piątek, 21 sierpnia 2015

Rozdział 21

Mordred
Następnego dnia wezwałem mego osobistego kamerdynera po to, aby powiedzieć mu, że chcę się widzieć z matką. Po mych słowach od razu wyszedł z pomieszczenia i nie wiedziałem go przez zaledwie 5 minut. Co dziwne wrócił z odpowiedzią od mej matki, która wyznaczyła miejsce i czas na nasze spotkanie. Z racji tego, że czasu zostało mi nie wiele, od razu udałem się do miejsca naszego spotkanie, którym była kryjówka za wodospadem.
Gdy znalazłem się na miejscu, ujrzałem matkę siedzącą w altanie. Miała piękną, przewiewną i długą suknię, a na jej ramionach spoczywały falowane kruczoczarne włosy. Twarz miała gładką jak porcelana i nie wyglądała w żadnym calu na swój wiek.
Podszedłem do niej bliżej, a ta gdy mnie zauważyła uśmiechnęła się szeroko, a oczy miała przepełnione miłością i troską. Miałem ochotę podbiec do niej i się przytulić, ale tego nie zrobiłem. Nie chciałem zbliżyć się zbytnio do niej, a potem ubolewać nad tym, że odeszła. To było zbyt trudne dla mnie, przebywanie tak blisko niej, a zarazem tak daleko. Opuścił mnie już zapał z jakim tu przybyłem i zaczął on zmieniać się w stres i niechęć. Nagle, nie chciałem być przy niej, ale jak najdalej od niej. Nie chciałem znów płakać po matce, która odeszła, nie tym razem.
Zostałem jednakże na swoim miejscu i wysłuchałem tych wszystkich rzeczy, które miała do powiedzenia. Mówiła do mnie jak prawdziwa matka, a jej przemowa mnie zdezorientowała i wzruszyła, lecz nie chciałem okazywać przy niej jakichkolwiek emocji. Starałem się być opanowany, ale zbyt wiele myśli kłębiło się w mojej głowie. Nie mogłem się już w niczym połapać. Zaczynałem się denerwować, a jak się denerwuję to chcę jeść.
- Wybacz mamo, ale muszę już wracać, mam zajęcia, a moi przyjaciele będą się martwić jeśli niedługo nie wrócę. Żegnaj. - pożegnałem się z matką i wyszedłem jak najszybciej z tego ukrytego miejsca. Głód zaczął mnie coraz bardziej niepokoić, pewnie ze względu na to, że nie zjadłem jeszcze śniadania.

Lena
Rano obudziłam się niebiańsko wyspana. Pierwsze co zrobiłam to poszłam wziąć orzeźwiający prysznic. Gdy przechodziłam obok lustra na chwilę się zatrzymałam i wpatrywałam się w swoje odbicie (które tak naprawdę należało do Persefony). Powoli zaczynałam się przyzwyczajać do mojego wyglądu. Uśmiechnęłam się sama do siebie i powiedziałam w myślach: ,,To będzie dobry dzień"...
Po mym prysznicu lokaj zaprowadził mnie na  patio, gdzie większość moich znajomych zasiadała do stołu. Na śniadanie były naleśniki z bitą śmietaną. Oczywiście nie obyło się bez jakichś ,,wypadków". Loren rzekomo przez przypadek prysnęła bitą śmietaną w twarz Mordreda, a ten udawał jakby nic się nie stało, a ta barbie (nie obrażając lalek) wycierała mu chusteczką twarz. Natomiast William tak szybko pochłaniał swoją porcję, że ugryzł się w język aż do krwi, przez co musiał opuścić ,,stołówkę" i udać się do punktu medycznego.
Po śniadaniu podzieliliśmy się na grupy i ustawiliśmy się kolejno, po czym czekaliśmy na osoby, które by nas zaprowadziły do poszczególnych miejsc,w naszym przypadku na strzelnicę.
W końcu zjawili się animatorzy. Byli nimi trzy satyry płci męskiej. Animator naszej grupy miał na sobie jedynie czerwoną hawajską koszulę. Posiadał włosy koloru czarnego związane w mały kucyk oraz uroczą kozią bródkę. Na głowie znajdowały się dosyć małe różki. Od pasa w dół był cały owłosiony (o dziwo nie posiadał ,,męskości", co nie tylko mnie zdziwiło), a zamiast stóp miał kopyta. Inne satyry nie różniły się zbyt specjalnie od naszego, pomijając inny kolor koszuli i inaczej ułożone fryzury. Byli braćmi na co wskazywały podobne rysy twarzy oraz identyczny kolor włosów. Byli całkiem nieźle zbudowani. Ich imiona brzmiały: Nico (animator grupy I czyli naszej), Paul (animator grupy II) i Rico (animator grupy III ).

Nico prowadził nas wgłąb tej dżungli. Szłam z tyłu obok Mordreda, Loren oczywiście nie próżnowała i zarywała do przystojnego satyra, ale ten ignorował jej zaloty, a Hav'a trafiał za przeproszeniem szlag. No bo co z tą przepowiednią, która nigdy się nie myli? Może tym razem się pomyliła czy coś? Nie wiem, w każdym razie Hav zapomniał o mnie i próbował ,,ogarnąć" Loren, która przylepiła się jak rzep naszego animatora.
W końcu dotarliśmy na strzelnicę, gdzie satyr miał nas uczyć strzelać z łuku. Pierwsza w kolejce oczywiście była ta flirciara. Nico wziął do ręki łuk i strzałę po czym zademonstrował nam jak należy trzymać łuk i wycelować strzałą w jedną z palm, na których było narysowane białą linią kółko (tam należało nią trafić ).
Loren udawała,że ,,nie wie jak to zrobić" więc biedny Nico musiał jej pokazać. Tak jakby ją objął, ale trzymał ręce na łuku i przy okazji układał jej dłonie. Po czym pokazał jak naciągnąć cięciwę łuku i kazał jej wystrzelić. Oczywiście ta oferma nie trafiła, ale satyr pocieszał ją, że następnym razem na pewno jej się uda i by próbowała dalej. Skierowała się do następnego drzewa z białym kółkiem i znów chybiła. Tak też było przy następnych trzech razach.W tym czasie,gdy landryna próbowała trafić w drzewo Nico zaproponował mi pomoc tak jak u Loren, ale odpowiedziałam, że spróbuję sama, co go wyraźnie zmartwiło. Nie zwracałam na to uwagi. Jak się okazało trafiłam za pierwszym razem. Ze wspomnień prawdziwej Persefony wynika, że kiedyś nauczyła się strzelać z łuku, lecz od dawna nie ćwiczyła.
Udało mi się również trafić w pozostałe cztery drzewa, zawsze idealnie w środek co zaimponowało satyrowi, a Loren prychała z zazdrości jak wściekła kotka. O dziwo Mordredowi poszło całkiem nieźle, pomijając fakt, że cudem trafiał w drzewo. Dla Hav'a łucznictwo było pestką, tak jak dla mnie.
Po tych zajęciach przyszła kolej na wycieczkę do SPA! Na początku szliśmy przez zarośla, jak to ujął Nico ,,na skróty",gdyż znał wyspę i kurort jak własną kieszeń.Loren pomysł, aby przedzierać się przez krzaki był wręcz absurdalny. Jak wiadomo nienawidziła wszelkich owadów.Przez całą drogę piszczała i otrzepywała swoje ubranie,nawet gdy na nim nic nie było. Jej zachowanie było strasznie irytujące i dziecinne!
Wreszcie doszliśmy do SPA. Było ogromne! Z zewnątrz wyglądało jak wielki jednopiętrowy dom, ale gdy już się weszło do środka, można było zaobserwować momentalną zmianę wystroju. Panował tam taki kojący, a nawet odrobinę romantyczny klimat. Już w samym wejściu czuć było kwiatową woń, za którą przepadałam. Przy ścianie w kształcie pół księżyca były ustawione stoły do masażu, a przy stołach stały różnego rodzaju olejki i wszystko inne potrzebne do masażu. W ''domu'' było pomieszczenie służące za przebieralnie męską i damską (przebieralnia była podzielona na dwie).Nie umknął mej uwadze rozległy basen, który znajdował się na środku pomieszczenia, w którym były stoły do masażu.
Razem z landryną poszłyśmy do swojej przebieralni, a chłopcy do swojej (pomijając Nico, którego nasz grafik nie obowiązywał, oprócz tego, że miał nas pilnować i czegoś uczyć). Satyr usiadł na sofę i patrzył jak się relaksujemy.
Po tej godzinie rozkoszy przyszła pora na zajęcia rzeźbiarskie. Ciekawa byłam co będziemy rzeźbić i z czego. Nico tym razem prowadził nas wydeptanymi ścieżkami, gdyż nie miał zamiaru wysłuchiwać wrzasków i narzekań Loren. Tak szczerze to współczułam Hav'owi, że ,,dostała mu się" taka żona...
Fakt, miała urodę, ale z mózgu to chyba niewiele zostało ... Ze wspomnień Persefony dowiedziałam się, że od dawna rywalizowała z córką Afrodyty. Nie ważne w jakiej sprawie,zawsze rywalizowały i wygrywała Persefona, gdyż była niezwykle sprytna, czego brakowało przyszłej żonie Hav'a.
W końcu doszliśmy do hotelu. Weszliśmy do niego, a nasz animator skierował nas do jakiegoś specjalnego pokoju. Był to pokój ,,artystyczny". Po czym to poznałam? Na ścianach aż roiło się od różnego rodzaju malowideł i tym podobnych, a na półkach stały wazony z gliny lub też kamienne rzeźby. Po całym pokoju rozmieszczone były stoliki, tak jak w salach lekcyjnych tylko, że tutaj było ich znacznie mniej ... Były dwa rzędy po trzy stoliki w każdym. A mniej więcej po środku tych rzędów przed ławkami było ustawione biurko, gdzie zapewne siedział animator i przyglądał się każdemu.Za biurkiem znajdowały się po prawej stronie drzwi na zaplecze. Przynajmniej tak mi się wtedy zdawało.
W końcu Nico przemówił:
- Na dzisiejszych zajęciach będziemy tworzyli rozmaite rzeźby z gliny ... - nie dokończył, bo ta lala mu przerwała.
- Fuj! Przecież ubrudzę moją nową sukienkę!
- Spokojnie, dostaniesz fartuch i rękawice jak każdy. - uspokoił ją satyr z wymuszonym uśmiechem. Nie rozumiem, jak on mógł nadal być spokojny, ja dawno bym wybuchnęła i wywaliła ją za drzwi...
- A jeżeli ktoś woli bez rękawic? - zapytałam.
- Możesz bez rękawic, co bardziej polecam. - Nico posłał mi przyjazny uśmiech.
- Blee, nie mam zamiaru paćkać się w tym błocie! - narzekała Loren, a ja nie wytrzymałam.
- To do cholery wyjdź z tej sali! - wrzasnęłam zirytowana - Ile można słuchać twoich narzekań?! No ile?! - krzyczałam, a chłopcy próbowali mnie uspokoić, natomiast moja nieprzyjaciółka posłała mi morderczy wzrok i opuściła salę.
- Noo cóż ... - westchnął Nico - Powinienem za nią iść, ale coś mi podpowiada, abym tego nie robił...
- Ja za nią pójdę.-wypalił Hav i zniknął za drzwiami.
- No to fajnie ... - zrezygnowany Nico usiadł na ławce i przetarł twarz dłońmi. Był zdruzgotany -Teraz to mnie wywalą na pewno...
- Niby dlaczego mieliby cie wywalić skoro to moja wina?-zapytałam
- Bo ja mam was pilnować i sprawić byście spędzili tutaj mile czas.
- Ale my się świetnie bawimy! - zapewniał go Mordred, a satyr jakby go nie słyszał.
- Oni na pewno lepiej sobie radzą! - zaszlochał, zrobiło mi się go szkoda.
- Jacy oni? - zapytał mój kuzyn
- Moi bracia.
- Dlaczego mieliby sobie lepiej radzić od ciebie? - nie wiedziałam, dlaczego Nico obwiniał tylko siebie.
- Ponieważ, ja jestem najmłodszy i dostałem najliczniejszą grupę...
- Pomyśl o grupie drugiej! Już ja widzę, jak Imre się wścieka, a Marco zarywa do Nel. - zachichotał syn Hadesa, a ja szturchnęłam go w bok na znak, że wybrał najmniej odpowiedni moment na żarty. Po chwili do głowy zaświtała mi pewna myśl:
-W sumie Mordred ma rację. Imre i Marco strasznie się nienawidzą, więc twojemu bratu nie jest lżej niż tobie. - próbowałam go przekonać.
-Może macie rację, Paul musi mieć ręce pełne roboty, skoro chłopcy się nie cierpią. - pomyślał na głos.
- Obiecuję,że teraz będę starała się nie zwracać na nią uwagi, chociaż to będzie trudne-powiedziałam, aby go uspokoić.
- Dziękuję. - odpowiedział, a w tym momencie do sali wszedł Hav i prowadził Loren, która udawała obrażoną:
- Jeśli myślisz,że cię przeproszę to nic z tego ... - ostrzegłam.
- Nie liczę na twoje przeprosiny. Nie zniżę się do tego poziomu, by z tobą rozmawiać. - oznajmiła i usiadła w ostatniej ławce po prawej stronie. Już miałam cisnąć jej w twarz jakieś przekleństwo, ale Mordred ostrzegawczo ścisnął mnie za ramie. Postanowiłam dać tym razem za wygraną i usiadłam jak najdalej od niej czyli po lewej stronie w pierwszej ławce. Za mną usiadł mój kuzyn, a obok niego po prawej stronie Hav. Tak oto zaczęły się zajęcia rzeźbiarskie...

Imre
Po tym jak opuściły nas pozostałe grupy, a my zostaliśmy przed hotelem zaczęliśmy nasze zajęcia terenowe dowcipem opowiedzianym przez Paul'a:
- Jeśli gdzieś tutaj natkniecie się na jakiś grób z kratami to wiedzcie, że ktoś tam pochował teściową, lecz nie miał pewności czy na pewno umarła. Da bum tss. - roześmiał się satyr, na co my również wybuchnęliśmy śmiechem. Nasz animator był ubrany w niebiesko-granatową koszulę hawajską. Fryzurę miał na Jim'a Hawkins'a z ,,Planety skarbów" z taką różnicą,że miał czarne jak węgiel włosy. Bardzo nam się spodobał ten wyluzowany żartowniś. Po tym,jak się ogarnęliśmy próbował nam wyjaśnić na czym mają polegać nasze zajęcia:
- Dobra,pośmialiśmy się, jest super, ale najwyższa pora na chwilę powagi. - nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem.,który był tak zaraźliwy, że znowu zaczęliśmy się śmiać. - No dobra, dobra ... Już,już, ha ha ha ha, Houston, mamy problem. - śmiał się w dalszym ciągu i nie mogliśmy się powstrzymać. W końcu nasze śmiechy usłyszały kucharki, które zza okna wrzasnęły:
- Ogarnij się Polly! To, że masz poważne kłopoty z głową nie upoważnia cie do przeszkadzania innym! - upomniały go, a ten gdy odeszły od okna pokazał im język.
- Polly? - zapytała z niedowierzaniem Nel.
- Taaaak, one mnie tak nazywają. Jeśli chcecie, też możecie w ten sposób mnie wołać. - posłał jej szelmowski uśmiech i wydawało się, że mu te określenie i obraźliwe słowa kucharek nie przeszkadzały.
- No to może w końcu zaczniemy te zajęcia? - zapytał Marco ze śmiertelnie poważną miną,aż się wystraszyłem.
- Jasne!No dobra,w takim razie wytłumaczę na czym te zajęcia polegają: po pierwsze dostajecie mapę całego kurortu,po drugie na mapie jest oznaczony punkt,do którego macie się dostać,po trzecie droga do tego miejsca nie będzie łatwa i po czwarte macie ze sobą współpracować.Plus bonus każdy ma do mnie jedno pytanie, później nie odpowiadam na nic.
- Noo ciekawie. - mruknąłem.
- A więc oto i mapa. - podał nam jakiś stary papier i starannie go oglądaliśmy. Nie umknął nam czerwony punkt do którego mieliśmy dojść...
- A w jakim celu mamy dojść do tego punktu?-zapytała Nel
- W jakim celu? - Paul zamyślił się -W tym miejscu jest coś ukryte, coś bardzo wartościowego. Niestety nie mogę wam powiedzieć co to takiego. Sami musicie się domyśleć. No cóż...Zaczynamy zabawę! - i tak oto zaczęły się męczarnie...

Oczywiście nie obyłoby się bez kłótni z Marco. Czego dotyczyła?Tego kto będzie trzymał mapę i nawigował. Nasz spór rozstrzygnęła Nel:
- Ej no!Mieliśmy współpracować! Marco, oddaj mapę Imremu, on się lepiej zna. - co mnie niezwykle zdziwiło syn Zeusa z niechęcią posłuchał mojej ,,dziewczyny" za co byłem jej wdzięczny.
Starannie przestudiowałem mapę i szybko dobrałem drogę. Na początku szliśmy wąską ścieżką. Na samym początku ,,orszaku" kroczyłem ja z mapą, za mną dreptała Nel, za tą czarującą istotą maszerowała mniej czarująca istota czyli Marco. Na końcu spacerował Paul i najwyraźniej nad czymś rozmyślał.
W końcu dotarliśmy do pierwszej przeszkody: gigantycznego kamienia na samym środku wąziutkiej ścieżki. Mowy nie było o przejściu obok, gdyż teren tutaj był niezwykle gęsto zalesiony w dodatku wyczytałem z mapy, że w pobliżu znajdują się ruchome piaski:
- No i co teraz? - zapytała z nadzieją w głosie Nel.
- Trzeba się wspiąć. - zaproponował Marco.
- Ale jak? - zapytała.
- Normalnie, chodź, podsadzę cię. - blondynka nie ruszyła się z miejsca i nadal spoglądała na ogromnych rozmiarów głaz.
- Obawiam się Marco, że sam z Nel nie poradzisz ... - westchnąłem - Musimy wszyscy się ,,podsadzić".
- Co masz na myśli? - wystraszył się szatyn.
- To, że ty mnie podsadzasz, a ja Nel.
- Zwariowałeś!? - wrzasnęła jedyna dziewczyna w naszej grupie - Zwalimy się na ziemię z hukiem!
- W sumie to nawet możliwe. - mruknął Marco.
- Pozabijamy się! - histeryzowała Nel, ale i tak zrobiliśmy wbrew jej woli.
- Nel, zaufaj mi. - próbowałem ją uspokoić - Ufasz mi, prawda? - zapytałem, a ona odwróciła wzrok -Nel spójrz mi w oczy i powiedz czy mi ufasz? - spojrzała swymi zielonymi oczami i przemówiła:
- Ufam ci, ale wiesz co mnie dręczy...
- Tak, wiem, ale ja cię nie upuszczę, przysięgam! - próbowałem ją przekonać, a satyr przyglądał mi się i rozmyślał, czy uda nam się ją przekonać
- Ale to jest tak wysoko! - lamentowała. Postanowiłem wyszeptać moją prośbę, podobno działa:
- Nel, zaufaj mi. Zaufaj nam. Poradzimy sobie z tym prawda? Nie patrz w dół - nie dałem jej czasu na odpowiedź i wziąłem ją na barana. Stanąłem obok skały i kazałem Nel stanąć na moje ramiona. Marco ją asekurował. Poradziła sobie świetnie. Cały czas jej oczy wydawały się krzyczeć: ,,Dlaczego mi to robisz?!", ale ja pozostawałem głuchy na jej nieme wołanie. Gdy Nel stała na moich barkach poprosiłem Marco, by z kolei on wziął mnie na barana. Przyszło mu to z trudem. Później to ja miałem stanąć na jego ramionach i przy okazji nie zwalić ze swoich dziewczyny. Poprosiłem Paul'a by mnie asekurował. Na szczęście udało mi się bezpiecznie stanąć na barki Marco i tym oto sposobem blondynka miała widok na ścieżkę za kamieniem:
- Chłopcy mamy problem - wyjąkała.
- Co jest? - zapytał z samego dołu Marco.
- Na ścieżce za głazem są ... są ich tuziny!
- Czego tuziny? - dopytywałem się.
- Węży! - wrzasnęła i mało nie spadła, ale ja trzymałem ją mocno za kostki, tak samo jak Marco mnie.
- Dobra, uspokój się. Powiedz, czy dałabyś radę wspiąć się na ten głaz?
- Myślę, że tak. Sięga mi tylko do pasa, jak tak stoję...
- Serio?! wrzasnęliśmy chórem ja i Marco.
- No. - odpowiedziała krótko i wspięła się.
- Ej, podrzucisz mnie? - zapytałem gościa pode mną.
- Mocno czy lekko? - zapytał z irytacją w głosie.
- Raczej mocno ... - nie dokończyłem bo ten idiota za wysoko mnie podrzucił, tak że znalazłam się jakieś czterdzieści centymetrów nad głazem. Nel uderzyła w krzyk, a ja cudem złapałem się krawędzi głazu. Dziewczyna podała mi rękę i pomogła się wspiąć. Na dole został tylko Marco:
- A ja jak mam wejść? - zapytał, a my z Nel wymieniliśmy spojrzenia.
- Może nasz animator ci pomoże? - odpowiedziałem pytaniem.
- O nie, nie. Traktujcie mnie jak ducha. Mnie tu nie ma, ale jestem. - żartował satyr
- To jak mamy go wciągnąć? - zapytałem.
- Chcesz użyć swoje jedyne pytanie do mnie? Nie lepiej ruszyć głową i się rozejrzeć? - w jego oku zauważyłem przyjazny błysk. Wykorzystałem tę podpowiedź i się rozejrzałem. Zauważyłem kilka lian koło głazu. Postanowiłem zerwać jedną i podać tej ofermie na dole. Był dosyć ciężki, a z racji tego, że liana była długa przywiązałem ja do palmy obok głazu i ustawiłem naszą ,,linę" tak, aby mógł nogami podbierać się o głaz. Dosyć sprawnie mu to poszło. Jak się okazało Paul również korzystał z lian tylko, że z innego drzewa. Tak oto mieliśmy piękny widok na pełzające po ścieżce węże.
Co jak co, ale węży bałem się najbardziej ... Tak, tak, każdy ma swoje słabości ... Nel lęk wysokości, Marco jest uczulony na zimno, a ja? Ja boję się węży. Do głowy zaświtała mi pewna myśl. Każdy odcinek ścieżki odzwierciedla nasze lęki. Głaz - lęk wysokości, węże - moją odrazę, czyli po pokonaniu ,,ścieżki gadów" wejdziemy w śnieg. Dla mnie bomba...
- No to co? Zeskakujemy? -zapytał Marco, a ja stałem jak sparaliżowany i wpatrywałem się w pełzające stworzenia. Nel odpowiedziała za mnie:
- Sądzę,że powinieneś pierwszy zeskoczyć Marco. - zaproponowała.
- Ależ damom pierwszeństwo. - nagle postanowił być dżentelmenem.
- Chcesz bym się roztrzaskała o ziemie?!
- No dobra. - westchnął i ześliznął się ze skały. Jak kot miękko wylądował na ziemi
- Imre? - zapytała z troską w głosie, a ja nic nie mówiłem tylko stałem jak porażony piorunem.
- Nie skoczę. - powiedziałem po dłuższej chwili.
- Dlaczego? - zapytał Marco z dołu
- Ja...Ja nie przepadam za tego typu gadzinami i tym razem nie chodzi mi o Marco.-westchnąłem,a Paul zwijał się ze śmiechu, natomiast brunet kipiał ze złości.
- Boisz się węży? No cóż ... Ale z tym sobie poradzimy, prawda? - przemawiała do mnie tak jak ja do niej zanim wspięliśmy się na głaz.
- Nie wiem...- bałem się.
- Imre, popatrz mi w oczy. - wyszeptała, a ja postanowiłem spojrzeć na nią - Poradzimy sobie. Będę przy tobie, cały czas. - w jej oczach pojawiły się łzy. To mnie przekonało. Musiałem jej pokazać, że potrafię przezwyciężyć lęk tak jak ona to zrobiła.Powoli usiadłem na krawędzi głazu i wrzasnąłem do Marco:
- Jak mnie nie złapiesz to pożałujesz.
- Ok. - i odsunął się w bok
- Marco! - upomniała go ostro Nel
- Tylko tak się drażnię ... - stanął znów pod głazem i czekał, aż się zsunę. Jak się okazało syn Zeusa złapał mnie i odstawił na bok, po czym przygotował się do złapania blondynki, która znajdowała się na samym szczycie. Oczywiście ,,przegoniłem go" i sam się ustawiłem gotowy do jej zejścia. Naburmuszony odszedł w bok i przyglądał się wężom.
- No dalej, uda ci się. - zachęcałem ją.
- Jest ... Jest tak wysoko ... - mruknęła, po czym zamknęła oczy, usiadła na brzegu głazu i szybkim ruchem zsunęła się w dół. Gładko wylądowała w moich ramionach. Trzymałem ją na rękach i za nic w świecie nie chciałem jej puścić. Ona zarzuciła swoje ręce mi na szyi i się uściskaliśmy:
- Połowa sukcesu za nami. - wyszeptał mi prosto do ucha.
- Wiem. - mruknąłem w odpowiedzi i postawiłem ją na ziemi.
- No to co idziemy? - zapytał zniecierpliwiony Marco.
- Ale co z tymi wężami? - zapytała blondynka.
- Nie martwcie się, nie są jadowite. Jeśli nie nadepniecie na nie nic wam nie grozi. - pocieszył nas Paul.
- Aha, ok. - mruknąłem pod nosem
- A więc ruszajmy! - zarządził Marco i poszedł przodem, a za nim Nel. Człapałem przed ostatni, bo za mną szedł animator.
Powoli stawialiśmy kroki. Jeden zły ruch i zębiska tych gadów znajdą się w naszych nogach.
Jakoś powoli przeszliśmy. Na szczęście nikt nie nastąpił na żadnego z węży.
Dalej wędrowaliśmy przez wolną od gadów ścieżką. Gdy się obejrzałem zauważyłem na twarzy satyra chytry uśmieszek. Odwróciłem się z powrotem w kierunku pleców Nel ze skamieniałą minął.
Przed nami znajdowała się zaspa śnieżna. Marco stanął w miejscu jak wryty i się cofnął. Biedna dziewczyna uderzyła głową w jego plecy:
- Ała ... - złapała się za czoło - Chyba rozdarłam sobie czoło twoją skórzaną kurtką - jęknęła, a Marco nie zareagował.
- Pokaż. - nakazałem, a ona odwróciła się i odsłoniła lewą część czoła, tam gdzie miała grzywkę - U lala.
- Jest aż tak źle? - spanikowała.
- Nieee - przeciągnąłem, a ona od razu się skapnęła.
- Imre! - wrzasnęła i dotykała swojego czoła, z którego sączyła się krew.
- Aj ... - mruknął Paul - Przesuń się, mam kilka plastrów i odkażacz. - powiedział i wyminął mnie.
- Ałaaaa - jęczała Nel, a animator próbował oczyścić ranę wodą utlenioną.
- Jeszcze chwila, wytrzymaj. - próbował łagodzić nasz ,,lekarz" - No i gotowe. - swoją pracę zakończył poprzez przyklejenie całkiem sporego plastra na czole dziewczyny.
- Dzięki.
- Nie ma sprawy.
- Ej no matole rusz się! - naprzykrzałem się brunetowi przede mną.
- Przymknij się...Nie idę! - oznajmił.
- Chyba Marco ma rację ... - zaczęła jedyna dziewczyna w naszej grupie - Przecież on nie może przez to przejść! Ma uczulenie!
- Na co? - zaśmiał się Paul
- Na zimno. - odpowiedział niezwykle poważnie za nią ten wieszak
- Ha ha ha, nie no serio? - satyr odebrał to jako żart, ale zaraz się uspokoił, gdy zobaczył, że nikt się nie śmieje - No dobra, syn pyta się ojca ,,Tato,jaką najgłupszą rzecz zrobiłeś z miłości." ojciec odpowiada: ,,Ciebie".
- I co to ma do rzeczy? - zapytałem, a Nel starała się powstrzymać śmiech.
- Zastanów się ... - podpowiedział Paul, a ja rozmyślałem nad znaczeniem tego nie na miejscu dowcipu.
W końcu mnie oświeciło. Marco jest synem Zeusa, który może wszystko (no prawie)...
- Marco, a czy ty nie umiesz latać albo teleportować się czy coś?-zapytałem.
- Hmm ... Chyba potrafię coś w stylu teleportacji, ale tylko na niewielkie odległości. - oznajmił i po chwili zaświtał mu ten sam pomysł co u mnie.
- No i super, my z Nel jakoś przez nią przejdziemy. - gdy tylko skończyłem mówić, Marco zniknął we mgle. Zostaliśmy sami z Paul'em.
- I co teraz? - zapytała Nel.
- Trzeba kopać.
- Odmrozimy sobie ręce!
- Nie odmrozicie. - oznajmił satyr z dumną minął - To zwykły styropian, a zimno jest tam tylko dlatego, że za palmami stoją dwa wiatraki. - zaczął się śmiać, a my z blondynką popatrzyliśmy na siebie po czym również wybuchnęliśmy śmiechem.
- Czyli Marco niepotrzebnie się teleportował? - zapytałem.
- Najwidoczniej. - przytaknął
- No cóż Nel. Bierzmy się do roboty ... - nie dokończyłem, bo nasz animator mi przerwał.
- A nie potrzebujecie czegoś? - zapytał z błyskiem w oczach.
- Niby czego? - zapytała dziewczyna o włosach blond.
- Tego. - i wyrzucił przed nasze stopy dwa niewielkie kilofy - Będzie wam łatwiej. - puścił nam oczko
- Dzięki! - podziękowałem i podniosłem kilof dla Nel i dla siebie.
Tak oto zaczęliśmy przebijać się przez styropian, który dla złudzenia przypominał zaspę śnieżną.
Cali byliśmy w białych kulkach. Gdy wreszcie się dokopaliśmy na drugą stronę nikt nas nie przywitał. Marco gdzieś znikł.
- A tego gdzie wcięło? - zapytałem zdziwiony.
- Marco!? - zawołała Nel, a Paul ją uciszył i się rozejrzał.
- Lepiej byście tutaj zachowywali się cicho. - ostrzegł - Na tym odcinku ścieżki śpią dosyć drapieżne bestie ...
- Ale żeś wybrał dobrą drogę. - szepnęła do mnie z irytacją
- Nie obwiniaj go, niezależnie od tego jaką drogę byście wybrali spotkałoby was to samo.
- Co? - zapytała.
- Bo to jest tak: my wyczuwamy wasze leki i słabości. Później dobieramy odpowiednie przeszkody i gotowe.
- I to wszystko tak tutaj stoi i inni też muszą przez to przejść?
- Nie, wy wybraliście ścieżkę środkową, dlatego na przykład grupa Rico dostanie ścieżkę pierwszą albo trzecią, w zależności, którą wybierze grupa trzecia. No i następnie wyczuwamy te wasze leki i kontaktujemy się z istotami, które zajmują się ,,utrudnianiem" wam drogi po przez tego typu przeszkody.
- No ciekawie. - mruknęła zła.
- Może chodźmy dalej to po drodze znajdziemy tego uciekiniera. - zaproponowałem, a oni się zgodzili.

Nel
Po tym jak Marco gdzieś poszedł musieliśmy sami z satyrem maszerować ścieżką. Syn Zeusa dawał nam jakby poczucie bezpieczeństwa, że nic nam z nim nie grozi, bo jest przecież synem najważniejszego boga i jesteśmy wręcz nietykalni. Szliśmy przez zakręty, aż wreszcie dotarliśmy do jakiejś jaskini. Popatrzyliśmy na Paul'a a ten gestem pokazał byśmy śmiało wchodzili. Wszedł najpierw Imre, za nim ja, a za mną satyr. Jaskinia była oświetlona pochodniami. Na jej środku znajdowało się jakieś oczko wodne, w którym pływały (o dziwo) złote ryby. W tym miejscu było niezwykle wilgotno i ponuro, a echo spadający ze stalaktytów kropel obijało się o ściany jaskini.
Pod ścianami leżały stosy monet i innych rzeczy o złotej barwie np. wazony, korony, berła,kielichy itp.
- No i co mamy stąd zabrać? - zapytał Imre po dłuższym czasie.
- Coś co uważacie za najcenniejsze i uwaga: możecie zabrać tylko jedną rzecz!-upomniał nas-Jeżeli się mnie nie posłuchacie i będziecie chcieli opuścić tę grotę z więcej niż jedną rzeczą, będziecie mieli kłopoty, z których ja was nie będę potrafił uratować.
- Brzmi niezbyt zachęcająco. - mruknęłam lekko wystraszona.
- No to szukamy najcenniejszej rzeczy Nel?-zadał mi pytanie Imre.
- Niech będzie. - rzekłam i poszłam pod najbliższą ścianę, aby rozpocząć poszukiwania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz