Po naszych zajęciach z rzeźbiarstwa przyszła pora na czas wolny. Moja gliniana waza była bardzo udana zwracając uwagę na to, że dawno tego nie robiłam. Chciałam się tylko wykąpać i odwiedzić miejsca, o których mówił wcześniej Hades. Jakoś do tego czasu w ogóle zapomniałam o ty, że jest co pozwiedzać. Miałam tylko nadzieję, że nie natknę się dziś na tą okropną różową landrynę, dopóki nie skończy się czas wolny.
Wykąpałam się. Ubrałam się w bikini i poszłam na plażę. Można to uważać za bezsens, że się wykąpałam i potem poszłam na plażę, ale tak było. Trzeba szybko umyć się z gliny, bo później mógłby być problem z odskrobaniem jej od ciała.
Plaża, na którą się wybrałam, była bardzo rozległa, a o dziwo nikogo oprócz mnie na niej nie było. Istniała możliwość, że poszłam na nie tą plażę, co powinnam. Chodzi o to, że przebywanie na ''tej plaży'' zostało zabronione, gdyż jest ona przeznaczona tylko dla Córek Ziemi i ich gości. W sumie wychodzi na to, że przebywanie tutaj nie jest dla mnie zabronione, skoro jestem córką Matki Ziemi, czyli Demeter.
To miejsce było takie piękne. Sam w sobie zachód słońca był piękny, więc co można mówić o plaży i morzu i niebu razem wziętym. Byłam chyba w siódmym niebie, dopóki nie zobaczyłam ludzkiej sylwetki. Przez chwilę myślałam tylko o ty, kto jest na tyle głupi, by wchodzić na zakazany teren. Postać zbliżała się do mnie coraz bardziej, a ja zastanawiałam się nad tym czy nie zwiać, gdzie pieprz rośnie.
W końcu ujrzałam twarz idioty, który odważył się przyjść na tę plażę. Tym idiotą okazał się nie kto inny jak mój najlepszy przyjaciel, Aaron, w sumie był najlepszym przyjacielem prawdziwej posiadaczki mego aktualnego ciała. Matko, kiedyś go uduszę za to, że mnie straszy, ale nie mogę go winić, przecież sama mu na to pozwalam.
- Per, tu się podziewałaś. Szukam cię, odkąd przybyłam z dziewczynami na wyspę. - rzekł zdyszany cholernie przystojny młodzieniec, który był moim powiernikiem od dziecka, i któremu mogłam zawsze ufać.
- Taak, znalazłeś mnie. - odpowiedziałam trochę poddenerwowana, bo w ogóle nie wiedziałam jak mam z nim mówić, gdyż to był jej najlepszy przyjaciel, a ja nie byłam przygotowana na taką sytuację.
- Czemu się tu ukrywasz? Stało się coś? A może jakiś idiota cię zaczepiał, a teraz chcesz żebym go zbił? - wypowiedziawszy ostatnie zdanie żartobliwie, chwycił mnie w ramiona, podniósł nad ziemię i przytulił się tak mocno, że nie mogłam prawie złapać tchu.
- Mógłbyś mnie postawić na ziemię? Duszę się. I ciebie też miło jest widzieć. - odstawił mnie na podłoże i oboje zaczęliśmy się głośno śmiać. Wcale nie było trudno z nim rozmawiać, tak jak wcześniej twierdziłam.
Przestaliśmy się śmiać, a twarz Aarona przybrała poważną postać.
- A tak na serio. Stało się coś? Wyglądasz na smutną. - był bardzo przejęty, jakby się o mnie martwił. Chwycił mą twarz w dłonie i podniósł ją tak, abym mogła spojrzeć w te pełne troski i oddania szare oczy.
- Naprawdę nic się nie stało, - szepnęłam i usiłowałam się odsunąć, lecz moje ciało odmówiło mi wykonania tej czynności, ale się nie poddałam i zmusiłam się, by oddalić się od niego przynajmniej o pół metra - po prostu myślałam o ty, że dawno się nie widzieliśmy i że stęskniłam się za tobą. - mówiłam to tak, jakby na prawdę tak było. Jakby nadal była we mnie część duszy prawdziwej Persefony. Mówiłam to co ona chciała powiedzieć.
- Jasne. A dlaczego jesteś tu sama, bez opieki i to na zakazanym terenie?
- Przecież wiesz, że ten zakaz mnie nie dotyczy.
- No wiem, no wiem. Wiesz, że się nabijam.
- Taa. Chodź, przejdźmy się. - i pociągnęłam go za ramię za sobą, aż ten po prostu przyspieszył kroku i znalazł się tuż obok mnie.
Cisza.
- Na jak długo tu przyjechałeś? - wreszcie się zapytałam, by rozluźnić tę atmosferę i zakończyć milczenie obu stron.
- Będę tu do końca waszego wyjazdu i także będę miał z wami zajęcia.
- Ooo, fajnie. Wreszcie będę miała tu kogoś do towarzystwa.
- No nie mów, że moja Persefona siedzi tu nie gadając z nikim. Zmieniłaś się.
I zanim dotarliśmy z powrotem do hotelu nie wymieniliśmy się ani jednym słowem.
Nel
Podczas, gdy my z Imrem szukaliśmy jakichś cennych rzeczy pojawił się Marco:
- A wy co? - zadał nam pytanie.
- Szukamy nie widać? - warknął Imre.
- Niby czego?
- Czegoś bardzo wartościowego. - odpowiedziałam - Polly nam powiedział, że musimy wynieść z tej groty rzecz, która jest naszym zdaniem najcenniejsza. W dodatku możemy wziąć tylko jedną rzecz i pamiętaj o tym. - ostrzegłam.
- I jaka to filozofia? - zapytał rozbawiony, podszedł do mnie i wziął na ręce - Ja już mam najcenniejszą rzecz w tej jaskini. - zaśmiał się.
- Ejże! - wrzasnął rozgniewany i zazdrosny blondyn - Odstaw Nel na ziemie i to już!
- Bo co mi zrobisz? - drażnił się Marco.
- Weź mnie idioto odstaw! - prosiłam, ale ich głosy mnie zagłuszały.
- Wolisz nie wiedzieć. - warknął Imre i kopnął Marco w kostkę.
- Ałaa...Tak chcesz się bawić?! No to zawalczymy o nią! - wypowiedziawszy te słowa postawił mnie z powrotem na ziemi i rzucił się na syna Hermesa.
- Ej! Chłopaki, spokojnie! - próbował łagodzić Paul, podczas gdy syn Zeusa powalił jednym ciosem Imrego.
- Boże, Marco, przestań! - krzyknęłam wystraszona, że się pozabijają. Podbiegłam do niego i chwyciłam jego pięść, która miała zamiar spotkać się ze skronią blondyna. Szarpałam się z nim, dopóki Paul go nie odciągnął od Imrego na drugi koniec jaskini. Od razu przystąpiłam do opatrywania jego ran, a po grocie rozbrzmiewały głosy Paul'a i rozwścieczonego bruneta. Nawet ich nie słuchałam, bo dla mnie w tej chwili, tu i teraz liczył się Imre, wszystko inne przestało istnieć. Blondyn tylko pojękiwał z bólu:
- Tak mi przykro. - lamentowałam, a on mnie pocieszał.
