłaca się do niej zarywać.
Gdy nasza wolność dobiegała końca, wreszcie przyszedł czas na moją ulubioną część dnia. Kolacje. Aż się paliłem, żeby zasiąść przy stole, umierałem z głodu. Na moje szczęście kucharz zapodał spaghetti. Same pyszności. Po posiłku przyszedł czas na zajęcia terenowe, z którymi nie mieliśmy żadnych problemów. No prawie. Pomijając fakt, że moja ukochana cały czas puszczała fochy, gdy Persefona prowadziła nas za pomocą mapy. Oczywiście się uparła, że to ona weźmie mapę, bo jest Córką Ziemi i świetnie radzi sobie z mapą, z czym nie mogłem się nie zgodzić. Te zajęcia jednak rozluźniły trochę atmosferę pomiędzy Persefoną i Loren. Te powoli zaczynały sobie ufać, gdyż podczas tych zajęć to była jedna z podstawowych rzeczy. Byłem tym odrobinę ucieszony.
Kolejną rzeczą jaką musieliśmy zrobić, były przygotowania nasze do dyskoteki. Specjalnie dano wszystkim 3 godziny, bo wiadomo, że wszystkie dziewczyny będą się stroić, a ja w tym czasie miałem zamiar uciąć sobie krótką drzemkę.

***

Dyskoteka miała się odbyć na patio, na którym odbywają się wszystkie posiłki. Teraz wyglądało ono zupełnie inaczej, niż podczas kolacji. Było przystrojone w światełka i postawiony został bar z drinkami i innymi napojami. Niedaleko na plaży zostało rozpalone ognisko, a wokół niego umieszczone  były kłody służące za siedzenia. 
Faceci już zbierali się na patio i przy barze, a po dziewczynach nie było widać śladu. Zaczęliśmy się niepokoić o to, czy przypadkiem wszystkie nie utopiły się w wannach, ale przedstawiony przed nami widok rozwiał nasze wątpliwości. Z pewnością się nie utopiły.
Pierwsza przyszła Loren w długiej bladoróżowej sukience z dekoltem w kształcie serca, prawdę mówiąc myślałem, że to właśnie ona przyjdzie ostatnia. Następne równocześnie przybyły bliźniaczki w takim samy ubiorze. Później przyszła kolej na naszą Czarną Wdowę Megan i Wonder Woman Nore. Przedostatnią osobą była Nel. Gdy tylko Imre ją zobaczył, szczęka mu opadła. W sumie rozumiem go, wyglądała bardzo ładnie w tej beżowej sukience. Ostatnia i najpiękniejsza weszła na parkiet Persefona. Aż mnie zatkało, gdy ją zobaczyłem, a Loren kipiała z zazdrości o nią. Musiałem dwa razy spojrzeć, by upewnić się czy to naprawdę ona. Cholera, wyglądała naprawdę olśniewająco. I jeszcze do tego bosko tańczyła. Matko, ratuj mnie, bo zwariuję, tak jak Aaron już to zrobił.
Któryś z satyrów włączył niezłą muzykę i zaczęła się impreza.
Nie za specjalnie ciągnęło mnie na parkiet, więc poszedłem zamówić drinka. Jak się okazało miałem tam towarzystwo. Paul i Nico siedzieli i o czymś rozmawiali, lecz gdy przyszedłem umilkli i ciepło mnie powitali. Zamówiłem martini i zacząłem ogarniać sytuację na parkiecie. Hav dopadł już Loren i nie miał zamiaru się z nią rozstawać, Marco oczywiście szarpał się z Imrem, a Nel wołała o wsparcie, Aaron zaczął tańczyć z moją uroczą kuzynką, a Nora, Megan oraz bliźniaczki już o czymś plotkowały. Wypiłem ostatni łyk mojego drinka i postanowiłem pomóc mojemu przyjacielowi.
Dosyć mocno trzepnąłem Marco w plecy, a ten aż zgiął się z bólu. Poklepałem przyjaźnie Imrego po plecach i życzyłem miłej zabawy. Serdecznie mi podziękował, a ja obrałem sobie za cel zatańczenie z Persefoną. Trudno było wyrwać ją z objęć syna Aresa, ale w końcu odpuścił, gdyż wiedział, że nie należy się ze mną drażnić. Rico puścił jakąś wolną piosenkę i zrobiło się romantycznie. Córka Demeter posłała mi nieśmiały uśmiech i zarzuciła swe smukłe dłonie na szyję i tak oto tańczyliśmy ,,przytulańca".
Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale postanowiłem pocałować ją delikatnie w szyje. Jej skóra była taka delikatna i zmysłowa. Posłała mi pełen zdumienia, a za razem zadowolenia wzrok. Chyba jej się spodobało. Postanowiłem się upewnić, czy dobrze potrafię czytać innym z oczu i jeszcze raz pocałowałem ją w to samo miejsce tylko po drugiej stronie. Moje usta pieściły jej szyję, a ona przeczesywała rękami moje włosy. Po tym tańcu miałem niezłego tapira na głowie, ale warto było...
Później znów odbił mi ją Aaron, a ja przyglądałem się jak Hav próbuje odciągnąć Loren od Nico, jak Marco wpatruje się z morderczym wzrokiem w Imrego, a Nora próbuje wyciągnąć Megan na parkiet.
W końcu zmieniła się piosenka, a ja zastąpiłem najlepszego przyjaciela Persefony. Znowu z nią tańczyłem,tylko że piosenka była bardziej żwawa. Jako iż w tańcach nie byłem fenomenem poprosiłem moją kuzynkę ,,na stronę". Wyszliśmy z hotelu, a nasze kroki skierowały się w stronę lasu. Szliśmy i rozmawialiśmy, dopóki coś nie zaszeleściło w krzakach, a Persefona nie złapała mnie za rękę. I tak już zostało. Gdy wreszcie jakimś cudem znaleźliśmy wodospad usiedliśmy na małym pomoście i się w niego wpatrywaliśmy:
- Nie będą nas szukać? - zapytała się,
- Aaron na pewno.-mruknąłem zirytowany
- Wiesz zawsze się zastanawiałam ile ich tam jest. - zaczęła wpatrując się w rozgwieżdżone niebo.
- A ja jakoś nie. - odparłem.
- No wiesz ty co? Psujesz nastrój! - skarciła mnie z szelmowskim uśmiechem.
- Och przepraszam, błagam o przebaczenie.
- Otrzymasz je jeśli... - ciągnęła, aż wreszcie dokończyła - Wskoczysz do wody!
- Ej no,nie umiem pływać. - próbowałem się wymigać, ale zwęszyła kłamstwo.
- Wchodzisz lub nie. - zawyrokowała, a jej wzrok mówił sam za siebie ,,Albo włazisz albo ci w tym pomogę".
Szybkim ruchem zdjąłem koszule i rzuciłem ją Persefonie na głowę i powiedziałem:
- Tylko nie podglądaj!
- Dobrze, dobrze. - mruknęła i delikatnie podniosła koszulę. Akurat w tym momencie wziąłem rozbieg i wskoczyłem do wody ochlapując moją kuzynkę
- Mówiłem żebyś nie podglądała. - zaśmiałem się szyderczo.
- A niech cie piekło pochłonie. - warknęła rozbawiona i mokra.
- Już mnie pochłonęło. - odparłem z miną niewiniątka i pociągnąłem ją za sobą do wody.
- Ooo już po tobie!-wrzasnęła i zaczęła mnie ochlapywać wodą.
Chlapaliśmy się jak dzieci, dopóki nie zrobiło się naprawdę późno i zimno.Wyszliśmy z wody i znów usiedliśmy na pomoście. Zobaczyłem, że Per cała dygocze, więc ofiarowałem jej moją koszulę i przytuliłem ją. Nie sprzeciwiała się, a nawet chętnie na to przystała.
- Dziękuję - wyszeptała. Ja tylko ją mocniej przytuliłem i pocałowałem delikatnie włosy.
Powoli przysypialiśmy,więc zaniosłem ją do hotelu, do jej pokoju. Muzyka jeszcze grała, a inni tańczyli, a nawet śpiewali. Delikatnie ułożyłem ją na jej łóżku, akurat tak się złożyło, że spała. Chciałem ją pocałować, gdy ona zrobiła to szybciej ode mnie i się obudziła:
- Nie zostaniesz? - zapytała się z niewinną miną, ja tylko przełknąłem ślinę i ułożyłem się obok niej.
Leżeliśmy tak z pięć minut dopóki nie zdjąłem koszuli, a ona sukienki.Robiła to tak zmysłowo, że miałam ochotę podejść od tyłu i ją przytulić, mieć całą dla siebie. Ale była moją kuzynką... Szybko się ogarnąłem. Z powrotem założyłem koszule i szybkim krokiem wyszedłem z jej pokoju. Nie wiedziała co się dzieje i wybiegła za mną zakładając pospiesznie szlafrok:
- Ej, gdzie idziesz? Przepraszam! - tylko tyle słyszałem, bo później wszedłem do pokoju i koczowałem przy lustrze weneckim.

Persefona
Po tym jak Mordred opuścił mój pokój z pośpiechem, nadal nie mogłam zrozumieć, co zrobiłam źle. Nie wiedziałam czym go uraziłam, ale byłam pewna jednego, że w jutrzejszy dzień będzie mnie unikał. Nie chciałam tego, ale cóż mogłam zrobić w tej sytuacji. Byliśmy jak z dwóch różnych planet, całkowicie się różniliśmy, lecz coś nas do siebie przyciągało, a zarazem oddalało od siebie. To jest takie poplątane. Moje życie jest poplątane. Dlaczego się zgodziłam, aby pomóc Demeter. Teraz zostało mi wiele czasu do spędzenia w Podziemiach, z Mordredam i ze swoimi myślami.
Jeszcze miesiąc temu miałam normalne życie, przyjaciół i rodzinę, a teraz przejęłam czyjeś życie i muszę żyć tym życiem, dopóki półroczna umowa się nie skończy. Chciałabym, aby moje życie zmieniło się na lepsze. Chciałabym odnaleźć kogoś, z kim spędziłabym resztę swoich dni. Chciałabym nie martwić się o swoją przyszłość i mieć coś stałego, trwałego, czegoś co byłoby na zawsze. Chciałabym, aby ci  których teraz oszukuję, wybaczyli mi to, że podszywam się pod nią.

***

Następnego ranka zjedliśmy na śniadanie gofry z dżemem. Plan zajęć tego dnia nie różnił się zbyt wiele poza faktem, że zamienili zajęcia w spa z terenowymi. Tak więc prawie, że od razu musieliśmy łazić po lesie, którego tak nie lubiłam, z powodu wczorajszego zajścia. Podczas zajęć w terenie mieliśmy krótką przerwę, którą chciałam spędzić w samotności. 
Udałam się na tę zabronioną plażę, gdyż znajdowała się niedaleko miejsca naszego spoczynku. Usiadłam na piachu i wpatrywałam się w rozległe morze, które przykrywała lekka kołderka z mgły. Było idealnie cicho, czasem jednak tę ciszę przerywał szelest liści drzew i dźwięk uderzających o ziemię fal.
Nagle przy moim boku zmaterializowała się jakaś postać. Była nią Demeter. Odczułam niemałą ulgę widząc ją. W tej chwili była jedyną osobą, którą chciałam widzieć po tym, jak rano ujrzałam obrażonego na mnie Mordreda. Teraz, Demeter była moją ostatnią deską ratunku, po moim wczorajszym lekkim załamaniu nerwowym. Musiałam stanąć na nogi i być w pełni sił, by wytrzymać resztę Piekła. A jedynym sposobem na to było:
- Demeter, czy mogłabym na kilka dni wrócić do swojego dawnego ciała i życia? Chciałabym naprawić kilka swoich błędów zanim Persefona zacznie zmieniać to, co do tej pory znałam. Proszę.
- Czy jesteś tego pewna? Potem będzie ci trudniej rozstać się ze swoim życiem, przyjaciółmi, rodziną. Jeśli ci teraz pozwolę na to, to później jak mogę być pewna, czy nie będziesz chciała wrócić na zawsze to swego świata, zanim nasza umowa dobiegnie końca. Chodzi mi o to, że później będziesz coraz bardziej tęsknić, możesz nie wytrzymać i powiedzieć prawdę o sobie.
- Nie obawiaj się tego. Możesz być pewna, że nikomu nic nie powiem.
- No dobrze, skoro jesteś taka pewna to, zgadzam się. Ale tylko na 3 dni.
- Dziękuję. To i tak dużo.
- Nie dziękuj, tylko załatw to co masz załatwić i staraj się nie zadawać sobie jeszcze większego bólu, niż teraz nosisz w sobie.
- Oczywiście. - i moje usta wygięły się po raz pierwszy dzisiaj w uśmiech.
- Dokonam zamiany dziś wieczorem, więc nie dziw się, gdy się obudzisz i będziesz w swoim pierwotnym ciele.
- Rozumiem. - odparowałam - Oo, już koniec mojej przerwy. Wybacz mi, ale muszę już iść. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia. - i tyle ją widzieli. Zniknęła tak szybko, jak się pojawiła, a ja wróciłam do reszty grupy i kontynuowałam zajęcia.

***

W nocy nie mogłam zmrużyć oka. Cały czas myślałam o tym, że wrócę do bycia sobą. Byłam taka szczęśliwa. Nie byłam zasmucona myślą o tym, że powracam tylko na 3 dni. Dla mnie liczyła się każda sekunda bycia sobą. Nie ważne jest to, że będę musiała wrócić do Piekła, ale że będę miała coś co podtrzyma mnie na duchu, wspomnienia.
Po dużej ilości czasu wreszcie zmorzył mnie sen. Niespodziewanie poczułam ciepło w całym ciele i zaczęłam śnić. To nie był byle jaki sen, ale sen o mężczyźnie, który zawładną mym sercem. 
W tym śnie nie byłam Persefoną, byłam sobą tysiące lat przed własnym istnieniem. Byłam ubrana w przewiewną suknię, włosy opadały na me ramiona, a stopy miałam bose. Przechadzałam się po piaszczystej plaży obserwując zachód słońca. Lekka bryza owiewała mą twarz. Stanęłam po chwili w miejscu i patrzyłam na może wypatrując statków. Czekałam. Zanim słońce całkowicie zaszło ujrzałam łajbę na horyzoncie. Nie miałam zielonego pojęcia do kogo należała, ale byłam pewna tego, że wkrótce dowiem się od mego męża, który był królem Sparty. Nie chciałam wracać do mężczyzny, którego nie kochałam, ale musiałam wypełnić wolę ojca i pozostać przy boku małżonka.
Powróciłam do pałacu Menelaosa i od razu udałam się do swego pokoju. Przystanęłam przy oknie i wpatrywałam się w dryfujący statek przy porcie widocznym z mego małego obserwatorium. Z łajby wyszli mężczyźni niosący ładunek i dary dla króla Sparty. Na samym końcu okręt opuścili dwaj synowie królewscy. Nie wiedziałam czyi, ale bardzo łatwo można było się domyślić, że to książęta po ich strojach, lecz nie dojrzałam ich twarzy, gdyż dzielił nas zbyt długi dystans. Każdy mąż ruszył w kierunku pałacu, a ja nie ruszyłam się z miejsca mego pobytu, dopóki nie zawołano mnie na wieczerzę.
Przyszedłszy do ogromnej jadalni zobaczyłam najprzystojniejszego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek widziałam. Nie mogłam opanować uczuć, jakie we mnie wezbrały i miałam świadomość tego, że coś takiego nie może już nigdy zaistnieć. To było nie możliwe. Zasiadłam do stołu na miejscu naprzeciw mego męża. Dwaj bracia zajęli pozycje na przeciw siebie po długości stołu. Kucharze znosili jedzenie do jadalni, a ja gapiłam się spięta na swój talerz, bo nie miałam siły, by spojrzeć gdziekolwiek indziej. Cała energia ze mnie uszła tak, że o mało nie zemdlałam z wrażenia, którego książę na mnie wywarł.
Każdy sięgał po jedzenie, a ja jako jedyna kobieta przy stole siedziałam cicho jak myszka i przeżuwałam swój posiłek, gdy faceci gadali. Chciałam jak najszybciej wyjść z pomieszczenia i udać się na spoczynek. Nie potrafiłam dłużej wytrzymać mając świadomość, że jest tak blisko mnie. Musiałam natychmiast wyjść, zanim zacznie być ze mną jeszcze gorzej. Już czułam, że zaraz wybuchnę i skoczę za okno. Wstałam od stołu i wymigałam się od dalszego uczestniczenia w kolacji bólem głowy.
Po chwili sceneria w moim śnie się zmieniła. Teraz panował gorący poranek w królestwie Sparty. Miałam narzucony jedwabną narzutkę na koszulę sięgającą do pół uda. Znów stałam na wybrzeżu, ale tym razem za mną była jakaś postać.
- Witaj pani, czyżbyś nie mogła spać? - usłyszałam za sobą głos, który w rzeczywistości należał do Mordreda, ale teraz jego właściciel nosił inne imię. Było nim Parys.
- Tak. - odpowiedziałam krótko i na temat - A co z tobą panie?
- Dlaczego tutaj jestem? To proste. Obudziłem się, stanąłem w oknie i zobaczyłem ciebie idącą w kierunku morza, więc postanowiłem sprawdzić po co wyszłaś tak wcześnie rano na dwór. - rzekł trochę aroganckim tonem.
- To proste. - przedrzeźniłam go - Potrzebowałam zaczerpnąć świeżego powietrza. - i oboje zaczęliśmy się śmiać, ale  ta radość nie trwała długo.
- Proszę, mów mi Parys.
- Dobrze Parysie, ale pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Ty będziesz mówić mi Helena, nie pani. Zgadzasz się na taką umowę?
- Zgadzam. - uśmiechną się do mnie najpiękniejszy uśmiechem, jakiego widziałam do tej pory. W akcie wdzięczności posłałam mu również uśmiech od ucha do ucha. - Powinniśmy już wracać, zanim się zorientują się, że nas nie ma. - zaproponował.
- Dobrze. - i zaczęliśmy iść ramię w ramię w stronę zamku.
Oprawa znów się zmieniła. W tym momencie byłam w salonie, a słońce już dawno zaszło. Miałam na sobie strój do spania, a Menelaos również. Kłóciłam się z nim.
- Mógłbyś choć trochę częściej zwracać na mnie uwagę!!!! Mam dość tego, że cały czas cię nie ma lub jak jesteś, to w ogóle się nie widujemy!!!
- Nie podnoś na mnie głosu! Jesteś moją żoną i masz robić co ci rozkażę, czy ci się to podoba czy nie!
- Jak wspomniałeś, jestem twoją żoną i masz wypełniać swoje obowiązki jako mąż wobec mnie!
Byłam tak wściekła, że walnęłam ręką z całej siły w twarz Menelaosa. Ta, aż zrobiła się lekko zaróżowiona w miejscu, w którym uderzyłam. Wyszłam biegiem z salonu, a za drzwiami chwyciła mnie jakaś postać i zasłoniła mi usta ręką, bym nie krzyczała. Sylwetka wyprowadziła mnie do ogrodu i tam w świetle księżyca ujrzałam twarz porywacza. Zabrał rękę z mych ust.
- Co ty wyprawiasz? Skąd ty się tam wziąłeś? Słyszałeś coś?
- Tak. Wszystko słyszałem, ale nie martw się, zachowam to dla siebie. Wszystko w porządku? - rzeł opiekuńczym głosem.
- Już sama nie wiem. - byłam tak bezsilna. Niewinna łza spłynęła po mym policzku.
- Hej, nie płacz. - otarł łzę i złapał mą twarz w swoje dłonie - Wszystko się ułoży, zobaczysz. - pocieszał mnie. Spojrzałam w jego przepełnione czułością oczy, mogłam w nich utonąć. W tej chwili czas staną, wszystkie problemy zniknęły wraz z resztą świata i zostaliśmy tylko my.  Przyciągną mnie do siebie i delikatnie pocałował z całą miłością w sobie. Jego usta  były gorące i słodkie, pragnęłam poczuć więcej tej słodyczy. Pogłębił pocałunek. Ten pocałunek stał się bardziej żarliwy, bardziej namiętny i pełen pożądania. Odsunął się lekko ode mnie i spojrzał mi w oczy, by się upewnić. Starałam się jak najlepiej mu pokazać, że niczego nie żałuję, i że chcę tego jak niczego innego, a żeby mu to udowodnić pocałowałam go. Nie odepchną mnie, a przysunął się jeszcze bliżej, by przedłużyć czas trwania pocałunku. Zatraciłam się w nim, w jego ustach, w jego pocałunkach. Chciałam być cała jego. Byłam tego pewna, jak niczego innego w moim życiu. Stał się całym moim światem.

***

Niespodziewanie sen się urwał i obudziłam się. Byłam w swoim pokoju, który nie wyglądał jak mój. Zniknęły plakaty mego ukochanego Damona, a ściany były pokryte niesamowitą fototapetą z motywem natury. W zasadzie wszystkie meble były inne niż te, które zostawiłam.
Podeszłam do toaletki która stała w rogu pokoju i spojrzałam w lustro. Moja twarz wyglądała o niebo lepiej, była bardziej zadbana i można było stwierdzić, że rzeczywiście należy ona do osiemnastolatki. Persefona uzyskała zadowalający efekt.
Przebrałam się w ciuchy znalezione w szafie, z których większością były naprawdę dziewczęce sukienki i zeszłam na dół, gdzie ciocia Lucy smażyła naleśniki. Jak bardzo tęskniłam za domowym śniadaniem, nie wiedziałam, dopóki nie poczułam zapachu jedzenia.
- Witaj kochanie. Zjedz śniadanie, zanim pójdziesz do Rose.
- Dobrze. - usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam wcinać swój posiłek.
Gdy już zjadłam naleśniki, wzięłam z blatu torbę i sok, a następnie pożegnałam się z ciotką i wyszłam. Dzień był bardzo upalny, a ja miałam niewiele ze sobą do picia, pomijając już fakt, że dzisiejszy dzień miałam zamiar spędzić na dworze na łonie natury. Chciałam po spotkaniu z Rose udać się jeszcze w kilka miejsc. Głównie w moje ulubione czyli te, za którym tęskniłam najbardziej. Wizyta u przyjaciółki dotyczyła głównie omówienia szczegółów związanych z suknią druhny i panny młodej na jej weselu, na które miała pójść Persefona w mojej postaci. Ja niestety miałam w tym czasie być w Podziemiu i rozwiązywać kwestie zaniedbania dusz w Hadesie. Żałowałam, że nie będę mogła być tam przy niej jako ja, ale przynajmniej będę później miała wspomnienia z tego wydarzenia. Mimo tej myśli nadal byłam odrobinę przygnębiona, ale co tam, teraz nie powinnam się martwić rzeczami, o które mogłam się pomartwić w Podziemiu. Jedyne na co w tej chwili miałam ochotę to znaleźć się w magiczny sposób na wzgórzu przy płaczącej wierzbie, która swoimi gałęziami i konarami utworzyła ławeczkę, ale cóż, w świecie, w którym ja żyję, nic nie dzieje się jak za machnięciem różdżki w Harrym Potterze.
Szłam spacerkiem do swego celu, miasto wydawało się nieżywe, nie było widać ani jednej duszy. Zapewne przez to, że są wakacje i wszyscy gdzieś wyjeżdżają. Słońce grzało niemiłosiernie, a ja nie miałam czym już dychać. Po prostu pustynia. Nie dziwiłam się, że ci którzy nigdzie nie wyjechali, pozostali w domach. Teraz tak im zazdrościłam, ale na szczęście byłam już u celu swojej wycieczki.
Ujrzałam wcześniej wspomniane wzgórze i próbowałam się na nie wdrapać używając ostatków sił, których miałam w zmęczonym już ciele. Górka nie była zbyt ostra, więc dojście na sam szczyt nie zajęło mi za dużo czasu. Gdy już na nią weszłam, ujrzałam stojącą tyłem postać. Zdawało się, że na kogoś czekała. Po usłyszeniu mych kroków, odwróciła się przodem do mnie i spojrzała na mnie. Wydawało mi się, że znam tę osobę... 

piątek, 21 sierpnia 2015

Rozdział 21

Mordred
Następnego dnia wezwałem mego osobistego kamerdynera po to, aby powiedzieć mu, że chcę się widzieć z matką. Po mych słowach od razu wyszedł z pomieszczenia i nie wiedziałem go przez zaledwie 5 minut. Co dziwne wrócił z odpowiedzią od mej matki, która wyznaczyła miejsce i czas na nasze spotkanie. Z racji tego, że czasu zostało mi nie wiele, od razu udałem się do miejsca naszego spotkanie, którym była kryjówka za wodospadem.
Gdy znalazłem się na miejscu, ujrzałem matkę siedzącą w altanie. Miała piękną, przewiewną i długą suknię, a na jej ramionach spoczywały falowane kruczoczarne włosy. Twarz miała gładką jak porcelana i nie wyglądała w żadnym calu na swój wiek.
Podszedłem do niej bliżej, a ta gdy mnie zauważyła uśmiechnęła się szeroko, a oczy miała przepełnione miłością i troską. Miałem ochotę podbiec do niej i się przytulić, ale tego nie zrobiłem. Nie chciałem zbliżyć się zbytnio do niej, a potem ubolewać nad tym, że odeszła. To było zbyt trudne dla mnie, przebywanie tak blisko niej, a zarazem tak daleko. Opuścił mnie już zapał z jakim tu przybyłem i zaczął on zmieniać się w stres i niechęć. Nagle, nie chciałem być przy niej, ale jak najdalej od niej. Nie chciałem znów płakać po matce, która odeszła, nie tym razem.
Zostałem jednakże na swoim miejscu i wysłuchałem tych wszystkich rzeczy, które miała do powiedzenia. Mówiła do mnie jak prawdziwa matka, a jej przemowa mnie zdezorientowała i wzruszyła, lecz nie chciałem okazywać przy niej jakichkolwiek emocji. Starałem się być opanowany, ale zbyt wiele myśli kłębiło się w mojej głowie. Nie mogłem się już w niczym połapać. Zaczynałem się denerwować, a jak się denerwuję to chcę jeść.
- Wybacz mamo, ale muszę już wracać, mam zajęcia, a moi przyjaciele będą się martwić jeśli niedługo nie wrócę. Żegnaj. - pożegnałem się z matką i wyszedłem jak najszybciej z tego ukrytego miejsca. Głód zaczął mnie coraz bardziej niepokoić, pewnie ze względu na to, że nie zjadłem jeszcze śniadania.

Lena
Rano obudziłam się niebiańsko wyspana. Pierwsze co zrobiłam to poszłam wziąć orzeźwiający prysznic. Gdy przechodziłam obok lustra na chwilę się zatrzymałam i wpatrywałam się w swoje odbicie (które tak naprawdę należało do Persefony). Powoli zaczynałam się przyzwyczajać do mojego wyglądu. Uśmiechnęłam się sama do siebie i powiedziałam w myślach: ,,To będzie dobry dzień"...
Po mym prysznicu lokaj zaprowadził mnie na  patio, gdzie większość moich znajomych zasiadała do stołu. Na śniadanie były naleśniki z bitą śmietaną. Oczywiście nie obyło się bez jakichś ,,wypadków". Loren rzekomo przez przypadek prysnęła bitą śmietaną w twarz Mordreda, a ten udawał jakby nic się nie stało, a ta barbie (nie obrażając lalek) wycierała mu chusteczką twarz. Natomiast William tak szybko pochłaniał swoją porcję, że ugryzł się w język aż do krwi, przez co musiał opuścić ,,stołówkę" i udać się do punktu medycznego.
Po śniadaniu podzieliliśmy się na grupy i ustawiliśmy się kolejno, po czym czekaliśmy na osoby, które by nas zaprowadziły do poszczególnych miejsc,w naszym przypadku na strzelnicę.
W końcu zjawili się animatorzy. Byli nimi trzy satyry płci męskiej. Animator naszej grupy miał na sobie jedynie czerwoną hawajską koszulę. Posiadał włosy koloru czarnego związane w mały kucyk oraz uroczą kozią bródkę. Na głowie znajdowały się dosyć małe różki. Od pasa w dół był cały owłosiony (o dziwo nie posiadał ,,męskości", co nie tylko mnie zdziwiło), a zamiast stóp miał kopyta. Inne satyry nie różniły się zbyt specjalnie od naszego, pomijając inny kolor koszuli i inaczej ułożone fryzury. Byli braćmi na co wskazywały podobne rysy twarzy oraz identyczny kolor włosów. Byli całkiem nieźle zbudowani. Ich imiona brzmiały: Nico (animator grupy I czyli naszej), Paul (animator grupy II) i Rico (animator grupy III ).

Nico prowadził nas wgłąb tej dżungli. Szłam z tyłu obok Mordreda, Loren oczywiście nie próżnowała i zarywała do przystojnego satyra, ale ten ignorował jej zaloty, a Hav'a trafiał za przeproszeniem szlag. No bo co z tą przepowiednią, która nigdy się nie myli? Może tym razem się pomyliła czy coś? Nie wiem, w każdym razie Hav zapomniał o mnie i próbował ,,ogarnąć" Loren, która przylepiła się jak rzep naszego animatora.
W końcu dotarliśmy na strzelnicę, gdzie satyr miał nas uczyć strzelać z łuku. Pierwsza w kolejce oczywiście była ta flirciara. Nico wziął do ręki łuk i strzałę po czym zademonstrował nam jak należy trzymać łuk i wycelować strzałą w jedną z palm, na których było narysowane białą linią kółko (tam należało nią trafić ).
Loren udawała,że ,,nie wie jak to zrobić" więc biedny Nico musiał jej pokazać. Tak jakby ją objął, ale trzymał ręce na łuku i przy okazji układał jej dłonie. Po czym pokazał jak naciągnąć cięciwę łuku i kazał jej wystrzelić. Oczywiście ta oferma nie trafiła, ale satyr pocieszał ją, że następnym razem na pewno jej się uda i by próbowała dalej. Skierowała się do następnego drzewa z białym kółkiem i znów chybiła. Tak też było przy następnych trzech razach.W tym czasie,gdy landryna próbowała trafić w drzewo Nico zaproponował mi pomoc tak jak u Loren, ale odpowiedziałam, że spróbuję sama, co go wyraźnie zmartwiło. Nie zwracałam na to uwagi. Jak się okazało trafiłam za pierwszym razem. Ze wspomnień prawdziwej Persefony wynika, że kiedyś nauczyła się strzelać z łuku, lecz od dawna nie ćwiczyła.
Udało mi się również trafić w pozostałe cztery drzewa, zawsze idealnie w środek co zaimponowało satyrowi, a Loren prychała z zazdrości jak wściekła kotka. O dziwo Mordredowi poszło całkiem nieźle, pomijając fakt, że cudem trafiał w drzewo. Dla Hav'a łucznictwo było pestką, tak jak dla mnie.
Po tych zajęciach przyszła kolej na wycieczkę do SPA! Na początku szliśmy przez zarośla, jak to ujął Nico ,,na skróty",gdyż znał wyspę i kurort jak własną kieszeń.Loren pomysł, aby przedzierać się przez krzaki był wręcz absurdalny. Jak wiadomo nienawidziła wszelkich owadów.Przez całą drogę piszczała i otrzepywała swoje ubranie,nawet gdy na nim nic nie było. Jej zachowanie było strasznie irytujące i dziecinne!
Wreszcie doszliśmy do SPA. Było ogromne! Z zewnątrz wyglądało jak wielki jednopiętrowy dom, ale gdy już się weszło do środka, można było zaobserwować momentalną zmianę wystroju. Panował tam taki kojący, a nawet odrobinę romantyczny klimat. Już w samym wejściu czuć było kwiatową woń, za którą przepadałam. Przy ścianie w kształcie pół księżyca były ustawione stoły do masażu, a przy stołach stały różnego rodzaju olejki i wszystko inne potrzebne do masażu. W ''domu'' było pomieszczenie służące za przebieralnie męską i damską (przebieralnia była podzielona na dwie).Nie umknął mej uwadze rozległy basen, który znajdował się na środku pomieszczenia, w którym były stoły do masażu.
Razem z landryną poszłyśmy do swojej przebieralni, a chłopcy do swojej (pomijając Nico, którego nasz grafik nie obowiązywał, oprócz tego, że miał nas pilnować i czegoś uczyć). Satyr usiadł na sofę i patrzył jak się relaksujemy.
Po tej godzinie rozkoszy przyszła pora na zajęcia rzeźbiarskie. Ciekawa byłam co będziemy rzeźbić i z czego. Nico tym razem prowadził nas wydeptanymi ścieżkami, gdyż nie miał zamiaru wysłuchiwać wrzasków i narzekań Loren. Tak szczerze to współczułam Hav'owi, że ,,dostała mu się" taka żona...
Fakt, miała urodę, ale z mózgu to chyba niewiele zostało ... Ze wspomnień Persefony dowiedziałam się, że od dawna rywalizowała z córką Afrodyty. Nie ważne w jakiej sprawie,zawsze rywalizowały i wygrywała Persefona, gdyż była niezwykle sprytna, czego brakowało przyszłej żonie Hav'a.
W końcu doszliśmy do hotelu. Weszliśmy do niego, a nasz animator skierował nas do jakiegoś specjalnego pokoju. Był to pokój ,,artystyczny". Po czym to poznałam? Na ścianach aż roiło się od różnego rodzaju malowideł i tym podobnych, a na półkach stały wazony z gliny lub też kamienne rzeźby. Po całym pokoju rozmieszczone były stoliki, tak jak w salach lekcyjnych tylko, że tutaj było ich znacznie mniej ... Były dwa rzędy po trzy stoliki w każdym. A mniej więcej po środku tych rzędów przed ławkami było ustawione biurko, gdzie zapewne siedział animator i przyglądał się każdemu.Za biurkiem znajdowały się po prawej stronie drzwi na zaplecze. Przynajmniej tak mi się wtedy zdawało.
W końcu Nico przemówił:
- Na dzisiejszych zajęciach będziemy tworzyli rozmaite rzeźby z gliny ... - nie dokończył, bo ta lala mu przerwała.
- Fuj! Przecież ubrudzę moją nową sukienkę!
- Spokojnie, dostaniesz fartuch i rękawice jak każdy. - uspokoił ją satyr z wymuszonym uśmiechem. Nie rozumiem, jak on mógł nadal być spokojny, ja dawno bym wybuchnęła i wywaliła ją za drzwi...
- A jeżeli ktoś woli bez rękawic? - zapytałam.
- Możesz bez rękawic, co bardziej polecam. - Nico posłał mi przyjazny uśmiech.
- Blee, nie mam zamiaru paćkać się w tym błocie! - narzekała Loren, a ja nie wytrzymałam.
- To do cholery wyjdź z tej sali! - wrzasnęłam zirytowana - Ile można słuchać twoich narzekań?! No ile?! - krzyczałam, a chłopcy próbowali mnie uspokoić, natomiast moja nieprzyjaciółka posłała mi morderczy wzrok i opuściła salę.
- Noo cóż ... - westchnął Nico - Powinienem za nią iść, ale coś mi podpowiada, abym tego nie robił...
- Ja za nią pójdę.-wypalił Hav i zniknął za drzwiami.
- No to fajnie ... - zrezygnowany Nico usiadł na ławce i przetarł twarz dłońmi. Był zdruzgotany -Teraz to mnie wywalą na pewno...
- Niby dlaczego mieliby cie wywalić skoro to moja wina?-zapytałam
- Bo ja mam was pilnować i sprawić byście spędzili tutaj mile czas.
- Ale my się świetnie bawimy! - zapewniał go Mordred, a satyr jakby go nie słyszał.
- Oni na pewno lepiej sobie radzą! - zaszlochał, zrobiło mi się go szkoda.
- Jacy oni? - zapytał mój kuzyn
- Moi bracia.
- Dlaczego mieliby sobie lepiej radzić od ciebie? - nie wiedziałam, dlaczego Nico obwiniał tylko siebie.
- Ponieważ, ja jestem najmłodszy i dostałem najliczniejszą grupę...
- Pomyśl o grupie drugiej! Już ja widzę, jak Imre się wścieka, a Marco zarywa do Nel. - zachichotał syn Hadesa, a ja szturchnęłam go w bok na znak, że wybrał najmniej odpowiedni moment na żarty. Po chwili do głowy zaświtała mi pewna myśl:
-W sumie Mordred ma rację. Imre i Marco strasznie się nienawidzą, więc twojemu bratu nie jest lżej niż tobie. - próbowałam go przekonać.
-Może macie rację, Paul musi mieć ręce pełne roboty, skoro chłopcy się nie cierpią. - pomyślał na głos.
- Obiecuję,że teraz będę starała się nie zwracać na nią uwagi, chociaż to będzie trudne-powiedziałam, aby go uspokoić.
- Dziękuję. - odpowiedział, a w tym momencie do sali wszedł Hav i prowadził Loren, która udawała obrażoną:
- Jeśli myślisz,że cię przeproszę to nic z tego ... - ostrzegłam.
- Nie liczę na twoje przeprosiny. Nie zniżę się do tego poziomu, by z tobą rozmawiać. - oznajmiła i usiadła w ostatniej ławce po prawej stronie. Już miałam cisnąć jej w twarz jakieś przekleństwo, ale Mordred ostrzegawczo ścisnął mnie za ramie. Postanowiłam dać tym razem za wygraną i usiadłam jak najdalej od niej czyli po lewej stronie w pierwszej ławce. Za mną usiadł mój kuzyn, a obok niego po prawej stronie Hav. Tak oto zaczęły się zajęcia rzeźbiarskie...

Imre
Po tym jak opuściły nas pozostałe grupy, a my zostaliśmy przed hotelem zaczęliśmy nasze zajęcia terenowe dowcipem opowiedzianym przez Paul'a:
- Jeśli gdzieś tutaj natkniecie się na jakiś grób z kratami to wiedzcie, że ktoś tam pochował teściową, lecz nie miał pewności czy na pewno umarła. Da bum tss. - roześmiał się satyr, na co my również wybuchnęliśmy śmiechem. Nasz animator był ubrany w niebiesko-granatową koszulę hawajską. Fryzurę miał na Jim'a Hawkins'a z ,,Planety skarbów" z taką różnicą,że miał czarne jak węgiel włosy. Bardzo nam się spodobał ten wyluzowany żartowniś. Po tym,jak się ogarnęliśmy próbował nam wyjaśnić na czym mają polegać nasze zajęcia:
- Dobra,pośmialiśmy się, jest super, ale najwyższa pora na chwilę powagi. - nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem.,który był tak zaraźliwy, że znowu zaczęliśmy się śmiać. - No dobra, dobra ... Już,już, ha ha ha ha, Houston, mamy problem. - śmiał się w dalszym ciągu i nie mogliśmy się powstrzymać. W końcu nasze śmiechy usłyszały kucharki, które zza okna wrzasnęły:
- Ogarnij się Polly! To, że masz poważne kłopoty z głową nie upoważnia cie do przeszkadzania innym! - upomniały go, a ten gdy odeszły od okna pokazał im język.
- Polly? - zapytała z niedowierzaniem Nel.
- Taaaak, one mnie tak nazywają. Jeśli chcecie, też możecie w ten sposób mnie wołać. - posłał jej szelmowski uśmiech i wydawało się, że mu te określenie i obraźliwe słowa kucharek nie przeszkadzały.
- No to może w końcu zaczniemy te zajęcia? - zapytał Marco ze śmiertelnie poważną miną,aż się wystraszyłem.
- Jasne!No dobra,w takim razie wytłumaczę na czym te zajęcia polegają: po pierwsze dostajecie mapę całego kurortu,po drugie na mapie jest oznaczony punkt,do którego macie się dostać,po trzecie droga do tego miejsca nie będzie łatwa i po czwarte macie ze sobą współpracować.Plus bonus każdy ma do mnie jedno pytanie, później nie odpowiadam na nic.
- Noo ciekawie. - mruknąłem.
- A więc oto i mapa. - podał nam jakiś stary papier i starannie go oglądaliśmy. Nie umknął nam czerwony punkt do którego mieliśmy dojść...
- A w jakim celu mamy dojść do tego punktu?-zapytała Nel
- W jakim celu? - Paul zamyślił się -W tym miejscu jest coś ukryte, coś bardzo wartościowego. Niestety nie mogę wam powiedzieć co to takiego. Sami musicie się domyśleć. No cóż...Zaczynamy zabawę! - i tak oto zaczęły się męczarnie...

Oczywiście nie obyłoby się bez kłótni z Marco. Czego dotyczyła?Tego kto będzie trzymał mapę i nawigował. Nasz spór rozstrzygnęła Nel:
- Ej no!Mieliśmy współpracować! Marco, oddaj mapę Imremu, on się lepiej zna. - co mnie niezwykle zdziwiło syn Zeusa z niechęcią posłuchał mojej ,,dziewczyny" za co byłem jej wdzięczny.
Starannie przestudiowałem mapę i szybko dobrałem drogę. Na początku szliśmy wąską ścieżką. Na samym początku ,,orszaku" kroczyłem ja z mapą, za mną dreptała Nel, za tą czarującą istotą maszerowała mniej czarująca istota czyli Marco. Na końcu spacerował Paul i najwyraźniej nad czymś rozmyślał.
W końcu dotarliśmy do pierwszej przeszkody: gigantycznego kamienia na samym środku wąziutkiej ścieżki. Mowy nie było o przejściu obok, gdyż teren tutaj był niezwykle gęsto zalesiony w dodatku wyczytałem z mapy, że w pobliżu znajdują się ruchome piaski:
- No i co teraz? - zapytała z nadzieją w głosie Nel.
- Trzeba się wspiąć. - zaproponował Marco.
- Ale jak? - zapytała.
- Normalnie, chodź, podsadzę cię. - blondynka nie ruszyła się z miejsca i nadal spoglądała na ogromnych rozmiarów głaz.
- Obawiam się Marco, że sam z Nel nie poradzisz ... - westchnąłem - Musimy wszyscy się ,,podsadzić".
- Co masz na myśli? - wystraszył się szatyn.
- To, że ty mnie podsadzasz, a ja Nel.
- Zwariowałeś!? - wrzasnęła jedyna dziewczyna w naszej grupie - Zwalimy się na ziemię z hukiem!
- W sumie to nawet możliwe. - mruknął Marco.
- Pozabijamy się! - histeryzowała Nel, ale i tak zrobiliśmy wbrew jej woli.
- Nel, zaufaj mi. - próbowałem ją uspokoić - Ufasz mi, prawda? - zapytałem, a ona odwróciła wzrok -Nel spójrz mi w oczy i powiedz czy mi ufasz? - spojrzała swymi zielonymi oczami i przemówiła:
- Ufam ci, ale wiesz co mnie dręczy...
- Tak, wiem, ale ja cię nie upuszczę, przysięgam! - próbowałem ją przekonać, a satyr przyglądał mi się i rozmyślał, czy uda nam się ją przekonać
- Ale to jest tak wysoko! - lamentowała. Postanowiłem wyszeptać moją prośbę, podobno działa:
- Nel, zaufaj mi. Zaufaj nam. Poradzimy sobie z tym prawda? Nie patrz w dół - nie dałem jej czasu na odpowiedź i wziąłem ją na barana. Stanąłem obok skały i kazałem Nel stanąć na moje ramiona. Marco ją asekurował. Poradziła sobie świetnie. Cały czas jej oczy wydawały się krzyczeć: ,,Dlaczego mi to robisz?!", ale ja pozostawałem głuchy na jej nieme wołanie. Gdy Nel stała na moich barkach poprosiłem Marco, by z kolei on wziął mnie na barana. Przyszło mu to z trudem. Później to ja miałem stanąć na jego ramionach i przy okazji nie zwalić ze swoich dziewczyny. Poprosiłem Paul'a by mnie asekurował. Na szczęście udało mi się bezpiecznie stanąć na barki Marco i tym oto sposobem blondynka miała widok na ścieżkę za kamieniem:
- Chłopcy mamy problem - wyjąkała.
- Co jest? - zapytał z samego dołu Marco.
- Na ścieżce za głazem są ... są ich tuziny!
- Czego tuziny? - dopytywałem się.
- Węży! - wrzasnęła i mało nie spadła, ale ja trzymałem ją mocno za kostki, tak samo jak Marco mnie.
- Dobra, uspokój się. Powiedz, czy dałabyś radę wspiąć się na ten głaz?
- Myślę, że tak. Sięga mi tylko do pasa, jak tak stoję...
- Serio?! wrzasnęliśmy chórem ja i Marco.
- No. - odpowiedziała krótko i wspięła się.
- Ej, podrzucisz mnie? - zapytałem gościa pode mną.
- Mocno czy lekko? - zapytał z irytacją w głosie.
- Raczej mocno ... - nie dokończyłem bo ten idiota za wysoko mnie podrzucił, tak że znalazłam się jakieś czterdzieści centymetrów nad głazem. Nel uderzyła w krzyk, a ja cudem złapałem się krawędzi głazu. Dziewczyna podała mi rękę i pomogła się wspiąć. Na dole został tylko Marco:
- A ja jak mam wejść? - zapytał, a my z Nel wymieniliśmy spojrzenia.
- Może nasz animator ci pomoże? - odpowiedziałem pytaniem.
- O nie, nie. Traktujcie mnie jak ducha. Mnie tu nie ma, ale jestem. - żartował satyr
- To jak mamy go wciągnąć? - zapytałem.
- Chcesz użyć swoje jedyne pytanie do mnie? Nie lepiej ruszyć głową i się rozejrzeć? - w jego oku zauważyłem przyjazny błysk. Wykorzystałem tę podpowiedź i się rozejrzałem. Zauważyłem kilka lian koło głazu. Postanowiłem zerwać jedną i podać tej ofermie na dole. Był dosyć ciężki, a z racji tego, że liana była długa przywiązałem ja do palmy obok głazu i ustawiłem naszą ,,linę" tak, aby mógł nogami podbierać się o głaz. Dosyć sprawnie mu to poszło. Jak się okazało Paul również korzystał z lian tylko, że z innego drzewa. Tak oto mieliśmy piękny widok na pełzające po ścieżce węże.
Co jak co, ale węży bałem się najbardziej ... Tak, tak, każdy ma swoje słabości ... Nel lęk wysokości, Marco jest uczulony na zimno, a ja? Ja boję się węży. Do głowy zaświtała mi pewna myśl. Każdy odcinek ścieżki odzwierciedla nasze lęki. Głaz - lęk wysokości, węże - moją odrazę, czyli po pokonaniu ,,ścieżki gadów" wejdziemy w śnieg. Dla mnie bomba...
- No to co? Zeskakujemy? -zapytał Marco, a ja stałem jak sparaliżowany i wpatrywałem się w pełzające stworzenia. Nel odpowiedziała za mnie:
- Sądzę,że powinieneś pierwszy zeskoczyć Marco. - zaproponowała.
- Ależ damom pierwszeństwo. - nagle postanowił być dżentelmenem.
- Chcesz bym się roztrzaskała o ziemie?!
- No dobra. - westchnął i ześliznął się ze skały. Jak kot miękko wylądował na ziemi
- Imre? - zapytała z troską w głosie, a ja nic nie mówiłem tylko stałem jak porażony piorunem.
- Nie skoczę. - powiedziałem po dłuższej chwili.
- Dlaczego? - zapytał Marco z dołu
- Ja...Ja nie przepadam za tego typu gadzinami i tym razem nie chodzi mi o Marco.-westchnąłem,a Paul zwijał się ze śmiechu, natomiast brunet kipiał ze złości.
- Boisz się węży? No cóż ... Ale z tym sobie poradzimy, prawda? - przemawiała do mnie tak jak ja do niej zanim wspięliśmy się na głaz.
- Nie wiem...- bałem się.
- Imre, popatrz mi w oczy. - wyszeptała, a ja postanowiłem spojrzeć na nią - Poradzimy sobie. Będę przy tobie, cały czas. - w jej oczach pojawiły się łzy. To mnie przekonało. Musiałem jej pokazać, że potrafię przezwyciężyć lęk tak jak ona to zrobiła.Powoli usiadłem na krawędzi głazu i wrzasnąłem do Marco:
- Jak mnie nie złapiesz to pożałujesz.
- Ok. - i odsunął się w bok
- Marco! - upomniała go ostro Nel
- Tylko tak się drażnię ... - stanął znów pod głazem i czekał, aż się zsunę. Jak się okazało syn Zeusa złapał mnie i odstawił na bok, po czym przygotował się do złapania blondynki, która znajdowała się na samym szczycie. Oczywiście ,,przegoniłem go" i sam się ustawiłem gotowy do jej zejścia. Naburmuszony odszedł w bok i przyglądał się wężom.
- No dalej, uda ci się. - zachęcałem ją.
- Jest ... Jest tak wysoko ... - mruknęła, po czym zamknęła oczy, usiadła na brzegu głazu i szybkim ruchem zsunęła się w dół. Gładko wylądowała w moich ramionach. Trzymałem ją na rękach i za nic w świecie nie chciałem jej puścić. Ona zarzuciła swoje ręce mi na szyi i się uściskaliśmy:
- Połowa sukcesu za nami. - wyszeptał mi prosto do ucha.
- Wiem. - mruknąłem w odpowiedzi i postawiłem ją na ziemi.
- No to co idziemy? - zapytał zniecierpliwiony Marco.
- Ale co z tymi wężami? - zapytała blondynka.
- Nie martwcie się, nie są jadowite. Jeśli nie nadepniecie na nie nic wam nie grozi. - pocieszył nas Paul.
- Aha, ok. - mruknąłem pod nosem
- A więc ruszajmy! - zarządził Marco i poszedł przodem, a za nim Nel. Człapałem przed ostatni, bo za mną szedł animator.
Powoli stawialiśmy kroki. Jeden zły ruch i zębiska tych gadów znajdą się w naszych nogach.
Jakoś powoli przeszliśmy. Na szczęście nikt nie nastąpił na żadnego z węży.
Dalej wędrowaliśmy przez wolną od gadów ścieżką. Gdy się obejrzałem zauważyłem na twarzy satyra chytry uśmieszek. Odwróciłem się z powrotem w kierunku pleców Nel ze skamieniałą minął.
Przed nami znajdowała się zaspa śnieżna. Marco stanął w miejscu jak wryty i się cofnął. Biedna dziewczyna uderzyła głową w jego plecy:
- Ała ... - złapała się za czoło - Chyba rozdarłam sobie czoło twoją skórzaną kurtką - jęknęła, a Marco nie zareagował.
- Pokaż. - nakazałem, a ona odwróciła się i odsłoniła lewą część czoła, tam gdzie miała grzywkę - U lala.
- Jest aż tak źle? - spanikowała.
- Nieee - przeciągnąłem, a ona od razu się skapnęła.
- Imre! - wrzasnęła i dotykała swojego czoła, z którego sączyła się krew.
- Aj ... - mruknął Paul - Przesuń się, mam kilka plastrów i odkażacz. - powiedział i wyminął mnie.
- Ałaaaa - jęczała Nel, a animator próbował oczyścić ranę wodą utlenioną.
- Jeszcze chwila, wytrzymaj. - próbował łagodzić nasz ,,lekarz" - No i gotowe. - swoją pracę zakończył poprzez przyklejenie całkiem sporego plastra na czole dziewczyny.
- Dzięki.
- Nie ma sprawy.
- Ej no matole rusz się! - naprzykrzałem się brunetowi przede mną.
- Przymknij się...Nie idę! - oznajmił.
- Chyba Marco ma rację ... - zaczęła jedyna dziewczyna w naszej grupie - Przecież on nie może przez to przejść! Ma uczulenie!
- Na co? - zaśmiał się Paul
- Na zimno. - odpowiedział niezwykle poważnie za nią ten wieszak
- Ha ha ha, nie no serio? - satyr odebrał to jako żart, ale zaraz się uspokoił, gdy zobaczył, że nikt się nie śmieje - No dobra, syn pyta się ojca ,,Tato,jaką najgłupszą rzecz zrobiłeś z miłości." ojciec odpowiada: ,,Ciebie".
- I co to ma do rzeczy? - zapytałem, a Nel starała się powstrzymać śmiech.
- Zastanów się ... - podpowiedział Paul, a ja rozmyślałem nad znaczeniem tego nie na miejscu dowcipu.
W końcu mnie oświeciło. Marco jest synem Zeusa, który może wszystko (no prawie)...
- Marco, a czy ty nie umiesz latać albo teleportować się czy coś?-zapytałem.
- Hmm ... Chyba potrafię coś w stylu teleportacji, ale tylko na niewielkie odległości. - oznajmił i po chwili zaświtał mu ten sam pomysł co u mnie.
- No i super, my z Nel jakoś przez nią przejdziemy. - gdy tylko skończyłem mówić, Marco zniknął we mgle. Zostaliśmy sami z Paul'em.
- I co teraz? - zapytała Nel.
- Trzeba kopać.
- Odmrozimy sobie ręce!
- Nie odmrozicie. - oznajmił satyr z dumną minął - To zwykły styropian, a zimno jest tam tylko dlatego, że za palmami stoją dwa wiatraki. - zaczął się śmiać, a my z blondynką popatrzyliśmy na siebie po czym również wybuchnęliśmy śmiechem.
- Czyli Marco niepotrzebnie się teleportował? - zapytałem.
- Najwidoczniej. - przytaknął
- No cóż Nel. Bierzmy się do roboty ... - nie dokończyłem, bo nasz animator mi przerwał.
- A nie potrzebujecie czegoś? - zapytał z błyskiem w oczach.
- Niby czego? - zapytała dziewczyna o włosach blond.
- Tego. - i wyrzucił przed nasze stopy dwa niewielkie kilofy - Będzie wam łatwiej. - puścił nam oczko
- Dzięki! - podziękowałem i podniosłem kilof dla Nel i dla siebie.
Tak oto zaczęliśmy przebijać się przez styropian, który dla złudzenia przypominał zaspę śnieżną.
Cali byliśmy w białych kulkach. Gdy wreszcie się dokopaliśmy na drugą stronę nikt nas nie przywitał. Marco gdzieś znikł.
- A tego gdzie wcięło? - zapytałem zdziwiony.
- Marco!? - zawołała Nel, a Paul ją uciszył i się rozejrzał.
- Lepiej byście tutaj zachowywali się cicho. - ostrzegł - Na tym odcinku ścieżki śpią dosyć drapieżne bestie ...
- Ale żeś wybrał dobrą drogę. - szepnęła do mnie z irytacją
- Nie obwiniaj go, niezależnie od tego jaką drogę byście wybrali spotkałoby was to samo.
- Co? - zapytała.
- Bo to jest tak: my wyczuwamy wasze leki i słabości. Później dobieramy odpowiednie przeszkody i gotowe.
- I to wszystko tak tutaj stoi i inni też muszą przez to przejść?
- Nie, wy wybraliście ścieżkę środkową, dlatego na przykład grupa Rico dostanie ścieżkę pierwszą albo trzecią, w zależności, którą wybierze grupa trzecia. No i następnie wyczuwamy te wasze leki i kontaktujemy się z istotami, które zajmują się ,,utrudnianiem" wam drogi po przez tego typu przeszkody.
- No ciekawie. - mruknęła zła.
- Może chodźmy dalej to po drodze znajdziemy tego uciekiniera. - zaproponowałem, a oni się zgodzili.

Nel
Po tym jak Marco gdzieś poszedł musieliśmy sami z satyrem maszerować ścieżką. Syn Zeusa dawał nam jakby poczucie bezpieczeństwa, że nic nam z nim nie grozi, bo jest przecież synem najważniejszego boga i jesteśmy wręcz nietykalni. Szliśmy przez zakręty, aż wreszcie dotarliśmy do jakiejś jaskini. Popatrzyliśmy na Paul'a a ten gestem pokazał byśmy śmiało wchodzili. Wszedł najpierw Imre, za nim ja, a za mną satyr. Jaskinia była oświetlona pochodniami. Na jej środku znajdowało się jakieś oczko wodne, w którym pływały (o dziwo) złote ryby. W tym miejscu było niezwykle wilgotno i ponuro, a echo spadający ze stalaktytów kropel obijało się o ściany jaskini.
Pod ścianami leżały stosy monet i innych rzeczy o złotej barwie np. wazony, korony, berła,kielichy itp.
- No i co mamy stąd zabrać? - zapytał Imre po dłuższym czasie.
- Coś co uważacie za najcenniejsze i uwaga: możecie zabrać tylko jedną rzecz!-upomniał nas-Jeżeli się mnie nie posłuchacie i będziecie chcieli opuścić tę grotę z więcej niż jedną rzeczą, będziecie mieli kłopoty, z których ja was nie będę potrafił uratować.
- Brzmi niezbyt zachęcająco. - mruknęłam lekko wystraszona.
- No to szukamy najcenniejszej rzeczy Nel?-zadał mi pytanie Imre.
- Niech będzie. - rzekłam i poszłam pod najbliższą ścianę, aby rozpocząć poszukiwania.

sobota, 15 sierpnia 2015

Rozdział 20

Mordred
Odległość dzieląca nas od kurortu co chwila się zmniejszała. Po jakimś czasie potrafiłem już dostrzec jego zarys. Nieopodal ogromnej plaży stał dużych rozmiarów hotel, który otaczały palmy. Wisiały na nich transparenty powitalne, które cudem dostrzegłem z powietrza. Jeśli mnie wzrok nie mylił, to dostrzegłem strzegące kurortu hipokampy, które sprowadził kiedyś Posejdon.
Im bliżej byłem ziemi, tym więcej widziałem. Z powietrza ujrzałem wielki wodospad, który znajdował się niezbyt daleko naszego ośrodka wypoczynkowego. 
Gdy nasze rydwany wylądowały powitały nas gorące nimfy morskie z drinkami. Poczęstowały nimi wszystkich, prócz drogiego Williama, który był tym gestem oburzony. Następna partia tancerek hula zaczęła wręczać każdemu z osobna klucze do pokoju, przy tym przydzielając kamerdynerów, którzy mieli być na nasze każde wezwanie, nie ważne czy nocą czy za dnia.
Pokoje dzieci 12 najważniejszych bogów znajdowały się na ostatnim piętrze. Mój pokój znajdował się obok pokoju Persefony. Pokój Nel został umieszczony po środku pokojów Imrego i Persefony. Na nieszczęście mojego przyjaciela, nie wiadomo jakim sposobem, pokój Marco był przy pokoju Imrego. Ja również nie miałem najlepiej. Niestety pokój Williama znajdował się tuż obok mego, a sypialnia Loren była między pokojem Hav'a, a Willa.
Wszedłem do swego pokoju. Jego ściany były pokryte beżową farbą, a na drewnianej podłodze został zasłany mięciutki dywan. Moim oczom ukazały się kolejne drzwi. które jak podejrzewałem, prowadziły do łazienki. Otworzyłem je, a ujrzałem wielgachną wannę, a obok niej jeszcze prysznic do kompletu. Nad umywalką, która znajdowała się nieopodal sedesu, wisiało nawet niezłych rozmiarów lustro.
Powróciłem do mojej sypialni i nieoczekiwanie, na jednej ze ścian zobaczyłem lustro weneckie, które pewnie ojciec przysłał bym mógł czuwać nad moją kuzynką. Spojrzałem przez nie, a moim oczom ukazała się Persefona wylegująca się na łóżku. Nie wiedziałem po jakie licho ojciec tak się o nią martwi skoro jest prawie dorosła, ale nie miałem zamiaru nikogo prosić o to, aby zdjął je ze ściany. Jeszcze raz zerknąłem przez nie i zobaczyłem kuzynkę odwróconą plecami do mnie wyglądającą przez okno. W końcu otworzyła szklane drzwi prowadzące na balkon i zniknęła z moich oczu. Po chwili oderwałem się od lustra i skierowałem się w stronę łóżka stojącego na przeciw wielkiej plazmy, której towarzyszył orszak zestawu stereo. Moja torba podróżna została przeniesiona przez mojego prywatnego kamerdynera do małej garderoby, która była przy łazience.
Łaziłem po pokoju w tę i we w tę nie mogąc się uspokoić przez sam nie wiem co. Jedyne co wiedziałem to to, że byłem wściekły i że chciało mi się jeść więc zawołałem swego lokaja. Gdy przyszedł zadałem mu pytanie:
- Kiedy będzie obiad, umieram z głodu?
- Posiłek odbędzie się za kwadrans na placu. - odpowiedział. - Jeśli panicz pozwoli, to zaprowadzę go na miejsce? - zadał pytanie, na które nie oczekiwał odpowiedzi, mogłem to stwierdzić, dlatego że od razu ruszył w stronę drzwi.
Razem z nim zeszliśmy na dół. Na placu stała Nel i rozmawiała z Imrem. Postanowiłem włączyć się do ich rozmowy, bez względu na to o czym była:
- Siema. - przywitałem się.
- Witaj Mordredzie. - powitał mnie Imre, natomiast Nel była jak zwykle milcząca.
- O czym tak rozmawiacie?
- Pytam się Nel, jak się jej tutaj podoba.
- Doprawdy? I co odpowiedziała? - udawałem zdziwienie.
- Zapytaj się jej sam, gdyż właśnie to robiłem, ale mi przerwałeś. - oświadczył.
- No to jak ci się tutaj podoba? - zapytałem z niechęcią.
- Jest przecudnie! - oświadczyła lekko skrępowana.
- No i super ... Ciekawe co na obiad.
- A ty ciągle myślisz o jednym ... - westchnął Imre.
- Ej no, padam z głodu!
- Nie jadłeś od czterech godzin i już zgłodniałeś? - zapytał zdziwiony.
- Stary, to przecież cztery godziny! To dwieście czterdzieści minut! - zawołałem, a Nel chichotała pod nosem, co o dziwo mi nie przeszkadzało.
- Od kiedy ty Mordziu umiesz liczyć? - zapytał Imre, który wiedział kiedy się ze mną żartuje, a kiedy nie.
- Odkąd wyjechaliśmy z Olimpu ... - mruknąłem, a w brzuchu głośno mi zaburczało, na co mój przyjaciel i jego towarzyszka wybuchnęli śmiechem.
- To doprawdy cud. - rzekł Imre ze łzami w oczach ze śmiechu.
- Taa. - mruknąłem i zauważyłem Persefonę, która stała na balkonie i prychała śmiechem. - A ty czego tam? - zapytałem.
- W zupełności zgadzam się z Imrem. - odpowiedziała.
- W zupełności zgadzam się z Imrem. - przedrzeźniłem ją. Pod moimi stopami ujrzałem malutki patyk, a że plac był zrobiony po części ze żwiru postanowiłem narysować karykaturę mojej kuzynki.
Narysowałem najpierw okrągłą głowę, a w niej oczy, usta oraz nos. Reszta ciała składała się z kresek. Nawet narysowałem jej włosy, które strasznie sterczały. Na koniec dodałem napis ''To jest Persefona". Moja ''modelka" mało nie wypadła z balkonu tak się śmiała, a Imre z Nel podziwiali moje arcydzieło z dolnej perspektywy:
- Co jak co, ale Mordziu talentu to ty za ćwierć drachmy nawet nie masz. - zaśmiał się Imre.
- Taki ty mądry to narysuj ładniej! - rzuciłem mu wyzwanie.
- Och, nie, nie ... - zaprotestował skromnie. - Nie jestem godzien tego zaszczytu. - prychnął śmiechem, a tymczasem Persefona znikła z balkonu i pojawiła się obok Nel. W końcu, ku mojej radości zabrzmiał gong na obiad.
Wszyscy ruszyliśmy do okrągłego stołu stojącego na patio(*w architekturze portugalskiej i meksykańskiej wewnętrzny dziedziniec) . Miejsca były podpisane karteczkami. Moje miejsce znajdowało się między Persefoną,a Williamem, którego tak nie cierpiałem.Na obiad było sushi.Gdy wszyscy zajęli wyznaczone im miejsca kelnerzy zaczęli znosić przykryte tace na stół. Jeden pracownik z obsługi, który miał podać posiłek Williamowi, niechcący się potknął i jedzenie wylądowało na głowie życiowego nieudacznika. Reszta obiadu minęła bardzo spokojnie. Wszyscy ze sobą rozmawiali, a ja tymczasem wcinałem tyle jedzenia, ile potrzebował mój żołądek, aby zaspokoić narastający głód.

Lena
Po obiedzie wszyscy udali się na spoczynek. Zdawało się, że wszyscy prócz Imrego i Nel byli zmęczeni po dzisiejszym dniu. Ja sama z resztą padałam z nóg, to co mówić o reszcie. Od razu poszłam w kierunku mojego pokoju, lecz po drodze zauważyłam na tablicy ogłoszeń, której wcześniej nie było na korytarzu, świstek papieru:

Przydział grup:
Grupa I:Mordred,Persefona,Hav,Loren
Grupa II:Marco,Nel,Imre
Grupa III:Emma,Tessa,William

Plan dla grupy I: 
1.Zajęcia łucznicze 
2.Wycieczka do SPA 
3.Zajęcia rzeźbiarskie 
4.Czas wolny 
5.Kolacja 
6.Zajęcia terenowe 
7.Dyskoteka 
8.Wedle uznania czyli czas wolny

Plan grupy II: 
1.Zajęcia terenowe 
2.Zajęcia rzeźbiarskie 
3.Zajęcia łucznicze 
4.Czas wolny 
5.Kolacja 
6.Wycieczka do SPA 
7.Dyskoteka 
8.Wedle uznania czyli czas wolny

Plan grupy III: 
1.Zajęcia rzeźbiarskie 
2.Zajęcia terenowe 
3.Wycieczka do SPA 
4.Czas wolny 
5.Kolacja 
6.Zajęcia łucznicze 
7.Dyskoteka 
8.Wedle uznania czyli czas wolny

Gdy przeczytałam wszystko, co zostało napisane na kartce, byłam lekko zasmucona myślą, że nie mogę być w jednej grupie z Nel, ale pocieszał mnie fakt, że Imre się nią zajmie, w końcu od początku to była jego misja, ja miałam być tylko do pomocy, ale przywiązałam się do Nel. No i był jeszcze Mordred. Jemu pewnie tez będzie smutno, albo raczej będzie wkurzony, że nie może być w grupie z kumplem. Ja za to miałam najgorzej. Byłam w tej samej grupie co ta zdzira! Matko. W sumie, jak się bardziej zastanowić to Mordred nie będzie znów taki smutny, bo będzie miał kogoś kto go pocieszy. Tą całą Loren.
Po chwili przyszedł Mordred.
- Znalazłaś coś ciekawego na tej kartce, że się na nią tak patrzysz? - zapytał się mnie kuzyn z nutką arogancji w głosie.
- Zdaje się, że tak. Popatrz. - wskazałam na wiszący żółty papier.
- Yhmm. Ciekawe ...  - urwał wypowiedź, ale nie dlatego że się zastanawiał, ale dlatego że zobaczył uśmiechającą się Loren idącą w naszym kierunku.
- O. Cześć wam. Czemu się tak przyglądacie tej karteczce? - wtrąciła się do rozmowy różowa landryna.
- Rozporządzeniu grup i planie zajęć przewidzianemu dla nas na jutro. - odpowiedział Mordred flirtująco, że aż zachciało mi się wymiotować na ich widok. Postanowiłam od razu udać się do pokoju i zamknąć się w nim do dnia jutrzejszego.


Nel
Po tym sushi (które swoją drogą bardzo mi posmakowało) Imre zaprosił mnie na spacer po kurorcie. Jako iż był synem Hermesa, aż go nogi świerzbiły, by trochę pozwiedzać. Wyszliśmy z hotelu i szliśmy w stronę lasu, gdzie jak wspominał Hades powinien być wodospad.
Spacerowaliśmy w milczeniu. Byłam pochłonięta swoimi myślami. Między innymi: o moim braciszku, który był ze mną bardzo zżyty, o ciotce (zastanawiało mnie czy w końcu znalazła jakąś pracę) oraz o grobie taty, czy ktoś dalej go pielęgnuje i w jakim stanie znajduje się obecnie?
Szłam ze spuszczoną głową, bo wtedy jakoś lepiej mi się myślało.
W końcu przystanęliśmy. Imre rozglądał się jakby sprawdzał teren, a ja rozmyślałam nad przyziemnymi sprawami ...
Nie zauważyłam kiedy doszliśmy na miejsce. Obok tego wodospadu strasznie szumiało, więc blondyn postanowił zaprowadzić nas trochę dalej od tego miejsca, by móc swobodnie rozmawiać. W dalszym ciągu szłam z pochyloną głową, co w końcu zirytowało Imrego:
- O czym tak myślisz? - zapytał łagodnie.
- O wszystkim ... - odpowiedziałam.
- Czyli?
- Czyli o mojej rodzinie, edukacji ... Takie tam ziemskie sprawy.
- Yhym. - najwyraźniej ta odpowiedź go zadowoliła - Nel, czy mogłabyś spojrzeć mi w oczy?-zapytał po chwili.
- Po co? - odpowiedziałam pytaniem w dalszym ciągu z głową skierowaną do ziemi.
- Chcę ci coś powiedzieć ... - rzekł trochę zawstydzony.
Milczałam. Teraz w moich myślach panował chaos. Jak ja im wszystko wytłumaczę? To gdzie byłam, z kim się zadawałam i takie tam ... Nawet nie usłyszałam co powiedział do mnie Imre, więc postanowiłam podnieść głowę, a wtedy on pocałował mnie delikatnie w usta ...
Nigdy nie czułam się lepiej. To było niezwykłe uczucie! Pocałunek był krótki, ale namiętny. Tak na marginesie to do tej pory nie umiałam się całować ... Imre był świetnym nauczycielem.
Gdy w końcu nasze wargi się rozłączyły byłam bliska omdlenia, a mój ''partner" był cały czerwony na twarzy, z resztą tak jak ja. Oboje byliśmy lekko zdenerwowani. Tak jak przedtem spuściłam głowę i nie odważyłam się spojrzeć na mojego towarzysza. Z kolei Imre zaczął się rozglądać, po czym, gdy już ochłonęliśmy zapytał:
- Masz jeszcze ochotę pospacerować czy wolisz byśmy już wracali do hotelu?
- M-myślę, że możemy j-jeszcze trochę pochodzić. - wyjąkałam, ten pocałunek tak mną wstrząsnął, że do tej pory nie mogłam się pozbierać.
- No to chodźmy. - spojrzał na moją prawą rękę i gestem swojej lewej zaproponował by śmiało uścisnęła jego. Delikatnie wsunęłam swoją smukłą rękę, w jego delikatną i ciepłą dłoń.
- Nie bój się, nie jest z porcelany. - uspokoił mnie żartem, co poskutkowało i pewniej ją uścisnęłam.
W dalszym ciągu spacerowaliśmy, tylko z taką subtelną różnicą, że trzymaliśmy się za ręce. Byłam tym trochę przytłoczona, ale wiedziałam, że przy Imrem mogę czuć się swobodnie i bezpiecznie ...
Moje myśli krążyły nad wspomnieniem dotyku warg Imrego. Były takie delikatne i zmysłowe. aseraz mój umysł wariował, że nie mogłam skupić się na niczym innym, niż pocałunku Imrego i dotyku jego dłoni, która była o wiele większa od mojej.

Mordred
Po spotkaniu z Loren w korytarzu wróciłem do swojego pokoju i walnąłem się na łóżko, by odbyć małą drzemkę po tym, jak najadłem się do syta sushi. Oczywiście obudziłem się późnym wieczorem i nawet nie zauważyłem, że lokaj był w moim pokoju i zostawił mi list. Ale nie byle jaki, napisany został mojej mamy ręką.
Coś we mnie zadrżało. Chciałem wiedzieć co Nemezis mi miała do powiedzenia. To było bardzo nurtujące pytanie. Co takiego chciała powiedzieć i co skłoniło ja tego, żeby napisać list zamiast stanąć ze mną twarzą w twarz i wydusić to z siebie.
Rozpieczętowałem kopertę z napisanym moim imieniem. Wyjąłem z niej kartkę formatu A4 złożoną na cztery części. Trochę bałem się ją rozłożyć, lecz ciekawość przezwyciężyła strach. Zacząłem czytać tekst zaadresowany do mej osoby:

Synku,
Proszę wybacz mi, że nie mogę być przy Tobie Naprawdę tego chciałam, ale pewne rzeczy nie pozwalały mi na to. Masz prawo być na mnie zły za to, że Cię zostawiłam, gdy byłeś brzdącem. Wiedz, że nie będę winić Cię, jeśli mnie nienawidzisz. 
Jesteś już dorosłym mężczyzną i mogę sobie tylko wyobrazić jak panny biegają sznurem za moim małym chłopcem. Już wkrótce będziesz musiał wybrać kobietę swego życia i może los pozwoli, że będę mogła spędzić jeden dzień ze swoim pierworodnym. Marzę o tej chwili już od dawna. Jeśli jednak nie będziesz chciał, zrozumiem.
Jak sądzę jesteś w kurorcie, w którym poznałam Twojego ojca. Może opowiem teraz Ci co nie co. Na początku rzucaliśmy sobie ukradkowe spojrzenia, ale pewnego dnia on zebrał się na odwagę i zaprosił mnie na wieczorny spacer. To był najcudowniejszy spacer ze wszystkich, na które kiedykolwiek poszłam. Dzięki Hadesowi poznałam świat od tej strony, której nie widziałam. Dzięki Twemu ojcu mój świat zmienił się na lepszy, piękniejszy i wszystko wokół miało sens dzięki niemu. Do czasu gdy się poznaliśmy, nie znałam tak wielu uczuć, radości, szczęścia, a przede wszystkim miłości.
Mam nadzieję, że dziewczyna, którą poznasz zrobi to samo z Twoim światem. Jeśli chcesz się ze mną spotkać, to powiedz swemu lokajowi, a on już będzie wiedział co zrobić. Synku, mam jeszcze tak wiele Ci do powiedzenia...
   Wiedz, że zawsze będę Cię kochać, Mama.

''Mamo, tak bardzo chcę cię spotkać.'' - w mojej głowie była teraz tylko ta jedna myśl, która sprawiła, że z moich oczu popłynęły gorące łzy. Chciałem teraz pobiec do niej i prosić o to, żeby nie przepraszała tylko ze mną została. Tak bardzo mi jej brakowało Nie chodzi o to, że ojciec źle mnie wychował, tylko że brakowało mi matczynych objęć i rad, takich jakie dawał matka synowi, by pomóc pierworodnemu zdobyć dziewczynę. Tak to już było, syn Piekła tęsknił za matką. Jaki wstyd, ale nie obchodziło mnie to, odebrano mi czas spędzony z matką i chcę go teraz odzyskać. Czymże jest moja tęsknota w porównaniu z tym, co ona czuje. Musiała zostawić dwie najważniejsze osoby w swoim życiu po to, aby świat nie pogrążył się powtórnie w chaosie po to, aby nie zaznano niesprawiedliwości w ludzkim świecie.   

sobota, 8 sierpnia 2015

Rozdział 19

Nel
Znalazłyśmy blondyna w salonie siedzącego wraz z Mordredem na ogromnej skórzanej kanapie. Po tym co usłyszałam z Persefoną mogłyśmy wywnioskować, że rozmawiają o wypadzie do kurortu.Popatrzyłyśmy na siebie i obie postanowiłyśmy co nie co podsłuchać tę rozmowę:
- Weźmiesz Nel ze sobą?- zapytał Mordred, ale Imre nie odpowiedział. - HALO, ziemia do Imrego?
- Co?- rzekł wyrwany ze swych myśli Imre. 
- Imre, zamierzasz wziąć Nel do kurortu? - ponowił swoje pytanie syn Hadesa 
- Jeszcze nie wiem. To zależy od tego, czy Nel będzie chciała ze mną tam pójść i czy będzie czuła się tam komfortowo - odpowiedział trochę zmęczony chłopak
- Czy będzie czuła się komfortowo? - oburzył się. - Stary, to najlepsza miejscówka na świecie!
- Nie wątpię w twe słowa przyjacielu, ale martwię się o nią ... - westchnął tak samo jak my z Persefoną, ale z zupełnie innego powodu, był taki uroczy.
- Przecież tam jej nic nie grozi.
- Czyżby?
- Na pewno - zwątpił i się zastanowił. - Noo ... Może i masz rację - w końcu Mordred się poddał.
- Marco wie o jej słabym punkcie i będzie chciał to wykorzystać. Muszę ją przed nim ochronić ...
- Tylko nie mów, że będziesz ją pilnował dwadzieścia cztery na godzinę!
- To byłoby najrozsądniejsze rozwiązanie.
- No to po kiego czorta tam jedziesz? Masz się tam odprężyć, zabawić itp. - oburzył się brunet.
- Noo chciałbym trochę pozwiedzać, wyrwać się z Olimpu, no bo jak wiesz jestem synem Hermesa i powinienem być w ciągłym ruchu.
- Tak, tak. To chyba każdy wie ...
- A Nel chcę tam zabrać, ponieważ ... - brakowało mu jakiegoś konkretnego argumentu.
- Ponieważ? - ponaglał Mordred.
- Ponieważ martwię się, że mój ojciec znajdzie ją na Olimpie i pod moją nieobecność odeśle z powrotem na ziemię ...
W tym momencie Persefona wraz ze mną weszła do salonu i przerwała ich rozmowę:
- No i co tam? - zagadała.
- Nic, tak sobie rozmawiamy - odparł Mordred.
- Yhym i co Imre, zabierasz Nel ze sobą? - zapytała go córka Demeter, aby się upewnić.
- Nel, chcesz jechać ze mną? - zapytał się mnie Imre z nienacka.
- Eeeem ... - powoli zaczęłam prychać śmiechem, a w moje ślady poszła reszta, gdy w końcu się ogarnęłam odpowiedziałam mu. - Jeśli ty tego chcesz to czemu nie?
- No to fajnie - ucieszyła się Persefona, a Imre posłał znaczące spojrzenie w moim kierunku, na co odpowiedziałam mu uśmiechem.
- Ale Imre ... - Mordred zawsze miał jakieś ''ale" - Jesteś pewny, że ją upilnujesz?
- Ja mogę się nią zajmować z Imrem na zmianę - zaproponowała Persefona.
- To nie taki zły pomysł - podsumował blondyn.
- A róbcie se co chcecie - westchnął syn Hadesa i więcej się nie odzywał.
- Ha ha ha, Mordzik nie obrażaj się - roześmiał się Imre, tak samo jak my z Per.
- No bo co Imruś mi zrobisz? - odpowiedział tym samym jego przyjaciel, a my zaczęłyśmy się jeszcze głośniej śmiać. To co tutaj się działo było wręcz komiczne ...
- Nic - i uśmiechnął się z satysfakcją, że sprowadził uśmiech na twarz tego pesymisty.
- Aaaa Imre, bo jest taka sprawa - zaczęła siostrzenica Hadesa.
- No słucham.
- Bo my z Nel potrzebujemy dostać się na Olimp ... - nie dokończyła, bo przerwał jej kuzyn.
- Nigdzie nie idziesz, jest ciemna noc!
- Nie musisz mnie niańczyć! - warknęła - To jak?
- Dla mnie to nie problem - westchnął Imre i podniósł się z kanapy.
- Jak wszyscy to i ja - odparł zrezygnowany Mordred i również wstał z tapczana oraz podszedł do Persefony, a Imre do mnie. Wszyscy czworo rozpłynęliśmy się w czarnych oparach.

*** 

Znaleźliśmy się na korytarzu, który prowadził do pokojów ''boskich dzieci". Szliśmy wzdłuż niego, aż doszliśmy do pokoju Imrego. Weszliśmy do niego wszyscy. Usiadłam na sofie i wyjęłam naszyjnik, Imre od razu zareagował:
- Od kogo masz ten naszyjnik? - zapytał podejrzliwie i ze wzburzeniem.
- Od Marco - wyszeptałam.
- Nel, pozwól na stronę - i odciągnął mnie na drugi koniec pokoju. - Opowiedz mi wszystko! - zażądał szeptem.
- Ale co wszystko? - nie wiedziałam o co mu chodzi.
- Wszystko co Marco z tobą robił - to brzmiał tak idiotycznie, że najchętniej wybuchnęłabym śmiechem, ale sytuacja był bardzo poważna.
- Jak dawał mi ten naszyjnik to pocałował mnie w policzek, ale uciekłam. Później, gdy ty wyszedłeś po lód oraz maść trzymał mnie za rękę i porównywał nasze dłonie, a jak poszedłeś odnieść lód ... -zaczęłam pochlipywać, tak mi było wstyd, że byłam taka łatwa - ... tak było mi go szkoda, że przytuliłam się do niego, a on pocałował mnie w głowę ... - Imre nie wytrzymał i mnie mocno do siebie przytulił.
- Zabiję go! - szeptał, aż szept zamienił się w ostrzegawczy, a ostatecznie w konsekwentny ton. - Zabiję go! - wypuścił mnie z objęć i szybkim krokiem wyszedł ze swojego pokoju i zmierzał w stronę lokum Marco.
- Nie wiem co mu powiedziałaś, ale w takim stanie jeszcze go nie widziałem - odparł zdziwiony Mordred - Cholera! On nigdy nie kłamie! - i ruszył za nim.
- Och,Boże, co ja zrobiłam! - szlochałam.
- To co słuszne - pocieszała mnie Persefona. - No to może pokażesz mi ten ''wierszyk"? -zaproponowała.
- Jasne - szepnęłam ocierając łzy. Chwyciłam wisiorek i skierowałam kryształ na światło księżyca. Naszym oczom ukazała się ów ''rymowanka" ...


Mordred
 Odkąd znałem Imrego nie pamiętam, by był aż tak wściekły! Zawsze miał tą swoją irytującą człowieka ''niebiańską cierpliwość i wyrozumiałość", ale teraz wszelkie tamy w nim pękły. Biegłem przez korytarz, aż w końcu zobaczyłem mego przyjaciela, który prawie wyważył drzwi do pokoju Marco. Zmieszany szatyn na swoje nieszczęście otworzył je, a jego twarz spotkała się z pięścią Imrego. Ten cios powalił go na podłogę, a Imre okładał go pięściami. Wiedziałem, że Marco to sukinkot i miałem ochotę się przyłączyć, ale zadbałem, aby wieść o bójce była ściśle tajna. Szybko wszedłem do pokoju syna Zeusa i zamknąłem drzwi. Imre krzyczał:
- Nie daruję ci tego! Odwal się od niej! Wiem, że zrobiłeś to specjalnie! - tak brzmiały zdania, które najczęściej wykrzykiwał. Biedny, a może jednak nie, Marco postanowił się bronić i grzmotnął Imrego kolanem w brzuch, a ten odskoczył od niego i zwinął się w kłębek na podłodze. Teraz przewagę miał szatyn. Nie chciałem zostawiać mojego przyjaciel na kruchym lodzie więc rzuciłem się na Marco ''od tyłu". Obaj upadliśmy na podłogę, ja natomiast dusiłem go. Powoli robił się sino-fioletowy. Nie wiem dlaczego, ale duszenie go sprawiało mi pewnego rodzaju przyjemność ... Być może odziedziczyłem to po matce? W każdym razie wiedziałem, że jestem po dobrej stronie. Gdy Imre wreszcie wstał trzymając się za brzuch zarządził:
- Wystarczy. Mam nadzieję, że to cię nauczy trzymać się z dala od niej - warknął i otworzył drzwi, a ja uwolniłem szyję Marco z mojego uścisku. - Nie licz więcej na jej pomoc,więc nie przychodź do mnie z tymi ranami - ostrzegł i wyszedł. Popatrzyłem na leżącego syna Zeusa, który próbował łapać oddech i splunąłem na niego. Chuj mnie obchodziło czy nadal będę mógł przebywać na Olimpie, ważne że pomogłem mojemu przyjacielowi. Odczuwałem triumf. W końcu wyszedłem i zamknąłem za sobą drzwi zostawiając Marco w tym, a nie innym stanie. Skierowałem się do pokoju Imrego, w którym przebywały dziewczyny ...

Nel
W tym samym czasie, kiedy Imre lał Marco, ja pokazałam Persefonie to co miałam na krysztale:
- Bardzo ciekawe - to były jej pierwsze słowa po przeczytaniu napisu. - Brzmi to jak prośba o pomoc, ale jakoś niezbyt zachęcająco ... Ciekawe skąd Marco to miał ...
- Nie wiem - westchnęłam nieobecna duchem - Martwię się o Imrego, był taki zły jak wychodził, mógł zrobić coś głupiego - zamartwiałam się.
- Nie bój nic ,Mordred z nim jest - próbowała mnie uspokoić, ale jakoś niezbyt to pomagało.
- No to co robimy z tą ''prośbą o pomoc"? - zapytałam.
- Mam pomysł, byśmy na razie nic nie mówiły chłopakom o tym - zaproponowała. - Chciałabym sama odkryć kto zostawił tą wiadomość, ale przeczytajmy ją jeszcze raz:
,,Jeżeli mnie znalazłaś to się ciesz,
Nie wiem jak dużo o mnie wiesz.
Jestem ukryty w księżyca świetle,
Lecz spotkać mnie możesz tylko w piekle.
Niech nie umknie twej uwadze,
To, że nieszczęście na ciebie sprowadzę.
Jest to ma zachęta,
Do zdjęcia piekielnego piętna ..."
- No znalazłyśmy go, nic o nim nie wiemy, oprócz tego, że można tę wiadomość odczytać z pomocą ''promieni" księżyca - podsumowała moja nowo nabyta przyjaciółka.
- Możemy spotkać go tylko w piekle, sprowadzi na nas nieszczęście i jest chyba przeklęty czy coś -powiedziałam w zamyśleniu.
- Masz rację! - wykrzyknęła Persefona. - Z tego co pamiętam w domu Hadesa jest jeszcze jedno piętro, ale schodów nigdzie nie znalazłam, czyli muszą być za którymiś zamkniętymi drzwiami! -oświadczyła z entuzjazmem.
- No to mamy jakiś trop - ucieszyłam się. - Ale o tym pomyślimy jutro, bo jakoś tak strasznie spać mi się chce.
- Mi też - przytaknęła i obie sunęłyśmy.

W końcu wrócił Imre, trzymał się kurczowo za brzuch:
- Boże Imre, co się stało? - zapytałam wstrząśnięta i podbiegłam do niego.
- Nic takiego ... - odparł. Prawie zaraz po nim do pokoju wszedł Mordred, od którego bił triumf i duma.
- Macie może coś na ból brzucha? - zapytał się brunet.
- Trzeba polatać po Olimpie, żeby coś znaleźć - mruknął blondyn nadal trzymając się za brzuch.
- Imre, może się połóż - i pomogłam dojść mu do łóżka, po czym ułożył się na nim w kłębek.
- Co wyście robili? - zapytała trzeźwo córka Demeter.
- Aaaa tam, nie zrozumiesz - mruknął Mordred.
- A właśnie,że zrozumiem! - odparła wojowniczo Persefona, która nie zniosła sprzeciwu.
- Imre pobił Marco - westchnął i podszedł do przyjaciela.
- Boże ... - tylko tyle zdołałam z siebie wykrztusić, później zrobiło mi się słabo i padłam jak martwa na podłogę ...

***

Rano obudziłam się na tapczanie okryta kocem. Szybko wstałam i rozejrzałam się po pokoju ... Nikogo oprócz mnie w nim nie było! Spanikowałam:
- ''Gdzie jest Imre?" - powtarzałam co raz w myślach, aż w końcu postanowiłam zawołać chłopaka po imieniu:
- Imre? - powoli weszłam do łazienki i szybko mi ulżyło. Blondyn stał przy umywalce i szczotkował zęby. Był ubrany w lekko podarte jeansy.
- Coś się stało? - zapytał zaraz po tym jak wypluł pastę.
- Nie, nic - odparłam z wyraźną ulgą w głosie - Po prostu myślałam, że cie nie ma ...
- No, a jakże mógłbym ciebie zostawić? - zapytał z uśmiechem i spoglądał na mnie poprzez odbicie w lustrze.
- A dobrze się czujesz? Wszystko w porządku? - chciałam się upewnić, że nic go nie boli
- Nie,wszystko okay. Słyszałem, że zemdlałaś.
- Serio? - byłam zdziwiona, ale później przypomniałam sobie wczorajszy wieczór - No tak ...
- Dzisiaj chcę cię gdzieś zabrać - w końcu odwrócił się do mnie i uścisnął przyjaźnie na znak, że również cieszy się, że mnie widzi.
- Na prawdę? Gdzie? - zdziwiłam się.
- Potrzebne ci jakieś ubrania co nie? - odpowiedział, a w moich oczach czaiła się nadzieja. - Ooo nie, nie. Nie zejdziemy na ziemię, bo mam coś w stylu ''zakazu", ale zapoznam cię z Emmą i Tessą. Powinnyście się polubić - i tak właśnie moja nadzieja na zobaczenie się z rodziną rozsypała się jak domek z kart.
- No ok - westchnęłam zrezygnowana.
- Ej no, nie smuć się. Obiecuję, że po tym całym tygodniu w kurorcie zabiorę cię na ziemię, abyś mogła wrócić do domu ...
- Ale ja nie chcę wracać do domu! Tu mi dobrze, ale chciałabym tylko zobaczyć się z ciotką i Sebastianem i powiedzieć im, że nic mi nie jest i że jestem w bezpiecznym miejscu. Tylko tyle -wyjawiłam mu swoje powody powrotu na ziemię. - Chyba, że nie będziesz chciał mnie dalej gościć u siebie - wykrztusiłam zupełnie niespodziewanie.
- Nel - powiedział to z czułością w głosie, podszedł i złapał mnie za dłonie. - Ja zawsze będę chciał cię u siebie gościć. To najlepsza rzecz jaka kiedykolwiek mi się zdarzyła - wypowiedział zwykłe zdanie, od którego aż zakręciło mi się w głowie.
- Na prawdę?
- Na prawdę - zarumienił się i delikatnie pocałował mnie w czoło, a ja również się zarumieniłam i spojrzałam głęboko w oczy chcąc wyczytać z nich czy to co mówi jest prawdą, a jego oczy wręcz to wykrzykiwały więc nie mogłam mieć wątpliwości.
Po tej ''pięknej chwili" zaprowadził mnie do pokoju bliźniaczek. Jak się okazało z przeczuciem Imrego, szybko się zakolegowałyśmy. Dziewczyny wzięły moje wymiary i popytały co lubię i jakie kolory. Zamówiliśmy kilka ciuchów, a wśród nich: 2 stroje kąpielowe (jeden dwu częściowy, drugi jedno), 3 sukienki do kolan i 1 do kostek (na rocznicę Zeusa i Hery) , 4 pary szortów, 2 pary jeansów,5 t-shirtów, 3 pary trampek,1 baleriny i jakąś bieliznę. Od razu wzięły się do pracy. Zdziwiło mnie jakie są zgrane. Wystarczyło jedno spojrzenie Emmy, aby Tessa podała jej nici albo igłę. Powiedziały prawie równocześnie, abyśmy przyszli odebrać moją nową garderobę wieczorem.
Przez ten czas Imre zabrał mnie na spacer po ogrodzie, który znajdował się za pokojami ''boskich dzieci". Po drodze spotkaliśmy córkę Afrodyty, za którą podążał tabun chłopaków i Hav'a, który próbował dogonić Loren. Imre postanowił z nim trochę pogadać:
- O, witaj Hav.
- No cześć - przywitał się zasapany. - Chcesz mi powiedzieć coś ważnego? Bo teraz jak widzisz muszę ją dogonić.
- Po co? - zapytał zdziwiony.
- Nie słyszałeś przepowiedni? - odpowiedział pytaniem.
- Jakoś jestem mało ogarnięty w wiadomościach z Olimpu.
- No to ci ją w skrócie opowiem - zaproponował. - Wyrocznia mówi, że mam się spiknąć z Loren, i że się niby w sobie zakochamy itp. I że co z morza wyszło to do morza wraca czy coś w tym stylu, dobra spadam na serio - machnął nam ręką na pożegnanie i ruszył w pościg.
My natomiast dalej spacerowaliśmy dopóki się nie ściemniło.

Lena
Rano obudziłam się w swoim łóżku, choć nie wiem jakim cudem.  Pamiętałam jedynie, że usnęłam na jednej z dwóch kanap w pokoju Imrego. Mogłam się jednak domyślić, że Mordred mnie tu przyniósł na rękach i położył do łóżka. Innego wyjaśnienia nie było.
Tak więc odbyłam poranną toaletę i zeszłam na śniadanie do jadalni.  Chyba wszyscy już zjedli prócz mnie, bo zostało na stole tylko jedno nakrycie i posiłek.
Po najedzeniu się do syta udałam się z powrotem do swego pokoju by się przygotować do wyjazdu do kurortu, który miał się odbyć jutro. Zapomniałam, że mam jedynie suknie Persefony i żadnych ciuchów nadających się na taki wyjazd. Mogłam się spodziewać, że ich nie znajdę w rzeczach prawdziwej Persefony, gdyż to miała być wizyta jedynie w Podziemiach. Czy chciałam czy nie, musiałam pójść do Mordreda prosić o pomoc.
Znalazłam go, tak jak wcześniej przypuszczałam, w sali kinowej. Oglądał film '' Percy Jackson i bogowie Olimpijscy: Złodziej Pioruna". Był to widok naprawdę zaskakujący. Nie wiedziałam czy podchodzić i się odzywać, czy nie. Postanowiłam jednakże iż to uczynię, gdyż w kurorcie nie obędę się bez ubrań i strojów kąpielowych.
- Podoba ci się ten film? - zagadałam w ten sposób, bo nie wiedziałam jak mogłabym zacząć rozmowę inaczej.
- Jest całkiem niezły, ale mogliby dać lepszego aktora na Percy'ego niż Logan Lerman. Ale chyba nie przyszłaś tutaj po to, aby się mnie wypytywać czy podoba mi się jakiś film.
- Masz rację. Chciałam cię o coś prosić.
- O co takiego?- zapytał się mnie kuzyn.
- Dzisiaj muszę ponownie udać się na Olimp do Emmy i Tessy, bo nie mam odpowiednich ubrań na ten wyjazd do kurortu. To byłby wypad na prawdę na małą chwilkę - próbowałam przekonać syna Hadesa.
- No dobra, ale tylko na chwilkę - upomniał. - Mam na dzisiaj zaplanowany ścisły grafik - zażartował.
- Ok. Dzięki.
Przeniósł nas szybko na Olimp. Wraz z Mordredem udałam się do Em i Tess. Dziewczyny od razu domyśliły się jaką mam do nich sprawę i okazało się, że już wcześniej przygotowały mi wszystko na tę okazję wzorując się na odzieży, którą wzięłam ze sobą na wakacje do Polski. Oczywiście ta garderoba była inna, bardziej stylowa i co najważniejsze, pochodziła z ich najnowszej kolekcji zadedykowanej specjalnie dla mnie jako spóźniony prezent urodzinowy. Byłam im ogromnie wdzięczna, bo dzięki temu prezentowi nie musiałam się więcej martwić o to co mam ze sobą wziąć na ten wyjazd, gdyż podarowały mi spakowaną już torbę podróżną.
Patrząc na Mordreda można by wywnioskować, że był znudzony gadaniną o ciuszkach, ale nie zamierzał odejść, bo Imrego nie było. Nie chciałam by na mnie musiał dłużej czekać więc powiedziałam mu, że już mam wszystko co mi potrzeba pokazując na średniej wielkości torbę, i że możemy już wracać. Przystał na mą propozycję i z miejsca przeniósł nas z powrotem do Hadesu.

***

Po powrocie do mojego tymczasowego domu chciałam się zająć poszukiwaniami ukrytych za jakimiś drzwiami schodów. Wiedziałam, że odnalezienie odpowiednich drzwi będzie trudne, gdyż w tym zamku jest od groma pokoi, ale chciałam podjąć te wyzwanie. W dużej części ze względu na Nel, bo miałam świadomość, że będzie się tym cały czas zadręczała. Tak więc wzięłam się do pracy.
Moją wycieczkę detektywistyczną zaczęłam tam, gdzie ostatnio skończyłam, czyli w pokoju Nemezis. Otwierałam kolejno drzwi do pomieszczeń. Niektóre z nich miały ciekawą zawartość, a niektóre nie. Nawet jeden był całkowicie zakurzony. Znalazłam wiele imponujących kolekcji sukien, biżuterii i innych gratów, które mogłam pokochać całą sobą, ale śladów schodów brak. Przechadzałam się po korytarzu szukają i myślą o różnego rodzaju sprawach. O tym jak zazdrościłam Nel tego, że znalazła kogoś takiego jak Imre, o tym, że miała odwagę być przy nim, gdy Hermes tego sobie nie życzył. Jedna rzecz była bardzo ciekawa, a mianowicie to, że do tej pory nie spostrzegli, jak bardzo są w sobie zakochani. 
Szukałam bite kilka godzin, zaglądałam do pomieszczeń lecz niczego nie znalazłam. Chwilami miałam ochotę się poddać i kontynuować te poszukiwania kiedy indziej, ale miałam świadomość  tego, że jeżeli teraz się poddam, to nie wiadomo czy nadarzy się kolejna taka szansa. Coś mi podpowiadało, abym stawiała kroki na przód i nie patrzyła wstecz. Szłam i dojść nie mogłam. Byłam uwięziona w labiryncie drzwi jako więzień, dopóki nie znajdę odpowiednich. 
Tułałam się jak zbłąkana dusza do czasu, gdy znalazłam pokój, który okazał się kolejnym korytarzem. Podążałam wzdłuż krętego holu. Na końcu niego znalazłam strasznie zakurzone marmurowe schody. Już chciałam po nich wejść, ale usłyszałam wołający głos:
- Persefono! Już czas na kolację! - zawołał głos należący do mojej doradczyni Liz.
- Za chwilę przyjdę - odpowiedziałam i wyszłam z tego pokojo-korytarza oraz całej reszty dziwnego holu.
Po kolacji poszłam szybko spać, ze względu na jutrzejszą pobudkę o siódmej rano...

Imre
Zaczęło się już ściemniać więc postanowiliśmy z Nel, że odbierzemy jej zamówienie od bliźniaczek. Gdy weszliśmy do ich studia naszym oczom ukazał się wielki bałagan. Wszędzie porozrzucane były nici i jakieś kawałki materiałów:
- Emma?Tessa? - zawołałem je po imieniu.
- Ooo witaj Imre! - przywitała mnie Emma.
- I jak wam idzie?
- Świetnie ...! - nie zdążyła dokończyć, bo do pomieszczenia weszła Tessa i odpowiedziała za siostrę
- Okropnie! Mamy masę zamówień, a czasu mało. Nie wiemy czy się wyrobimy ... - pożaliła się.
- Ale nasze zamówienie już skończone? - zapytałem.
- Oczywiście! - wykrzyknęła z entuzjazmem Emma. - Już idę je przynieść. Nel, chcesz przymierzyć ubrania na miejscu, czy w swoim pokoju? - skierowała pytanie do mojej towarzyszki.
- Chyba w pokoju ... - mruknęła zawstydzona, a blondynka podała jej dosyć sporą torbę podróżną.
- To wszystko dla niej?! - wykrzyknąłem zdumiony.
- Yhym - przytaknęły bliźniaczki.
- Dorzuciłyśmy kilka dodatków - zdradziła Tessa.
- Dobra ile chcecie drachm?
- Ogólnie kosztowałoby to 21 drachm, ale dla was będzie zniżka w postaci 15 - odpowiedziała w dalszym ciągu Tessa, a Emma w tym czasie wymknęła się do drugiego pokoju kontynuować swoją pracę. Zapłaciłem Tessie i razem z Nel wyszliśmy z ich studia. Musiałem nieść jej torbę, gdyż była strasznie ciężka, nawet jak dla mnie. Gdy weszliśmy do pokoju postawiłem torbę na podłodze i dałem Nel czas, aby obejrzała jej zawartość:
- Wiesz, muszę udać się w parę miejsc, zaraz wrócę - uprzedziłem ją.
- Nie mogę iść z tobą? - zapytała błagalnie.
- Wolałbym, byś mi nie towarzyszyła, z resztą masz tu masę ciuchów do przymiarki. Jakby ci się coś nie podobało lub nie pasowało względem rozmiaru to połóż na sofę. Jak wrócę to te ubrania odniosę.
- Dobrze ... - westchnęła i zaczęła grzebać w torbie, a ja w tym czasie wyszedłem z pokoju.

***

Jak się okazało, na korytarzu czekał posłaniec Zeusa. Już wcześniej go widziałem, gdy wracaliśmy z Nel i jej ubraniami, dlatego jej powiedziałem, że muszę gdzieś iść.
Sługa i za razem doradca Zeusa przekazał mi wiadomość, abym na natychmiast pojawił się u naszego pana. Musiałem posłuchać.
Gdy wszedłem do Sali Bogów, Zeus już tam na mnie czekał. Nie był sam ... Obok siedzącego na tronie boga, stał Marco z mocno pokiereszowaną twarzą, aczkolwiek starannie opatrzoną:
- Synu Hermesa! - zagrzmiał jego głęboki głos i to dosłownie.
- Tak Panie? - ukląkłem w geście szacunku i szybkim ruchem podniosłem się z klęczek.
- Czy możesz mi wyjawić powód dlaczego pobiłeś mego syna? - zapytał.
- Tak, mogę.
- A więc zamieniam się w słuch.
- Uczyniłem to, ponieważ Panie zakochałem się, a Marco jakby to powiedzieć ... Chciał ukraść moją miłość - oznajmiłem oskarżycielskim tonem, ale ze stoickim spokojem. Marco tylko prychnął w geście pogardy i odwrócił wzrok.
- Synu, czy to prawda? - Zeus chciał się upewnić, ale wiedział, że nie umiem kłamać.
- Tak ojcze, to prawda.
- Czemuż to uczyniłeś?
- Ponieważ ojcze, ja również ją pokochałem - oznajmił mój wróg, a we mnie aż zawrzało.
- Ech i co ja mam z wami zrobić? - zapytał zakłopotany bóg. Nie chciał dawać ''forów" swojemu synowi, bo było by to niesprawiedliwe w stosunku do innych bogów i bogiń. Chciał, by wszyscy na Olimpie byli równi sobie i traktowani tak samo. Skinął ręką na swojego doradcę i się naradzali. W  końcu Zeus podjął decyzję:
- W tej trudnej i niekomfortowej dla mnie sytuacji stwierdzam, iż Imre zostaje usprawiedliwiony i oficjalnie przeproszony przez mego syna Marco - oznajmił ojciec bruneta, po czym Zeus spojrzał na syna, co miało oznaczać, że w tym momencie powinien mnie przeprosić.
- Wybacz - mruknął i podał mi swoją rękę, wiedziałem, że to jego ''wybacz" jest wymuszone i fałszywe.
- Spoko - odparłem i niechętnie ją uścisnąłem.

***

Po tej ''rozprawie" postanowiłem odwiedzić ojca. Od kilku dni się do mnie nie odzywał, co bardzo mnie niepokoiło, nie lubiłem się z nikim kłócić (z Marco to co innego).
Gdy stanąłem przed drzwiami jego domu rozmyślałem w jaki stanie go zastanę: zaniedbanego, z tygodniowym zarostem i w brudnym podkoszulku, czy jak zawsze uczesanego i porządnego.
Zapukałem do drzwi:
- Wejść - odparł głos zza nich, który bez wątpienia należał do mego ojca.
- Cześć tato - przywitałem się, a tuż koło mojego ucha świsną talerz, który z wielką siłą robił się o ścianę.
- Wynoś się! - wrzasnął - Nie chcę cie tu widzieć!
- Proszę ojcze wysłuchaj mnie - poprosiłem, co podziałało ... Jak zawsze.
- Po co miałbym ciebie słuchać - mój ojciec nie wyglądał na specjalnie niezadbanego. Usiadł zmęczony na kanapę i otarł swoje czoło dłonią.
- Mam ci coś bardzo ważnego do powiedzenia - oznajmiłem.
- Noo Imre, jestem ciekaw co tym razem nabroiłeś - westchnął i spojrzał na mnie.
- Sporo się w ostatnim czasie wydarzyło ... Może zacznę od najważniejszego: drogi ojcze, zapewne nie jesteś zadowolony z tego, że przyprowadziłem tę ziemską istotę na Olimp i pragniesz, by znalazła się w swoim świecie ... - chodziłem po całym pokoju, a Hermes wodził za mną wzrokiem - ... ale jak wiesz, obecnie dostałem od ciebie zakaz schodzenia na ziemię, dlaczego? - zapytałem z wyrzutem
- Ponieważ chcę byś miał nauczkę. Jeżeli ją tutaj przyprowadziłeś, to teraz jej pilnuj. I lepiej zrób to tak by Zeus się o niej nie dowiedział ...
- ''Już wie" - pomyślałem, ale głośno tych słów nie miałem odwagi wypowiedzieć.
- Ile jeszcze czasu mam jej pilnować? - zapytałem.
- Do powrotu z kurortu, już załatwiłem jej wstęp - niezmiernie mnie to ucieszyło, natomiast mój ojciec myślał, że to będzie największa kara dla mnie. Bałem się zapytać Zeusa o zgodę i byłem wdzięczny mojemu niczego nie świadomego ojcu.
- Doprawdy? - odparłem.
- Tak. Jestem ciekaw jak sobie z nią radzisz ... - zamyślił się.
- Nie jest tak źle - podrapałem się po głowie, musiałem tak kombinować, by nie wyjawić mu mojego zauroczenia w Nel, bo inaczej odwołałby jej wyjazd do kurortu i od razu odesłał na ziemię. Zamierzałem go o tym poinformować po wyjeździe.
- Ale powiedz mi Imre, jaka ona jest? - to zdanie zbiło mnie z tropu, najpierw jej nie cierpi, a później się o nią pyta.
- Nel?
- Yhym, a więc tak ma na imię.
- Tak, no cóż ... Nel jest dosyć nieśmiała i skryta. Słucha się mnie i często rozmawiamy.
- Jestem ciekaw jak się w mieścicie w tym twoim pokoiku.
- Zazwyczaj po całym dniu jestem wyczerpany i zdolny do myślenia więc zostawiam jej do dyspozycji łóżko i śpię na sofie, ale raz się zdarzyło, że poszedłem spać wcześniej od niej i została jej kanapa, ale później gdy to sobie uświadomiłem przeniosłem ją na łóżko.
- Yhym, doprawdy, bardzo ciekawe - zdumiał się mój ojciec i zadał ostatnie pytanie. - Czy lubisz tę istotę?
- Wiesz ojcze ... Tak, lubię - odparłem krótko. - Muszę iść, gdyż niebawem będzie kolacja i muszę ją jej przynieść. To jak? Zgoda? - zapytałem.
- Zgoda. - Hermes podał mi rękę i zrobiliśmy niedźwiedzi uścisk. - Jakbyś czegoś potrzebował to przyjdź do mnie.
Byłem zadowolony z tego spotkania.

***

Podczas powrotu do pokoju spotkałem po drodze Marco. Jak mogłem się spodziewać był wściekły i pchną mnie na ścianę:
- Nie myśl, że ona będzie twoja - warknął.
- Nie myślę, ja to wiem - mruknąłem i oberwałem pięścią w twarz.
- Jak myślisz, dlaczego nie powiedziałem ojcu kim ona jest? - zapytał.
- Może okazałeś litość dla mnie? - odpowiedziałem pytaniem, przez co znów spotkałem jego pięść.
- Zła odpowiedź, ponieważ chcę ją jeszcze kilka razy zobaczyć, a kto wie,może i nawet pocało ... -  nie dokończył, gdyż tym razem to ja walnąłem go z pięści.
- Tylko ją tkniesz - warknąłem i odszedłem w stronę swojego pokoju.

***

Gdy wszedłem do środka mym oczom ukazał się niecodzienny widok. Nel stała na samym środku pokoju w niezwykłej kremowej sukni, która sięgała jej do kostek, włosy miała upięte w kok, aczkolwiek grzywka była wypuszczona z koku i swobodnie opadała na lewy policzek. Ten widok był wręcz niebiański, ale jej reakcja wyrwał mnie z zadumy:
- Boże, Imre, co się stało? - zapytała wstrząśnięta i podbiegła do mnie.
- Nic ... - mruknąłem i spuściłem głowę.
- Pokaż to - stanęła na palcach i delikatnie ujęła mój policzek w celu sprawdzenia jego stanu. - Nie wygląda to najgorzej, ale i dobrze nie jest - skierowała się do komody, gdzie schowany był krem, którym wysmarował swoją ranę Marco. Nakazała usiąść mi gdziekolwiek i nasmarowała porządnie mój prawy policzek (tak, Marco jest leworęczny).
- Ładnie wyglądasz - chciałem rozluźnić nieco atmosferę i odciągnąć jej myśli od mojego policzka.
- Dzięki.
- Tylko nie ubrudź jej kremem - ta piękna suknia nie mogła się zmarnować.
- Dobrze - posłała mi lekki uśmiech, w końcu skończyła.
- A jak inne ubrania? Pasują? Rozmiarem i gustem?
- Tak! - wykrzyknęła z entuzjazmem. - Wszystko jest tak starannie zaprojektowane i w pięknych kolorach.
- No to cieszę się - odparłem. - Jestem trochę zmęczony ... - ledwie dokończyłem, a ona zaczęła
- Ja zajmuję sofę!
- O nie, nie, nie. Sofa dzisiejszej nocy należy do mnie! - ostatecznie wygrałem ja ...

Mordred
Następnego dnia był wyjazd do kurortu. Z tego co pamiętałem, zbiórka na Olimpie była o godzinie dziesiątej rano, a teraz była dziewiąta. Musiałem się trochę pospieszyć. Ubrania spakowałem już wczoraj,więc połowę rzeczy miałem z głowy. Chciałem wziąć poranny prysznic, lecz łazienka była zajęta. Przez kogo? Oczywiście przez moją kuzynkę:
- Długo będziesz się tam stroić? - zapytałem zirytowany.
- Jeszcze momencik! - usłyszałem jej głos zza drzwi.
- Już ja znam ten twój momencik!
- Jeśli będziesz ciągle rozpraszał mą uwagę, tym dłużej będziesz czekał - oświadczyła.
- No weź! Lustro jest też na dole, a prysznic jest tylko jeden. - Zacząłem walić do drzwi.
W końcu opuściła łazienkę, ale uprzedziła mnie, że jeszcze tam wróci. Szybko się ogarnąłem, dokończyłem pakowanie najpotrzebniejszych rzeczy i byłem w pełni gotowy. W przeciwieństwie do Persefony:
- No chodź już, zaraz się spóźnimy! Niebawem przybywają rydwany! - wrzeszczałem z dołu.
- Poczekaj, tylko dokończę się pakować!
- Ech - westchnąłem i czekałem.
Nareszcie zeszła. Jej wygląd był wręcz oszałamiający! Ubrana była w liliową krótką suknię, białe baleriny, a włosy opadały swobodnie okrywając ramiona i plecy. Wyglądała pięknie. Z mych rozmyśleń wyrwał mnie jej głos:
- Pomożesz mi z tą walizką? Tylko delikatnie! - poprosiła.
- Spoko - szybko wdrapałem się po schodach na górę i chwyciłem jej walizkę. Powoli razem z nią  zeszliśmy na dół, gdzie czekała na nas moja czarna jak węgiel torba podróżna. Gdy postawiłem jej walizkę na ziemię, chwyciłem swój bagaż, a ona swój. Już mieliśmy ,,znikać" z Hadesu, gdy zatrzymał nas mój ojciec:
- Ejże synku! - wykrzyknął oburzony - Ze swoim staruszkiem się nie pożegnasz? - zapytał rozkładając ramiona. Wbrew mojej naturze podszedłem do niego i się uściskaliśmy. Natomiast Persefonę skromnie pocałował w rękę i mogliśmy ruszać na Olimp.

***

Gdy znaleźliśmy się na Placu Głównym na Olimpie, nie było ani jednego rydwanu, aczkolwiek wszyscy już czekali gotowi ze swoimi torbami, walizkami i czym tam jeszcze mieli. Wzorkiem odnalazłem Imrego i Nel. Postanowiłem dołączyć do nich bez względu na to czy Persefona będzie również tego chciała. Jak się okazało chętnie ze mną poszła w ich kierunku. Akurat w momencie, gdy witałem się z mym przyjacielem, a moja kuzynka z jego towarzyszką przybyły rydwany.
Pierwszy przyjechał rydwan Marco, który był cały ze złota, tuż za nim rydwan Hav'a z morskim motywem, trzecim rydwan należał do mnie. Był cały pokryty czarnymi piórami, a następny, po moim należał do mojej kuzynki Persefony. Został cały pokryty motywem roślinnym. Kolejny był przeznaczony dla Emmy i Tessy. Z racji tego że były córkami Ateny miały rydwan przyozdobiony gałązkami oliwnymi, symbolem zwycięstwa, a natomiast rydwan Williama był przyodziany gałązkami winnymi, czyli czymś czym on się upajał, gdy ojciec nie patrzył. Loren wreszcie doczekała się swego powozu w kształcie różowej muszli z wygrawerowanymi sercami.
Powóz Imrego, który przyjechał ostatni, był całkowitym przeciwieństwem mego pojazdu, jego został przyozdobiony białymi jak śnieg piórami.
Gdy wszyscy wsiedli do swoich rydwanów, pojazdy ruszył. Na początku pędziły po posadzce, ale gdy podłoga się skończyła to po niebie. Niezbyt pewnie czułem się w przestworzach, ale to jest chyba spowodowane zbyt długim przebywaniem pod ziemią. Po jakiejś godzinie lotu nasza ''pielgrzymka" dotarła do kurortu ...