- To nie twoja wina, sam zacząłem, mogłem być bardziej uprzejmy. - wzdychał
- Ech wy chłopcy... - pokręciłam głową i wpatrywałam się w jego prawą stronę twarzy, z której w dalszym ciągu sączyła się krew.
Paul uznał, że nie ma sensu prowadzić dalej tych zajęć i je przerwał. Powiedział, że im szybciej zrealizujemy grafik tym więcej będziemy mieli czasu wolnego. Tak więc przeszliśmy do zajęć rzeźbiarskich.
Całkiem szybko nam poszły. Satyr musiał usadzić młodych bogów jak najdalej od siebie.
Nie odbyło się oczywiście bez dowcipów Paul'a ,,Glino, glino powiedz przecie, któż najlepsze placki robi w świecie? Oczywiście,że kucharki" lub ,,Hokus, pokus. Czary, mary. Twoja glina to ruina!" i akurat tak się złożyło, że Imremu rozwalił się wazon, a Paul zaczął przepraszać. Natomiast my z Marco pękaliśmy ze śmiechu.
Następne były zajęcia łucznicze. Tak na serio to chłopaki mało się nie pozabijali. Nasz animator nie miał innego wyjścia i zrezygnowany postanowił je również odwołać. Chciałam go jakoś pocieszyć:
- Przynajmniej zajęcia rzeźbiarskie były udane i zrealizowane do końca. - oznajmiłam z uśmiechem na twarzy
- Przynajmniej jedne... - westchnął zrezygnowany - Nie wiem, jak ja dalej z wami poradzę.
- Ja w ciebie wierzę, wystarczy trzymać Imrego i Marco z dala od siebie.
- Myślisz, że to takie proste? Przecież ja cały czas próbuję, a oni nic.
- Porozmawiam z nimi. - obiecałam i od razu zwolniłam kroku, aby dołączyć do Marco, który szedł ostatni:
- Hej - zagadałam
- Cześć.
- Nie rozumiem, po co robisz Imremu na złość. - przeszłam od razu do sedna sprawy.
- Wcale mu nie robię na złość tylko walczę o swoją miłość. - rzekł całkiem poważnie.
- Po pierwsze nie o twoją miłość, a po drugie ty prawie zabijasz!
- Oj tam, zaraz zabijasz. - nic do niego nie trafiało.
- Marco, mówię poważnie. Ja się ciebie praktycznie boje... - nie dokończyłam, bo mi przerwał.
- Serio się mnie boisz? Przecież ja bym ciebie w życiu nie skrzywdził!
- Może i mnie nie, ale krzywdzisz jedyną osobę, którą pokochałam całym sercem, a krzywdząc Imrego krzywdzisz mnie... - chyba poskutkowało, bo zrobił minę jakby się zastanawiał.
- Ech. - westchnął - Skoro tak twierdzisz to... Nawet trudno mi to powiedzieć, gdyż tego nie potrafię. Zrozum Nel. Dla mnie znaczysz o wiele więcej, niż dla tego frajera. Pomyśl jakie miałabyś korzyści będąc moją żoną... - otoczył mnie ramieniem i powoli zaczynał marzyć, natomiast ja szybko wyrwałam się i zaczęłam krzyczeć:
- Nigdy nie zostanę twoją żoną! Prędzej mnie czort weźmie do piekła niż się z tobą ożenię! Wal się idioto! - mniej więcej tak brzmiał koniec naszej rozmowy...
Mordred
W trakcie czasu wolnego natknąłem się na Megan. Byłem tym bardzo zdziwiony, gdyż była ona na wygnaniu, no chyba, że już minął czas wygnania i postanowiła do nas dołączyć. A z resztą, skoro jest tu Megan to na pewno są tu Aaron i Nora. Jakoś za bardzo nigdy nie przepadałem za Aaronem, choć jest miłym gościem. Nora była bardzo żywiołową dziewczyną i na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że usycha z miłości do Marco, a ten palant nawet tego nie zauważa. Czasem mam ochotę za to go sprać na kwaśne jabłko. Za to Megan to inna sprawa, z niej to była niezła laska. Drapieżna, seksowna i piękna, czyli to co lubię u kobiet. Ale jakoś nigdy nie chciałem z nią być, nie była w moim typie, a zwłaszcza, że gdybym ją rzucił, to czekałaby na mnie jej sroga zemsta. Dlatego nie opłaca się do niej zarywać.
Gdy nasza wolność dobiegała końca, wreszcie przyszedł czas na moją ulubioną część dnia. Kolacje. Aż się paliłem, żeby zasiąść przy stole, umierałem z głodu. Na moje szczęście kucharz zapodał spaghetti. Same pyszności. Po posiłku przyszedł czas na zajęcia terenowe, z którymi nie mieliśmy żadnych problemów. No prawie. Pomijając fakt, że moja ukochana cały czas puszczała fochy, gdy Persefona prowadziła nas za pomocą mapy. Oczywiście się uparła, że to ona weźmie mapę, bo jest Córką Ziemi i świetnie radzi sobie z mapą, z czym nie mogłem się nie zgodzić. Te zajęcia jednak rozluźniły trochę atmosferę pomiędzy Persefoną i Loren. Te powoli zaczynały sobie ufać, gdyż podczas tych zajęć to była jedna z podstawowych rzeczy. Byłem tym odrobinę ucieszony.
Kolejną rzeczą jaką musieliśmy zrobić, były przygotowania nasze do dyskoteki. Specjalnie dano wszystkim 3 godziny, bo wiadomo, że wszystkie dziewczyny będą się stroić, a ja w tym czasie miałem zamiar uciąć sobie krótką drzemkę.
***
Dyskoteka miała się odbyć na patio, na którym odbywają się wszystkie posiłki. Teraz wyglądało ono zupełnie inaczej, niż podczas kolacji. Było przystrojone w światełka i postawiony został bar z drinkami i innymi napojami. Niedaleko na plaży zostało rozpalone ognisko, a wokół niego umieszczone były kłody służące za siedzenia.
Faceci już zbierali się na patio i przy barze, a po dziewczynach nie było widać śladu. Zaczęliśmy się niepokoić o to, czy przypadkiem wszystkie nie utopiły się w wannach, ale przedstawiony przed nami widok rozwiał nasze wątpliwości. Z pewnością się nie utopiły.
Pierwsza przyszła Loren w długiej bladoróżowej sukience z dekoltem w kształcie serca, prawdę mówiąc myślałem, że to właśnie ona przyjdzie ostatnia. Następne równocześnie przybyły bliźniaczki w takim samy ubiorze. Później przyszła kolej na naszą Czarną Wdowę Megan i Wonder Woman Nore. Przedostatnią osobą była Nel. Gdy tylko Imre ją zobaczył, szczęka mu opadła. W sumie rozumiem go, wyglądała bardzo ładnie w tej beżowej sukience. Ostatnia i najpiękniejsza weszła na parkiet Persefona. Aż mnie zatkało, gdy ją zobaczyłem, a Loren kipiała z zazdrości o nią. Musiałem dwa razy spojrzeć, by upewnić się czy to naprawdę ona. Cholera, wyglądała naprawdę olśniewająco. I jeszcze do tego bosko tańczyła. Matko, ratuj mnie, bo zwariuję, tak jak Aaron już to zrobił.
Któryś z satyrów włączył niezłą muzykę i zaczęła się impreza.
Nie za specjalnie ciągnęło mnie na parkiet, więc poszedłem zamówić drinka. Jak się okazało miałem tam towarzystwo. Paul i Nico siedzieli i o czymś rozmawiali, lecz gdy przyszedłem umilkli i ciepło mnie powitali. Zamówiłem martini i zacząłem ogarniać sytuację na parkiecie. Hav dopadł już Loren i nie miał zamiaru się z nią rozstawać, Marco oczywiście szarpał się z Imrem, a Nel wołała o wsparcie, Aaron zaczął tańczyć z moją uroczą kuzynką, a Nora, Megan oraz bliźniaczki już o czymś plotkowały. Wypiłem ostatni łyk mojego drinka i postanowiłem pomóc mojemu przyjacielowi.
Dosyć mocno trzepnąłem Marco w plecy, a ten aż zgiął się z bólu. Poklepałem przyjaźnie Imrego po plecach i życzyłem miłej zabawy. Serdecznie mi podziękował, a ja obrałem sobie za cel zatańczenie z Persefoną. Trudno było wyrwać ją z objęć syna Aresa, ale w końcu odpuścił, gdyż wiedział, że nie należy się ze mną drażnić. Rico puścił jakąś wolną piosenkę i zrobiło się romantycznie. Córka Demeter posłała mi nieśmiały uśmiech i zarzuciła swe smukłe dłonie na szyję i tak oto tańczyliśmy ,,przytulańca".
Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale postanowiłem pocałować ją delikatnie w szyje. Jej skóra była taka delikatna i zmysłowa. Posłała mi pełen zdumienia, a za razem zadowolenia wzrok. Chyba jej się spodobało. Postanowiłem się upewnić, czy dobrze potrafię czytać innym z oczu i jeszcze raz pocałowałem ją w to samo miejsce tylko po drugiej stronie. Moje usta pieściły jej szyję, a ona przeczesywała rękami moje włosy. Po tym tańcu miałem niezłego tapira na głowie, ale warto było...
Później znów odbił mi ją Aaron, a ja przyglądałem się jak Hav próbuje odciągnąć Loren od Nico, jak Marco wpatruje się z morderczym wzrokiem w Imrego, a Nora próbuje wyciągnąć Megan na parkiet.
W końcu zmieniła się piosenka, a ja zastąpiłem najlepszego przyjaciela Persefony. Znowu z nią tańczyłem,tylko że piosenka była bardziej żwawa. Jako iż w tańcach nie byłem fenomenem poprosiłem moją kuzynkę ,,na stronę". Wyszliśmy z hotelu, a nasze kroki skierowały się w stronę lasu. Szliśmy i rozmawialiśmy, dopóki coś nie zaszeleściło w krzakach, a Persefona nie złapała mnie za rękę. I tak już zostało. Gdy wreszcie jakimś cudem znaleźliśmy wodospad usiedliśmy na małym pomoście i się w niego wpatrywaliśmy:
- Nie będą nas szukać? - zapytała się,
- Aaron na pewno.-mruknąłem zirytowany
- Wiesz zawsze się zastanawiałam ile ich tam jest. - zaczęła wpatrując się w rozgwieżdżone niebo.
- A ja jakoś nie. - odparłem.
- No wiesz ty co? Psujesz nastrój! - skarciła mnie z szelmowskim uśmiechem.
- Och przepraszam, błagam o przebaczenie.
- Otrzymasz je jeśli... - ciągnęła, aż wreszcie dokończyła - Wskoczysz do wody!
- Ej no,nie umiem pływać. - próbowałem się wymigać, ale zwęszyła kłamstwo.
- Wchodzisz lub nie. - zawyrokowała, a jej wzrok mówił sam za siebie ,,Albo włazisz albo ci w tym pomogę".
Szybkim ruchem zdjąłem koszule i rzuciłem ją Persefonie na głowę i powiedziałem:
- Tylko nie podglądaj!
- Dobrze, dobrze. - mruknęła i delikatnie podniosła koszulę. Akurat w tym momencie wziąłem rozbieg i wskoczyłem do wody ochlapując moją kuzynkę
- Mówiłem żebyś nie podglądała. - zaśmiałem się szyderczo.
- A niech cie piekło pochłonie. - warknęła rozbawiona i mokra.
- Już mnie pochłonęło. - odparłem z miną niewiniątka i pociągnąłem ją za sobą do wody.
- Ooo już po tobie!-wrzasnęła i zaczęła mnie ochlapywać wodą.
Chlapaliśmy się jak dzieci, dopóki nie zrobiło się naprawdę późno i zimno.Wyszliśmy z wody i znów usiedliśmy na pomoście. Zobaczyłem, że Per cała dygocze, więc ofiarowałem jej moją koszulę i przytuliłem ją. Nie sprzeciwiała się, a nawet chętnie na to przystała.
- Dziękuję - wyszeptała. Ja tylko ją mocniej przytuliłem i pocałowałem delikatnie włosy.
Powoli przysypialiśmy,więc zaniosłem ją do hotelu, do jej pokoju. Muzyka jeszcze grała, a inni tańczyli, a nawet śpiewali. Delikatnie ułożyłem ją na jej łóżku, akurat tak się złożyło, że spała. Chciałem ją pocałować, gdy ona zrobiła to szybciej ode mnie i się obudziła:
- Nie zostaniesz? - zapytała się z niewinną miną, ja tylko przełknąłem ślinę i ułożyłem się obok niej.
Leżeliśmy tak z pięć minut dopóki nie zdjąłem koszuli, a ona sukienki.Robiła to tak zmysłowo, że miałam ochotę podejść od tyłu i ją przytulić, mieć całą dla siebie. Ale była moją kuzynką... Szybko się ogarnąłem. Z powrotem założyłem koszule i szybkim krokiem wyszedłem z jej pokoju. Nie wiedziała co się dzieje i wybiegła za mną zakładając pospiesznie szlafrok:
- Ej, gdzie idziesz? Przepraszam! - tylko tyle słyszałem, bo później wszedłem do pokoju i koczowałem przy lustrze weneckim.
Persefona
Po tym jak Mordred opuścił mój pokój z pośpiechem, nadal nie mogłam zrozumieć, co zrobiłam źle. Nie wiedziałam czym go uraziłam, ale byłam pewna jednego, że w jutrzejszy dzień będzie mnie unikał. Nie chciałam tego, ale cóż mogłam zrobić w tej sytuacji. Byliśmy jak z dwóch różnych planet, całkowicie się różniliśmy, lecz coś nas do siebie przyciągało, a zarazem oddalało od siebie. To jest takie poplątane. Moje życie jest poplątane. Dlaczego się zgodziłam, aby pomóc Demeter. Teraz zostało mi wiele czasu do spędzenia w Podziemiach, z Mordredam i ze swoimi myślami.
Jeszcze miesiąc temu miałam normalne życie, przyjaciół i rodzinę, a teraz przejęłam czyjeś życie i muszę żyć tym życiem, dopóki półroczna umowa się nie skończy. Chciałabym, aby moje życie zmieniło się na lepsze. Chciałabym odnaleźć kogoś, z kim spędziłabym resztę swoich dni. Chciałabym nie martwić się o swoją przyszłość i mieć coś stałego, trwałego, czegoś co byłoby na zawsze. Chciałabym, aby ci których teraz oszukuję, wybaczyli mi to, że podszywam się pod nią.
Pierwsza przyszła Loren w długiej bladoróżowej sukience z dekoltem w kształcie serca, prawdę mówiąc myślałem, że to właśnie ona przyjdzie ostatnia. Następne równocześnie przybyły bliźniaczki w takim samy ubiorze. Później przyszła kolej na naszą Czarną Wdowę Megan i Wonder Woman Nore. Przedostatnią osobą była Nel. Gdy tylko Imre ją zobaczył, szczęka mu opadła. W sumie rozumiem go, wyglądała bardzo ładnie w tej beżowej sukience. Ostatnia i najpiękniejsza weszła na parkiet Persefona. Aż mnie zatkało, gdy ją zobaczyłem, a Loren kipiała z zazdrości o nią. Musiałem dwa razy spojrzeć, by upewnić się czy to naprawdę ona. Cholera, wyglądała naprawdę olśniewająco. I jeszcze do tego bosko tańczyła. Matko, ratuj mnie, bo zwariuję, tak jak Aaron już to zrobił.
Któryś z satyrów włączył niezłą muzykę i zaczęła się impreza.
Nie za specjalnie ciągnęło mnie na parkiet, więc poszedłem zamówić drinka. Jak się okazało miałem tam towarzystwo. Paul i Nico siedzieli i o czymś rozmawiali, lecz gdy przyszedłem umilkli i ciepło mnie powitali. Zamówiłem martini i zacząłem ogarniać sytuację na parkiecie. Hav dopadł już Loren i nie miał zamiaru się z nią rozstawać, Marco oczywiście szarpał się z Imrem, a Nel wołała o wsparcie, Aaron zaczął tańczyć z moją uroczą kuzynką, a Nora, Megan oraz bliźniaczki już o czymś plotkowały. Wypiłem ostatni łyk mojego drinka i postanowiłem pomóc mojemu przyjacielowi.
Dosyć mocno trzepnąłem Marco w plecy, a ten aż zgiął się z bólu. Poklepałem przyjaźnie Imrego po plecach i życzyłem miłej zabawy. Serdecznie mi podziękował, a ja obrałem sobie za cel zatańczenie z Persefoną. Trudno było wyrwać ją z objęć syna Aresa, ale w końcu odpuścił, gdyż wiedział, że nie należy się ze mną drażnić. Rico puścił jakąś wolną piosenkę i zrobiło się romantycznie. Córka Demeter posłała mi nieśmiały uśmiech i zarzuciła swe smukłe dłonie na szyję i tak oto tańczyliśmy ,,przytulańca".
Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale postanowiłem pocałować ją delikatnie w szyje. Jej skóra była taka delikatna i zmysłowa. Posłała mi pełen zdumienia, a za razem zadowolenia wzrok. Chyba jej się spodobało. Postanowiłem się upewnić, czy dobrze potrafię czytać innym z oczu i jeszcze raz pocałowałem ją w to samo miejsce tylko po drugiej stronie. Moje usta pieściły jej szyję, a ona przeczesywała rękami moje włosy. Po tym tańcu miałem niezłego tapira na głowie, ale warto było...
Później znów odbił mi ją Aaron, a ja przyglądałem się jak Hav próbuje odciągnąć Loren od Nico, jak Marco wpatruje się z morderczym wzrokiem w Imrego, a Nora próbuje wyciągnąć Megan na parkiet.
W końcu zmieniła się piosenka, a ja zastąpiłem najlepszego przyjaciela Persefony. Znowu z nią tańczyłem,tylko że piosenka była bardziej żwawa. Jako iż w tańcach nie byłem fenomenem poprosiłem moją kuzynkę ,,na stronę". Wyszliśmy z hotelu, a nasze kroki skierowały się w stronę lasu. Szliśmy i rozmawialiśmy, dopóki coś nie zaszeleściło w krzakach, a Persefona nie złapała mnie za rękę. I tak już zostało. Gdy wreszcie jakimś cudem znaleźliśmy wodospad usiedliśmy na małym pomoście i się w niego wpatrywaliśmy:
- Nie będą nas szukać? - zapytała się,
- Aaron na pewno.-mruknąłem zirytowany
- Wiesz zawsze się zastanawiałam ile ich tam jest. - zaczęła wpatrując się w rozgwieżdżone niebo.
- A ja jakoś nie. - odparłem.
- No wiesz ty co? Psujesz nastrój! - skarciła mnie z szelmowskim uśmiechem.
- Och przepraszam, błagam o przebaczenie.
- Otrzymasz je jeśli... - ciągnęła, aż wreszcie dokończyła - Wskoczysz do wody!
- Ej no,nie umiem pływać. - próbowałem się wymigać, ale zwęszyła kłamstwo.
- Wchodzisz lub nie. - zawyrokowała, a jej wzrok mówił sam za siebie ,,Albo włazisz albo ci w tym pomogę".
Szybkim ruchem zdjąłem koszule i rzuciłem ją Persefonie na głowę i powiedziałem:
- Tylko nie podglądaj!
- Dobrze, dobrze. - mruknęła i delikatnie podniosła koszulę. Akurat w tym momencie wziąłem rozbieg i wskoczyłem do wody ochlapując moją kuzynkę
- Mówiłem żebyś nie podglądała. - zaśmiałem się szyderczo.
- A niech cie piekło pochłonie. - warknęła rozbawiona i mokra.
- Już mnie pochłonęło. - odparłem z miną niewiniątka i pociągnąłem ją za sobą do wody.
- Ooo już po tobie!-wrzasnęła i zaczęła mnie ochlapywać wodą.
Chlapaliśmy się jak dzieci, dopóki nie zrobiło się naprawdę późno i zimno.Wyszliśmy z wody i znów usiedliśmy na pomoście. Zobaczyłem, że Per cała dygocze, więc ofiarowałem jej moją koszulę i przytuliłem ją. Nie sprzeciwiała się, a nawet chętnie na to przystała.
- Dziękuję - wyszeptała. Ja tylko ją mocniej przytuliłem i pocałowałem delikatnie włosy.
Powoli przysypialiśmy,więc zaniosłem ją do hotelu, do jej pokoju. Muzyka jeszcze grała, a inni tańczyli, a nawet śpiewali. Delikatnie ułożyłem ją na jej łóżku, akurat tak się złożyło, że spała. Chciałem ją pocałować, gdy ona zrobiła to szybciej ode mnie i się obudziła:
- Nie zostaniesz? - zapytała się z niewinną miną, ja tylko przełknąłem ślinę i ułożyłem się obok niej.
Leżeliśmy tak z pięć minut dopóki nie zdjąłem koszuli, a ona sukienki.Robiła to tak zmysłowo, że miałam ochotę podejść od tyłu i ją przytulić, mieć całą dla siebie. Ale była moją kuzynką... Szybko się ogarnąłem. Z powrotem założyłem koszule i szybkim krokiem wyszedłem z jej pokoju. Nie wiedziała co się dzieje i wybiegła za mną zakładając pospiesznie szlafrok:
- Ej, gdzie idziesz? Przepraszam! - tylko tyle słyszałem, bo później wszedłem do pokoju i koczowałem przy lustrze weneckim.
Persefona
Po tym jak Mordred opuścił mój pokój z pośpiechem, nadal nie mogłam zrozumieć, co zrobiłam źle. Nie wiedziałam czym go uraziłam, ale byłam pewna jednego, że w jutrzejszy dzień będzie mnie unikał. Nie chciałam tego, ale cóż mogłam zrobić w tej sytuacji. Byliśmy jak z dwóch różnych planet, całkowicie się różniliśmy, lecz coś nas do siebie przyciągało, a zarazem oddalało od siebie. To jest takie poplątane. Moje życie jest poplątane. Dlaczego się zgodziłam, aby pomóc Demeter. Teraz zostało mi wiele czasu do spędzenia w Podziemiach, z Mordredam i ze swoimi myślami.
Jeszcze miesiąc temu miałam normalne życie, przyjaciół i rodzinę, a teraz przejęłam czyjeś życie i muszę żyć tym życiem, dopóki półroczna umowa się nie skończy. Chciałabym, aby moje życie zmieniło się na lepsze. Chciałabym odnaleźć kogoś, z kim spędziłabym resztę swoich dni. Chciałabym nie martwić się o swoją przyszłość i mieć coś stałego, trwałego, czegoś co byłoby na zawsze. Chciałabym, aby ci których teraz oszukuję, wybaczyli mi to, że podszywam się pod nią.
***
Następnego ranka zjedliśmy na śniadanie gofry z dżemem. Plan zajęć tego dnia nie różnił się zbyt wiele poza faktem, że zamienili zajęcia w spa z terenowymi. Tak więc prawie, że od razu musieliśmy łazić po lesie, którego tak nie lubiłam, z powodu wczorajszego zajścia. Podczas zajęć w terenie mieliśmy krótką przerwę, którą chciałam spędzić w samotności.
Udałam się na tę zabronioną plażę, gdyż znajdowała się niedaleko miejsca naszego spoczynku. Usiadłam na piachu i wpatrywałam się w rozległe morze, które przykrywała lekka kołderka z mgły. Było idealnie cicho, czasem jednak tę ciszę przerywał szelest liści drzew i dźwięk uderzających o ziemię fal.
Nagle przy moim boku zmaterializowała się jakaś postać. Była nią Demeter. Odczułam niemałą ulgę widząc ją. W tej chwili była jedyną osobą, którą chciałam widzieć po tym, jak rano ujrzałam obrażonego na mnie Mordreda. Teraz, Demeter była moją ostatnią deską ratunku, po moim wczorajszym lekkim załamaniu nerwowym. Musiałam stanąć na nogi i być w pełni sił, by wytrzymać resztę Piekła. A jedynym sposobem na to było:
- Demeter, czy mogłabym na kilka dni wrócić do swojego dawnego ciała i życia? Chciałabym naprawić kilka swoich błędów zanim Persefona zacznie zmieniać to, co do tej pory znałam. Proszę.
- Czy jesteś tego pewna? Potem będzie ci trudniej rozstać się ze swoim życiem, przyjaciółmi, rodziną. Jeśli ci teraz pozwolę na to, to później jak mogę być pewna, czy nie będziesz chciała wrócić na zawsze to swego świata, zanim nasza umowa dobiegnie końca. Chodzi mi o to, że później będziesz coraz bardziej tęsknić, możesz nie wytrzymać i powiedzieć prawdę o sobie.
- Nie obawiaj się tego. Możesz być pewna, że nikomu nic nie powiem.
- No dobrze, skoro jesteś taka pewna to, zgadzam się. Ale tylko na 3 dni.
- Dziękuję. To i tak dużo.
- Nie dziękuj, tylko załatw to co masz załatwić i staraj się nie zadawać sobie jeszcze większego bólu, niż teraz nosisz w sobie.
- Oczywiście. - i moje usta wygięły się po raz pierwszy dzisiaj w uśmiech.
- Dokonam zamiany dziś wieczorem, więc nie dziw się, gdy się obudzisz i będziesz w swoim pierwotnym ciele.
- Rozumiem. - odparowałam - Oo, już koniec mojej przerwy. Wybacz mi, ale muszę już iść. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia. - i tyle ją widzieli. Zniknęła tak szybko, jak się pojawiła, a ja wróciłam do reszty grupy i kontynuowałam zajęcia.
Nagle przy moim boku zmaterializowała się jakaś postać. Była nią Demeter. Odczułam niemałą ulgę widząc ją. W tej chwili była jedyną osobą, którą chciałam widzieć po tym, jak rano ujrzałam obrażonego na mnie Mordreda. Teraz, Demeter była moją ostatnią deską ratunku, po moim wczorajszym lekkim załamaniu nerwowym. Musiałam stanąć na nogi i być w pełni sił, by wytrzymać resztę Piekła. A jedynym sposobem na to było:
- Demeter, czy mogłabym na kilka dni wrócić do swojego dawnego ciała i życia? Chciałabym naprawić kilka swoich błędów zanim Persefona zacznie zmieniać to, co do tej pory znałam. Proszę.
- Czy jesteś tego pewna? Potem będzie ci trudniej rozstać się ze swoim życiem, przyjaciółmi, rodziną. Jeśli ci teraz pozwolę na to, to później jak mogę być pewna, czy nie będziesz chciała wrócić na zawsze to swego świata, zanim nasza umowa dobiegnie końca. Chodzi mi o to, że później będziesz coraz bardziej tęsknić, możesz nie wytrzymać i powiedzieć prawdę o sobie.
- Nie obawiaj się tego. Możesz być pewna, że nikomu nic nie powiem.
- No dobrze, skoro jesteś taka pewna to, zgadzam się. Ale tylko na 3 dni.
- Dziękuję. To i tak dużo.
- Nie dziękuj, tylko załatw to co masz załatwić i staraj się nie zadawać sobie jeszcze większego bólu, niż teraz nosisz w sobie.
- Oczywiście. - i moje usta wygięły się po raz pierwszy dzisiaj w uśmiech.
- Dokonam zamiany dziś wieczorem, więc nie dziw się, gdy się obudzisz i będziesz w swoim pierwotnym ciele.
- Rozumiem. - odparowałam - Oo, już koniec mojej przerwy. Wybacz mi, ale muszę już iść. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia. - i tyle ją widzieli. Zniknęła tak szybko, jak się pojawiła, a ja wróciłam do reszty grupy i kontynuowałam zajęcia.
***
W nocy nie mogłam zmrużyć oka. Cały czas myślałam o tym, że wrócę do bycia sobą. Byłam taka szczęśliwa. Nie byłam zasmucona myślą o tym, że powracam tylko na 3 dni. Dla mnie liczyła się każda sekunda bycia sobą. Nie ważne jest to, że będę musiała wrócić do Piekła, ale że będę miała coś co podtrzyma mnie na duchu, wspomnienia.
Po dużej ilości czasu wreszcie zmorzył mnie sen. Niespodziewanie poczułam ciepło w całym ciele i zaczęłam śnić. To nie był byle jaki sen, ale sen o mężczyźnie, który zawładną mym sercem.
W tym śnie nie byłam Persefoną, byłam sobą tysiące lat przed własnym istnieniem. Byłam ubrana w przewiewną suknię, włosy opadały na me ramiona, a stopy miałam bose. Przechadzałam się po piaszczystej plaży obserwując zachód słońca. Lekka bryza owiewała mą twarz. Stanęłam po chwili w miejscu i patrzyłam na może wypatrując statków. Czekałam. Zanim słońce całkowicie zaszło ujrzałam łajbę na horyzoncie. Nie miałam zielonego pojęcia do kogo należała, ale byłam pewna tego, że wkrótce dowiem się od mego męża, który był królem Sparty. Nie chciałam wracać do mężczyzny, którego nie kochałam, ale musiałam wypełnić wolę ojca i pozostać przy boku małżonka.
Powróciłam do pałacu Menelaosa i od razu udałam się do swego pokoju. Przystanęłam przy oknie i wpatrywałam się w dryfujący statek przy porcie widocznym z mego małego obserwatorium. Z łajby wyszli mężczyźni niosący ładunek i dary dla króla Sparty. Na samym końcu okręt opuścili dwaj synowie królewscy. Nie wiedziałam czyi, ale bardzo łatwo można było się domyślić, że to książęta po ich strojach, lecz nie dojrzałam ich twarzy, gdyż dzielił nas zbyt długi dystans. Każdy mąż ruszył w kierunku pałacu, a ja nie ruszyłam się z miejsca mego pobytu, dopóki nie zawołano mnie na wieczerzę.
Przyszedłszy do ogromnej jadalni zobaczyłam najprzystojniejszego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek widziałam. Nie mogłam opanować uczuć, jakie we mnie wezbrały i miałam świadomość tego, że coś takiego nie może już nigdy zaistnieć. To było nie możliwe. Zasiadłam do stołu na miejscu naprzeciw mego męża. Dwaj bracia zajęli pozycje na przeciw siebie po długości stołu. Kucharze znosili jedzenie do jadalni, a ja gapiłam się spięta na swój talerz, bo nie miałam siły, by spojrzeć gdziekolwiek indziej. Cała energia ze mnie uszła tak, że o mało nie zemdlałam z wrażenia, którego książę na mnie wywarł.
Każdy sięgał po jedzenie, a ja jako jedyna kobieta przy stole siedziałam cicho jak myszka i przeżuwałam swój posiłek, gdy faceci gadali. Chciałam jak najszybciej wyjść z pomieszczenia i udać się na spoczynek. Nie potrafiłam dłużej wytrzymać mając świadomość, że jest tak blisko mnie. Musiałam natychmiast wyjść, zanim zacznie być ze mną jeszcze gorzej. Już czułam, że zaraz wybuchnę i skoczę za okno. Wstałam od stołu i wymigałam się od dalszego uczestniczenia w kolacji bólem głowy.
Po chwili sceneria w moim śnie się zmieniła. Teraz panował gorący poranek w królestwie Sparty. Miałam narzucony jedwabną narzutkę na koszulę sięgającą do pół uda. Znów stałam na wybrzeżu, ale tym razem za mną była jakaś postać.
- Witaj pani, czyżbyś nie mogła spać? - usłyszałam za sobą głos, który w rzeczywistości należał do Mordreda, ale teraz jego właściciel nosił inne imię. Było nim Parys.
- Tak. - odpowiedziałam krótko i na temat - A co z tobą panie?
- Dlaczego tutaj jestem? To proste. Obudziłem się, stanąłem w oknie i zobaczyłem ciebie idącą w kierunku morza, więc postanowiłem sprawdzić po co wyszłaś tak wcześnie rano na dwór. - rzekł trochę aroganckim tonem.
- To proste. - przedrzeźniłam go - Potrzebowałam zaczerpnąć świeżego powietrza. - i oboje zaczęliśmy się śmiać, ale ta radość nie trwała długo.
- Proszę, mów mi Parys.
- Dobrze Parysie, ale pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Ty będziesz mówić mi Helena, nie pani. Zgadzasz się na taką umowę?
- Zgadzam. - uśmiechną się do mnie najpiękniejszy uśmiechem, jakiego widziałam do tej pory. W akcie wdzięczności posłałam mu również uśmiech od ucha do ucha. - Powinniśmy już wracać, zanim się zorientują się, że nas nie ma. - zaproponował.
- Dobrze. - i zaczęliśmy iść ramię w ramię w stronę zamku.
Oprawa znów się zmieniła. W tym momencie byłam w salonie, a słońce już dawno zaszło. Miałam na sobie strój do spania, a Menelaos również. Kłóciłam się z nim.
- Mógłbyś choć trochę częściej zwracać na mnie uwagę!!!! Mam dość tego, że cały czas cię nie ma lub jak jesteś, to w ogóle się nie widujemy!!!
- Nie podnoś na mnie głosu! Jesteś moją żoną i masz robić co ci rozkażę, czy ci się to podoba czy nie!
- Jak wspomniałeś, jestem twoją żoną i masz wypełniać swoje obowiązki jako mąż wobec mnie!
Byłam tak wściekła, że walnęłam ręką z całej siły w twarz Menelaosa. Ta, aż zrobiła się lekko zaróżowiona w miejscu, w którym uderzyłam. Wyszłam biegiem z salonu, a za drzwiami chwyciła mnie jakaś postać i zasłoniła mi usta ręką, bym nie krzyczała. Sylwetka wyprowadziła mnie do ogrodu i tam w świetle księżyca ujrzałam twarz porywacza. Zabrał rękę z mych ust.
- Co ty wyprawiasz? Skąd ty się tam wziąłeś? Słyszałeś coś?
- Tak. Wszystko słyszałem, ale nie martw się, zachowam to dla siebie. Wszystko w porządku? - rzeł opiekuńczym głosem.
- Już sama nie wiem. - byłam tak bezsilna. Niewinna łza spłynęła po mym policzku.
- Hej, nie płacz. - otarł łzę i złapał mą twarz w swoje dłonie - Wszystko się ułoży, zobaczysz. - pocieszał mnie. Spojrzałam w jego przepełnione czułością oczy, mogłam w nich utonąć. W tej chwili czas staną, wszystkie problemy zniknęły wraz z resztą świata i zostaliśmy tylko my. Przyciągną mnie do siebie i delikatnie pocałował z całą miłością w sobie. Jego usta były gorące i słodkie, pragnęłam poczuć więcej tej słodyczy. Pogłębił pocałunek. Ten pocałunek stał się bardziej żarliwy, bardziej namiętny i pełen pożądania. Odsunął się lekko ode mnie i spojrzał mi w oczy, by się upewnić. Starałam się jak najlepiej mu pokazać, że niczego nie żałuję, i że chcę tego jak niczego innego, a żeby mu to udowodnić pocałowałam go. Nie odepchną mnie, a przysunął się jeszcze bliżej, by przedłużyć czas trwania pocałunku. Zatraciłam się w nim, w jego ustach, w jego pocałunkach. Chciałam być cała jego. Byłam tego pewna, jak niczego innego w moim życiu. Stał się całym moim światem.
W tym śnie nie byłam Persefoną, byłam sobą tysiące lat przed własnym istnieniem. Byłam ubrana w przewiewną suknię, włosy opadały na me ramiona, a stopy miałam bose. Przechadzałam się po piaszczystej plaży obserwując zachód słońca. Lekka bryza owiewała mą twarz. Stanęłam po chwili w miejscu i patrzyłam na może wypatrując statków. Czekałam. Zanim słońce całkowicie zaszło ujrzałam łajbę na horyzoncie. Nie miałam zielonego pojęcia do kogo należała, ale byłam pewna tego, że wkrótce dowiem się od mego męża, który był królem Sparty. Nie chciałam wracać do mężczyzny, którego nie kochałam, ale musiałam wypełnić wolę ojca i pozostać przy boku małżonka.
Powróciłam do pałacu Menelaosa i od razu udałam się do swego pokoju. Przystanęłam przy oknie i wpatrywałam się w dryfujący statek przy porcie widocznym z mego małego obserwatorium. Z łajby wyszli mężczyźni niosący ładunek i dary dla króla Sparty. Na samym końcu okręt opuścili dwaj synowie królewscy. Nie wiedziałam czyi, ale bardzo łatwo można było się domyślić, że to książęta po ich strojach, lecz nie dojrzałam ich twarzy, gdyż dzielił nas zbyt długi dystans. Każdy mąż ruszył w kierunku pałacu, a ja nie ruszyłam się z miejsca mego pobytu, dopóki nie zawołano mnie na wieczerzę.
Przyszedłszy do ogromnej jadalni zobaczyłam najprzystojniejszego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek widziałam. Nie mogłam opanować uczuć, jakie we mnie wezbrały i miałam świadomość tego, że coś takiego nie może już nigdy zaistnieć. To było nie możliwe. Zasiadłam do stołu na miejscu naprzeciw mego męża. Dwaj bracia zajęli pozycje na przeciw siebie po długości stołu. Kucharze znosili jedzenie do jadalni, a ja gapiłam się spięta na swój talerz, bo nie miałam siły, by spojrzeć gdziekolwiek indziej. Cała energia ze mnie uszła tak, że o mało nie zemdlałam z wrażenia, którego książę na mnie wywarł.
Każdy sięgał po jedzenie, a ja jako jedyna kobieta przy stole siedziałam cicho jak myszka i przeżuwałam swój posiłek, gdy faceci gadali. Chciałam jak najszybciej wyjść z pomieszczenia i udać się na spoczynek. Nie potrafiłam dłużej wytrzymać mając świadomość, że jest tak blisko mnie. Musiałam natychmiast wyjść, zanim zacznie być ze mną jeszcze gorzej. Już czułam, że zaraz wybuchnę i skoczę za okno. Wstałam od stołu i wymigałam się od dalszego uczestniczenia w kolacji bólem głowy.
Po chwili sceneria w moim śnie się zmieniła. Teraz panował gorący poranek w królestwie Sparty. Miałam narzucony jedwabną narzutkę na koszulę sięgającą do pół uda. Znów stałam na wybrzeżu, ale tym razem za mną była jakaś postać.
- Witaj pani, czyżbyś nie mogła spać? - usłyszałam za sobą głos, który w rzeczywistości należał do Mordreda, ale teraz jego właściciel nosił inne imię. Było nim Parys.
- Tak. - odpowiedziałam krótko i na temat - A co z tobą panie?
- Dlaczego tutaj jestem? To proste. Obudziłem się, stanąłem w oknie i zobaczyłem ciebie idącą w kierunku morza, więc postanowiłem sprawdzić po co wyszłaś tak wcześnie rano na dwór. - rzekł trochę aroganckim tonem.
- To proste. - przedrzeźniłam go - Potrzebowałam zaczerpnąć świeżego powietrza. - i oboje zaczęliśmy się śmiać, ale ta radość nie trwała długo.
- Proszę, mów mi Parys.
- Dobrze Parysie, ale pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Ty będziesz mówić mi Helena, nie pani. Zgadzasz się na taką umowę?
- Zgadzam. - uśmiechną się do mnie najpiękniejszy uśmiechem, jakiego widziałam do tej pory. W akcie wdzięczności posłałam mu również uśmiech od ucha do ucha. - Powinniśmy już wracać, zanim się zorientują się, że nas nie ma. - zaproponował.
- Dobrze. - i zaczęliśmy iść ramię w ramię w stronę zamku.
Oprawa znów się zmieniła. W tym momencie byłam w salonie, a słońce już dawno zaszło. Miałam na sobie strój do spania, a Menelaos również. Kłóciłam się z nim.
- Mógłbyś choć trochę częściej zwracać na mnie uwagę!!!! Mam dość tego, że cały czas cię nie ma lub jak jesteś, to w ogóle się nie widujemy!!!
- Nie podnoś na mnie głosu! Jesteś moją żoną i masz robić co ci rozkażę, czy ci się to podoba czy nie!
- Jak wspomniałeś, jestem twoją żoną i masz wypełniać swoje obowiązki jako mąż wobec mnie!
Byłam tak wściekła, że walnęłam ręką z całej siły w twarz Menelaosa. Ta, aż zrobiła się lekko zaróżowiona w miejscu, w którym uderzyłam. Wyszłam biegiem z salonu, a za drzwiami chwyciła mnie jakaś postać i zasłoniła mi usta ręką, bym nie krzyczała. Sylwetka wyprowadziła mnie do ogrodu i tam w świetle księżyca ujrzałam twarz porywacza. Zabrał rękę z mych ust.
- Co ty wyprawiasz? Skąd ty się tam wziąłeś? Słyszałeś coś?
- Tak. Wszystko słyszałem, ale nie martw się, zachowam to dla siebie. Wszystko w porządku? - rzeł opiekuńczym głosem.
- Już sama nie wiem. - byłam tak bezsilna. Niewinna łza spłynęła po mym policzku.
- Hej, nie płacz. - otarł łzę i złapał mą twarz w swoje dłonie - Wszystko się ułoży, zobaczysz. - pocieszał mnie. Spojrzałam w jego przepełnione czułością oczy, mogłam w nich utonąć. W tej chwili czas staną, wszystkie problemy zniknęły wraz z resztą świata i zostaliśmy tylko my. Przyciągną mnie do siebie i delikatnie pocałował z całą miłością w sobie. Jego usta były gorące i słodkie, pragnęłam poczuć więcej tej słodyczy. Pogłębił pocałunek. Ten pocałunek stał się bardziej żarliwy, bardziej namiętny i pełen pożądania. Odsunął się lekko ode mnie i spojrzał mi w oczy, by się upewnić. Starałam się jak najlepiej mu pokazać, że niczego nie żałuję, i że chcę tego jak niczego innego, a żeby mu to udowodnić pocałowałam go. Nie odepchną mnie, a przysunął się jeszcze bliżej, by przedłużyć czas trwania pocałunku. Zatraciłam się w nim, w jego ustach, w jego pocałunkach. Chciałam być cała jego. Byłam tego pewna, jak niczego innego w moim życiu. Stał się całym moim światem.
***
Niespodziewanie sen się urwał i obudziłam się. Byłam w swoim pokoju, który nie wyglądał jak mój. Zniknęły plakaty mego ukochanego Damona, a ściany były pokryte niesamowitą fototapetą z motywem natury. W zasadzie wszystkie meble były inne niż te, które zostawiłam.
Podeszłam do toaletki która stała w rogu pokoju i spojrzałam w lustro. Moja twarz wyglądała o niebo lepiej, była bardziej zadbana i można było stwierdzić, że rzeczywiście należy ona do osiemnastolatki. Persefona uzyskała zadowalający efekt.
Przebrałam się w ciuchy znalezione w szafie, z których większością były naprawdę dziewczęce sukienki i zeszłam na dół, gdzie ciocia Lucy smażyła naleśniki. Jak bardzo tęskniłam za domowym śniadaniem, nie wiedziałam, dopóki nie poczułam zapachu jedzenia.
- Witaj kochanie. Zjedz śniadanie, zanim pójdziesz do Rose.
- Dobrze. - usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam wcinać swój posiłek.
Gdy już zjadłam naleśniki, wzięłam z blatu torbę i sok, a następnie pożegnałam się z ciotką i wyszłam. Dzień był bardzo upalny, a ja miałam niewiele ze sobą do picia, pomijając już fakt, że dzisiejszy dzień miałam zamiar spędzić na dworze na łonie natury. Chciałam po spotkaniu z Rose udać się jeszcze w kilka miejsc. Głównie w moje ulubione czyli te, za którym tęskniłam najbardziej. Wizyta u przyjaciółki dotyczyła głównie omówienia szczegółów związanych z suknią druhny i panny młodej na jej weselu, na które miała pójść Persefona w mojej postaci. Ja niestety miałam w tym czasie być w Podziemiu i rozwiązywać kwestie zaniedbania dusz w Hadesie. Żałowałam, że nie będę mogła być tam przy niej jako ja, ale przynajmniej będę później miała wspomnienia z tego wydarzenia. Mimo tej myśli nadal byłam odrobinę przygnębiona, ale co tam, teraz nie powinnam się martwić rzeczami, o które mogłam się pomartwić w Podziemiu. Jedyne na co w tej chwili miałam ochotę to znaleźć się w magiczny sposób na wzgórzu przy płaczącej wierzbie, która swoimi gałęziami i konarami utworzyła ławeczkę, ale cóż, w świecie, w którym ja żyję, nic nie dzieje się jak za machnięciem różdżki w Harrym Potterze.
Szłam spacerkiem do swego celu, miasto wydawało się nieżywe, nie było widać ani jednej duszy. Zapewne przez to, że są wakacje i wszyscy gdzieś wyjeżdżają. Słońce grzało niemiłosiernie, a ja nie miałam czym już dychać. Po prostu pustynia. Nie dziwiłam się, że ci którzy nigdzie nie wyjechali, pozostali w domach. Teraz tak im zazdrościłam, ale na szczęście byłam już u celu swojej wycieczki.
Ujrzałam wcześniej wspomniane wzgórze i próbowałam się na nie wdrapać używając ostatków sił, których miałam w zmęczonym już ciele. Górka nie była zbyt ostra, więc dojście na sam szczyt nie zajęło mi za dużo czasu. Gdy już na nią weszłam, ujrzałam stojącą tyłem postać. Zdawało się, że na kogoś czekała. Po usłyszeniu mych kroków, odwróciła się przodem do mnie i spojrzała na mnie. Wydawało mi się, że znam tę osobę...
Podeszłam do toaletki która stała w rogu pokoju i spojrzałam w lustro. Moja twarz wyglądała o niebo lepiej, była bardziej zadbana i można było stwierdzić, że rzeczywiście należy ona do osiemnastolatki. Persefona uzyskała zadowalający efekt.
Przebrałam się w ciuchy znalezione w szafie, z których większością były naprawdę dziewczęce sukienki i zeszłam na dół, gdzie ciocia Lucy smażyła naleśniki. Jak bardzo tęskniłam za domowym śniadaniem, nie wiedziałam, dopóki nie poczułam zapachu jedzenia.
- Witaj kochanie. Zjedz śniadanie, zanim pójdziesz do Rose.
- Dobrze. - usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam wcinać swój posiłek.
Gdy już zjadłam naleśniki, wzięłam z blatu torbę i sok, a następnie pożegnałam się z ciotką i wyszłam. Dzień był bardzo upalny, a ja miałam niewiele ze sobą do picia, pomijając już fakt, że dzisiejszy dzień miałam zamiar spędzić na dworze na łonie natury. Chciałam po spotkaniu z Rose udać się jeszcze w kilka miejsc. Głównie w moje ulubione czyli te, za którym tęskniłam najbardziej. Wizyta u przyjaciółki dotyczyła głównie omówienia szczegółów związanych z suknią druhny i panny młodej na jej weselu, na które miała pójść Persefona w mojej postaci. Ja niestety miałam w tym czasie być w Podziemiu i rozwiązywać kwestie zaniedbania dusz w Hadesie. Żałowałam, że nie będę mogła być tam przy niej jako ja, ale przynajmniej będę później miała wspomnienia z tego wydarzenia. Mimo tej myśli nadal byłam odrobinę przygnębiona, ale co tam, teraz nie powinnam się martwić rzeczami, o które mogłam się pomartwić w Podziemiu. Jedyne na co w tej chwili miałam ochotę to znaleźć się w magiczny sposób na wzgórzu przy płaczącej wierzbie, która swoimi gałęziami i konarami utworzyła ławeczkę, ale cóż, w świecie, w którym ja żyję, nic nie dzieje się jak za machnięciem różdżki w Harrym Potterze.
Szłam spacerkiem do swego celu, miasto wydawało się nieżywe, nie było widać ani jednej duszy. Zapewne przez to, że są wakacje i wszyscy gdzieś wyjeżdżają. Słońce grzało niemiłosiernie, a ja nie miałam czym już dychać. Po prostu pustynia. Nie dziwiłam się, że ci którzy nigdzie nie wyjechali, pozostali w domach. Teraz tak im zazdrościłam, ale na szczęście byłam już u celu swojej wycieczki.
Ujrzałam wcześniej wspomniane wzgórze i próbowałam się na nie wdrapać używając ostatków sił, których miałam w zmęczonym już ciele. Górka nie była zbyt ostra, więc dojście na sam szczyt nie zajęło mi za dużo czasu. Gdy już na nią weszłam, ujrzałam stojącą tyłem postać. Zdawało się, że na kogoś czekała. Po usłyszeniu mych kroków, odwróciła się przodem do mnie i spojrzała na mnie. Wydawało mi się, że znam tę osobę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz