środa, 29 lipca 2015

Rozdział 17

Lena
Nadszedł kolejny dzień w Podziemiu, jednak nie zamierzałam go tam spędzić. Dzisiaj chciałam wpaść do Tessy i Emmy z wizytą. Miałam nadzieję,że to będzie to mile spędzony czas. Najpierw musiałam znaleźć sposób, aby dostać się na Olimp. Jedynym rozwiązaniem było poproszenie Mordreda o pomoc.,
Poszłam więc do jego pokoju. Leżał na łóżku i słodko spał.  Kropelki potu spływały po jego torsie, a włosy były w nieładzie. Od czasu do czasu lekko się uśmiechał i tulił się do kołdry. Ciężko było mi oderwać od niego wzrok lecz nie przyszłam do jego sypialni po to, żeby na niego popatrzeć, tylko prosić o przysługę. Nie chciałam go budzić więc wyszłam i postanowiłam, że udam się do Hadesa. Może on coś zaradzi. 
Był w swoim gabinecie i przeglądał jakieś papiery. Wyglądał na bardzo zajętego, ale gdy mnie zauważył, odłożył dokument na bok i spojrzał ponownie w moją stronę. 
- Witaj, Persefono. Usiądź - i wskazał na krzesło. - Jak się spało?
- Dobrze, dziękuję za troskę. 
- Nie ma za co. Masz jakąś sprawę do mnie? - Zadał kolejne pytanie. 
- W sumie to tak. - Zaczęłam. - Chciałabym dostać się na Olimp, a Mordred śpi i nie chciałam go budzić więc przyszłam do ciebie z nadzieją, że mi pomożesz. To jak?
- Oczywiście, że ci pomogę, ale wpierw chcę się dowiedzieć, w jakiej sprawie się tam udasz.
- Zamierzałam odwiedzić przyjaciółki - Tessę i Emmę. Mam nadzieję, że nie zrobię tym ci wuju kłopotu.
- Ależ nie. Za chwilę cię tam przeniosę.
- Dzięki. - Jak rzekł tak się stało.


***

Znalazłam się na Olimpie w mig. 
Długo poszukiwałam pokoju bliźniaczek,aż w końcu poszłam w stronę pokoju Imrego.Tylko jego pokój znałam i wiedziałam gdzie go szukać.Zapukałam do drzwi,lecz nikt mi ich nie otworzył.Zaczęłam spacerować po korytarzu i zupełnie przez przypadek natknęłam się na Emmę:
- Hej - odezwała się Emma. - Gdzie się wybierasz? 
- W sumie to szłam do was - oznajmiłam jej. 
- Dobrze się składa, bo musisz nam powiedzieć, co zamierzasz włożyć w przyszłym tygodniu - prowadziłyśmy naszą rozmowę na środku korytarza. Zastanawiałam się tylko ... 
- A co jest w przyszłym tygodniu - zapytałam zaskoczona.
 - No nie wierze. O tym wydarzeniu trąbi się co roku. Nie pamiętasz? - zadała pytanie retoryczne. - Jest to przyjęcie z okazji rocznicy ślubu Zeusa i Hery. 
- Aaa, no tak - doznałam olśnienia. Nie wiem jakim cudem nie pamiętałam o tym wydarzeniu, skoro miałam wspomnienia prawdziwej Persefony, która w tym czasie robi nie wiadomo co z cukiernią moich rodziców nieboszczyków i uwodzi połowę najprzystojniejszych facetów w całym mieście, którzy nie są zajęci i to moim ciałem.
- Może chodźmy do mojego oraz Tessy studia i zastanówmy się nad twoją przyszłą kreacją i pogadajmy jak za starych czasów - zaproponowała Emma. 
- Dobrze - zgodziłam się bez oporu, bo wiedziałam, że prędzej czy później postawi na swoim. Ruszyłyśmy w stronę studia dziewczyn. Korytarz był niekończącym się labiryntem. Cieszyłam się, że byłam tam z Emmą, bo sama bym się zgubiła. W końcu doszłyśmy do drzwi, których nie sposób rozpoznać. Były ogromne i przerażające, ale zarazem piękne. Ręcznie rzeźbione i beżowe.
Gdy podeszłyśmy bliżej drzwi, otworzyły się przed nami i ukazały inny świat. Świat mody. Naprawdę. Ciuchy wisiały na wieszakach, leżały na stołach, a buty stały na ogromnej półce w rządkach. To był raj. Nigdy nie widziałam tak przecudownych ubrań zebranych w jednym miejscu. Było mi smutno, ale zarazem byłam szczęśliwa. Smutna, dlatego że wcześniej nie miałam dostępu to tego nieba, a szczęśliwa, dlatego że teraz miałam taką możliwość. Warto było pójść do piekła, po to by to wszystko mieć. Chciałabym na zawsze zostać w tym małym raju.
- Cześć Persefono - wykrzyknęła Tessa na powitanie, która znajdowała się teraz w pozycji stojącej. Podbiegła do mnie i przytuliła się mocno. 
- Hej Tesso - odpowiedziałam odrobinę onieśmielona. 
- Długo do nas nie przychodziłaś, bałam się, że już nie uważasz nas za swoje przyjaciółki, ale Em zawsze powtarzała mi, że tak nie jest i że jesteś po prostu bardzo zajęta - wskazała na siostrę, a ta przyłączyła się do naszego niedźwiedziego uścisku. - Cieszę się, że okazało się to prawdą, kamień spadł mi z serca - w jej słowach nie było kłamstwa, sama szczerość. 
- Tęskniłyśmy za tobą - rzekły chórem. 
- Ja za wami też dziewczyny - wtedy, gdy powiedziały, że za mną tęskniły, zajrzałam w pamięć prawdziwej Persefony i dowiedziałam się, że one były jej najlepszymi przyjaciółkami. Nie chciałam żeby ich relacje się zepsuły przez te pół roku więc postanowiłam, że będę z nimi spędzała jakąś część mojego wolnego czasu.
Oczywiście chciałam jeszcze coś innego porobić, gdy będę miała święty spokój, ale nie wdrążajmy się w to w tej chwili, na razie ważne było że mam przyjaciółki w tym miejscu.
Skończyłyśmy obściskiwanie się i przeszłyśmy do pomieszczenia znajdującego się za drzwiami zrobionymi z dwóch wielkich luster. Zasiadłyśmy w bardzo wygodnych fotela i zaczęłyśmy pogawędkę przy naszej ulubionej kawie.

Nel Całkiem miło gawędziło się z synem Zeusa. Opowiadał mi o aurach panujących wokół różnych istot, na przykład wokół ludzi panuje fioletowa aura, wokół nimf zielona, wokół bogów/bogiń złota, a wokół potworów brązowa. Całkiem ciekawie to opowiadał. W końcu zadałam mu pytanie które mnie od zawsze ciekawiło:
- Marco, powiedz mi ... Czy Bóg istnieje?
- Ech, wiesz co Nel? Nie wiem, nie chcę byś zmieniła pogląd na swoją wiarę, ale wydaje mi się, że skoro my istniejemy to i wasz Bóg istnieje - pocieszył mnie.
Po jego słowach zrobiło mi się cieplej na sercu. Razem z nim spoglądałam w niekończącą się dal i oddychałam czystą bryzą. W końcu głód dał mi się we znaki. Spojrzałam ukradkiem na Marco i powiedziałam:
- Nie jesteś głodny?
- Nie, jadłem jak spałaś. A co? Ach,ale ze mnie idiota. Zaczekaj tutaj, pójdę poszukać czegoś jadalnego. - Wstał i ruszył w stronę ,,buszu", który znajdował się niedaleko naszej jaskini.
Zaczęło się ściemniać więc postanowiłam rozpalić wygasłe ognisko, które znajdowało się w naszym ,,domku". Na brzegu było dosyć sporo gałązek i tym podobnych. Gdy wrzuciłam je do ogniska ogień i dym buchnęły mi w twarz. Dusiłam się od tych oparów, co spowodowało, że wróciłam na swoje posłanie. Marco długo nie wracał, a na zewnątrz było ciemno jak w piwnicy u mnie w domu. Zaczynałam się bać, znaczy nie ciemności,tylko w tym miejscu panowała ponura i przytłaczająca atmosfera. Chciałam już wyjść z jaskini, gdy z ,,buszu" dobiegł mnie odgłos łamiących się gałęzi i szelest liści.
- Uff,chyba Marco już wraca - pomyślałam lecz niestety się myliłam ... Coś zmierzało w moją stronę. Głośne sapanie, jakby od zmęczenia odbijało się echem od fal wody. Rozejrzałam się po całej jaskini i dostrzegłam małą dziurę na jej samym końcu. Szybkim ruchem wskoczyłam do niej i schowałam się jak najgłębiej. Zdążyłam w ostatniej chwili zanim owo "coś" weszło do jaskini. Wstrzymałam oddech i tak próbowałam wytrzymaj dopóki intruz nie opuściłby jaskini. Mój "gość" stanął przy ognisku i ukazał swe oblicze. Nie był to nikt inny jak chłopak o blond lokach do ramion i świecących w ciemności turkusowych oczach.
- Imre! - Wrzasnęłam uradowana. Obrócił się w moją stronę i podbiegł do szczeliny, w której się ukryłam. Wyciągnął rękę i pomógł mi z niej wyjść. Teraz stałam przed nim i uśmiechałam się do niego od ucha do ucha.
- Nareszcie cię znalazłem! - Wydyszał. - Musimy szybko stąd spadać, bo coś jest z tą wyspą nie halo. - Szybko się rozejrzał dookoła z nutą niepewności w oczach.
- A Marco? - Zawsze myślałam i troszczyłam się o innych.
- On sobie poradzi - sapnął i chwycił mnie za rękę. Pobiegliśmy w stronę wyjścia, ale coś nam zagrodziło drogę ... Przed nami stanęło niezwykle wysokie stworzenie (większe nawet od Marco). Miał na głowie rogi?
- Minotaur - wyszeptał zesztywniały Imre. - Spróbujmy się powoli wycofać do twojej kryjówki, co ty na to Nel?
- W zupełności się z tobą zgadzam - również zaczęłam szeptać. Imre tak jakby mnie zasłonił, a ja w tym czasie ledwo zauważalnie czmychnęłam do dziury w ścianie. Gdy już znalazłam się w szczelinie chłopak szybko ruszył w moje ślady,a za nim pędził Minotaur z rogami w kierunku blondyna. Imre wskoczył do szpary i razem ściśnięci tam siedzieliśmy. Stwór koczował przed naszą kryjówką i próbował się do nas dostać, ale rogi mu to utrudniały. Bałam się niesamowicie. Byliśmy w potrzasku, znikąd pomocy,ratunku,a tym bardziej wyjścia. Nagle zaświtała mi w głowie pewna myśl. Strasznie nam ciasno było, ale jakoś udało mi się dosięgnąć ręką do naszyjnika schowanego pod bluzką. Szybkim ruchem potarłam kciukiem nieoszlifowany kryształ. Na zewnątrz zagrzmiało i za razem zrobiło się jasno jak w dzień, ale tylko na jakieś dwie sekundy. Minotaur przestał się do nas ,,dobierać" i się odwrócił w kierunku wyjścia jaskini. Szybkim ruchem oberwał pięścią w twarz, aż się zatoczył na drugi koniec jaskini. Wtedy Marco wrzasnął:
- Wychodzić! - Żadne z nas nie zamierzało się go nie posłuchać. Pierwszy wyszedł Imre, bo ostatni wszedł. Marco starał się jak najdłużej zajmować Minotaura, przez co dał nam czas na opuszczenie naszej kryjówki. Wybiegliśmy z jaskini, a blondyn porwał mnie na swoje ręce i wzbił się w powietrze.
- O Boże!!! - Wrzeszczałam jak oszalała, miałam potworny lęk wysokości. Wbiłam swe paznokcie w jego ramię dosyć głęboko, bo nie zdołał ukryć grymasu na swojej twarzy. - Wybacz - mruknęłam.
- Spoko - posłał mi wymuszony uśmiech. Zapewne do przyjemności nie należało trzymanie dziewczyny ważącej czterdzieści siedem kilogramów i wbijającej się w ramiona. Lecieliśmy co raz wyżej, a ja co raz bardziej sprawiałam Imremu męki moimi paznokciami. W końcu dotarliśmy na Olimp. Weszliśmy ,,tylnym wejściem" żeby nikt nas nie zauważył. Chłopak był strasznie niepewny i spięty. Starannie sprawdzał każdy centymetr korytarza, aby nikt się na mnie przypadkiem nie natknął. Po tym ,,spacerze" dotarliśmy do jego pokoju. Szybko zamknął drzwi na klucz i zmęczony rzucił się na łóżko. Popatrzyłam na niego i poszłam się umyć...

Lena
Gadałyśmy na temat mojej przyszłej sukni bitą godzinę. Dziewczyny postanowiły, że uszyją mi przepiękną suknię i wybiorą do niej dopasowane szpilki. W kwestii dodatków miałam wolną rękę lecz mój wybór miał być zawężony do zasobów znajdujących się w ich studiu. Mi to wystarczało. I tak nie przepadałam za dużą ilością dodatków więc na pewno "skarbiec" dziewczyn nie zostanie opróżniony.
Powoli rozmowa schodziła na temat chłopców. Tess i Em nawijały o tabunach przystojniaków, którzy przyjdą na dzień w cudownym ośrodku wypoczynkowym, który należy do nas wszystkich rodziców, czyli w skrócie bogowie w naszym wieku nie mieli do tej pory tam wstępu, ale że jest rocznica ślubu dwójki najważniejszych bogów na Olimpie, to w akcie dobroci pozwolili nam na ten jeden dzień z niego korzystać. To było miłe z ich strony, ale ja nie mogłam już słuchać tego co one o tym gadały. Mało brakowało żebym przestawiła się na ich oprogramowanie.
W końcu rozmowa przyjęła inne tempo w wyniku, którego Em i Tess zaczęły mnie wypytywać, o to co niby jest między mną i Hav'em. No owszem, było z niego niezłe ciacho i flirciarz, ale nie byłam pewna tego, czy w ogóle między nami coś jest. Naprawdę był milusi, ale nie wiedziałam, czy jestem gotowa na jakąkolwiek przygodę, poza tą, którą teraz przeżywam. Naprawdę mnie pociąga, głównie te jego pełne usta, które same proszą się o pocałunki.
Moje przemyślenia przerwał głos Tess.
- Sybilla wygłosiła nową przepowiednię, niewiele osób ją słyszało. Podobno dotyczy twego chłoptasia Hav'a. Słyszałaś ją - zadała mi pytanie, które zbiło mnie z pantałyku.
- Nie - odpowiedziałam najprostszym słowem, a zarazem jedyny, które miałam w głowie, gdy oczekiwano ode mnie odpowiedzi.
- Skoro nie słyszałaś, to musisz koniecznie usłyszeć, na pewno cię zaciekawi - stwierdziła Em. - Niech Tessa ci ją opowie, ma do tego naprawdę talent.
- Okay. Skoro nalegacie to przyjmę te wyzwanie z wielką chęcią, ale uprzedzam, że będzie to w dużym skrócie, bo za dużo tego jest - zakomunikowała nam Tess. - To leci tak. "Loren - córka bogini Afrodyty. Miłość do mężczyzn wciąż trawi jej ciało i ciągle jest jej mało. Dopóki nie znajdzie wybranka swego, z którym powiązana przyszłość dziecięcia tego. Matki narodziny wskazówkę dają, że zakochani nigdy nieszczęścia nie zaznają. Miłości niekończąca ich połączy, a wraz z nią krew po ziemi będzie się sączyć. Podpowiedź jest taka: co z morza przybyło do niego też wraca."



Nel
Po prysznicu położyłam się spać na sofę,która znajdowała się w pokoju Imrego. Długo nie mogłam zasnąć, w końcu postanowiłam dokładnie obejrzeć mój ,,mały skarb", który był zawieszony na mej szyi. Przez okno na kanapę padało światło księżyca co ułatwiało mi studiowanie naszyjnika. Obracałam go w dłoniach, był taki średni. Aż przeraziło mnie wspomnienie, że w rękach Marco wydawał się być niczym malutka piłeczka kauczukowa. W pewnym momencie skierowałam kryształ na ,,promienie" księżyca. Wtedy mym oczom ukazał się niesamowity widok. Na ścianie, w miejscu, gdzie światło padało na wylot od wisiorka ujrzałam coś w stylu wierszyka:
,,Jeżeli mnie znalazłaś to się ciesz,
Nie wiem jak dużo o mnie wiesz.
Jestem ukryty w księżyca świetle,
Lecz spotkać mnie możesz tylko w piekle.
Niech nie umknie twej uwadze,
To, że nieszczęście na ciebie sprowadzę.
Jest to ma zachęta,
Do zdjęcia piekielnego piętna ..."
Nie wiedziałam, co to mogło oznaczać ... Prośba o pomoc? No cóż, niezbyt zachęcająca. Zerknęłam w stronę Imrego, by sprawdzić czy śpi. Chciałam zapytać Marco czy to jakiś żart czy coś, lecz z drugiej strony miałam ochotę pogawędzić trochę ze śpiącym blondynem. Ech, nie zostało mi nic innego jak zaczekać do rana. Znów położyłam się do łóżka, a właściwie na sofę i próbowałam zasnąć, aż w końcu mi się udało.

 ***

Rano obudziłam się przykryta kocem. Strasznie byłam niewyspana. Jak zombie zatoczyłam się do łazienki, aby wziąć mój poranny prysznic.Wchodzę a tu, przed moimi oczami stoi Imre w śnieżnobiałym ręczniku związanym w pasie. Swoje loczki wycierał również śnieżnobiałym materiałem. Stałam tak jak zahipnotyzowana, dopóki chłopak nie spojrzał na mnie pytająco. Zarumieniłam się po korzonki włosów i praktycznie sparaliżowana wróciłam z powrotem do pokoju. Usiadłam na kanapie i zaczęłam przypominać sobie scenę, którą miałam przed sobą: Imre, który stał na środku łazienki ''ubrany" tylko w ręcznik. Nie umknął mej uwadze jego sześciopak oraz kilka innych mięśni. Był po prostu BOSKI! Z mych rozmyśleń wyrwał mnie głos Imrego:
- I jak wyspałaś się? - zapytał lekko zawstydzony.
- Eeem ... Noo nie do końca ... A ty? - oboje byliśmy onieśmieleni.
- Jakoś ... - chwila ciszy, aż w końcu zmieniłam temat.
- A mam do ciebie takie małe pytanko, a właściwie ich trochę więcej ... No więc pierwsze: czemu twój ojciec mnie nie lubi?
- Eeee ... Znaczy się on nie to, że on ciebie ,,nie lubi" tylko uważa, że to co ziemskie powinno być na ziemi a to co boskie na Olimpie ... On jest za to odpowiedzialny.
- Pytanie drugie: jak nas znalazłeś?
- Noo, to dobre pytanie - podrapał się po głowie i rzekł. - Szukałem cię wszędzie, ale to było za trudne zadanie więc zacząłem szukać Marco. Jego aura jest o wiele jaśniejsza i bardziej rzucająca się w oczy. A tak w ogóle wiesz coś o aurach?
- Jasne, Marco mi o nich opowiadał.
- Aaa no to spoko ... - w jego głosie było słychać irytację i nutkę zazdrości.
- Ej, Imre - zagadałam. Chłopak popatrzył mi prosto w oczy, a one zdawały się przekazywać, jak wiele dla niego znaczę. Najchętniej bym go przytuliła, ale chyba dziewczynie nie wypada robić ''pierwszego kroku"? W dodatku nie wiem, czy przypadkiem Imre nie ma innej czy coś ...
- Słucham - odparł ze spokojem nadal spoglądając głęboko w moje oczy, jakby chciał przejrzeć moją duszę na wylot.
- Wiesz... - nie chciałam tego przerywać. To było takie ... I nagle jak grom z jasnego nieba wlazł do jego (a raczej naszego) pokoju Marco. Szybkim ruchem odsunęłam się od blondyna i spojrzałam pytająco, a za razem wyczekująco na gościa.
- Witaj Marco - przywitał się Imre próbując ukryć irytację w swoim głosie.
- Miło was widzieć - odpowiedział brunet. Coś mnie w jego wyglądzie niepokoiło. W końcu udało mi się powód mego niepokoju znaleźć:
- Och! - jęknęłam.- Marco, c-co ty masz na twarzy? - na policzku miał perfidną ranę.
- E tam, to nic takiego - pocieszał mnie. - Trochę się pokłóciliśmy z Minotaurem, noo i wiesz ... - mówił jakby w ogóle się tym nie przejmował.
- Przecież to trzeba szybko opatrzyć! Imre, masz jakieś bandaże i wodę utlenioną?
- Bandaże są, ale mam spirytus zamiast wody utlenionej - powiedział to z satysfakcją w głosie. Wiedział, że spirytus jest o wiele boleśniejszy niż woda utleniona.
- Też się przyda. Przynieś te rzeczy szybko! - i wyszedł do łazienki. Marco to wykorzystał.
- Wiesz, wybacz, że zabrałem cię na wyspę Minotaura. Ale to było pierwsze i najbliższe miejsce jakie przyszło mi do głowy - podrapał się po swoich brązowych włosach.
- Nic nie szkodzi ... - bąknęłam.
- No, ale mam to na co zasłużyłem - i spojrzał na odbicie swojej twarzy w lustrze, przy którym stał. W końcu wrócił Imre z zaopatrzeniem.
- Proszę bardzo - wyłożył wszystko co przyniósł na komodzie.
- Ech, pokaż tę ranę - popatrzyłam na Marco, który od razu mnie posłuchał i usiadł na sofie. Tak się składało, że akurat jak on siedział był wzrostem równy ze mną ... Miałam okazję przyjrzeć się lepiej jego niezwykłym oczom i dostrzec w nich różnorodność. Jak dla mnie były piękne, ale nie zamierzałam mu tego powiedzieć z dwóch powodów. Jednym z nich była obecność Imrego, a drugim moja nieśmiałość. Ta sytuacja była trochę dziwna. Wolałam jednak o tym nie myśleć, gdy widziałam rany Marco. Naprawdę mu współczułam i było mi smutno, gdyż doznał obrażeń z powodu ochrony mnie i Imrego. Czułam się zobowiązana do tego, aby pomóc mu wrócić do pełnego zdrowia.
Wzięłam więc spirytus do ręki i zaczęłam oczyszczać jego ranę na policzku. Gdy dotknęłam nasączonym wacikiem jego skóry syknął przez zęby. Usłyszenie tego odgłosu wcale nie poprawiło mojego humoru. Coraz bardziej chciałam, by już wyleczony. Kontynuowałam rozpoczętą przeze mnie czynność. Starałam się to robić najdelikatniej jak umiałam, obchodziłam się z Marco jak z małym dzieckiem, które potrzebowało całodobowej opieki.
Nie wiem czemu, ale Marco od początku mej ,,kuracji"dziwnie się uśmiechał. To było odrobinę przerażające, ale i przyciągające.W jego uśmiechu krył się zarazem triumf jak i przyjemność. Jego oczy błyszczały od przychodzących łez, ale był silny i nie pozwolił im ujść na świat. Zwróciłam na to uwagę:
- Nieźle się trzymasz - pochwaliłam.
- Nie ma pięciu lat - burknął Imre oparty o ścianę, który przyglądał się uważnie temu zabiegowi.
- To wcale nie boli...Aaaagrch - zwinął się z bólu i złapał się z policzek.
- Och Boże! - wrzasnęłam wystraszona. - Wybacz! - zakryłam dłonią usta i przerażona spoglądałam na Marco.
- Nic mi nie jest - powoli podniósł głowę i z powrotem odsłonił policzek. - Możesz kontynuować ...
- Ufff - wciągnęłam i wypuściłam powietrze. - Dobrze, zaczynam.
Później było ,,z górki". Syn Zeusa mniej cierpiał, gdyż spirytus odkaził jego ranę więc pozostało mi tylko nałożyć okład.
- Imre, czy mógłbyś załatwić jakieś torebki z lodem? - zapytałam blondyna nie odrywając oczu od policzka Marco - i jakiś leczniczy krem czy coś w tym rodzaju?
- Jasne - mruknął i wyszedł z pokoju. Zostałam z brunetem sam na sam. Czułam się trochę nieswojo. W pokoju panowała wyczekująca atmosfera. Powoli odeszłam od Marco, by ocenić, jak wygląda jego rana z daleka. Aż mi się słabo zrobiło. Lewą połowę twarzy miał całą czerwoną od spirytusu, a rana rozciągała się od szczęki aż prawie do oka:
- Co on ci zrobił! - szepnęłam.
- To co musiał - odszepnął.
- Opowiesz mi jak to się stało?
- Jeśli sobie tego życzysz ... - ruchem pokazał bym usiadła obok na sofie, lecz ja wolałam nie kusić losu i sięgnęłam po krzesło i ustawiłam je nieopodal ''poszkodowanego przez los" boga. Gdy uznał, że jestem gotowa do wysłuchania jego historii zaczął:
- A więc, gdy uciekliście razem z Imrem, ja zostałem z Minotaurem sam. - W tym momencie zawładnęły mną wyrzuty sumienia. Jak mogliśmy go zostawić? - Rzuciła się na mnie napierając rogami do przodu, ale odskoczyłem w bok i uniknąłem ciosu, który jak mi się zdaje był wymierzony w brzuch. Później znów próbował, lecz pudło.Niestety na moje nieszczęście przy drugim uniku potknąłem się i upadłem, a on to wykorzystał. Przystawił mi swoje rogi do twarzy, a ja rękoma próbowałem je trzymać jak najdalej się da. Z każda chwilą słabłem, aż w końcu lewa ręka puściła, a jego róg spotkał się z mym policzkiem. Ale za to drugą ręką oderwałem mu drugi róg - i wyjął z kieszeni fragment rogu Minotaura. Nie różnił się niczym od rogu zwyczajnej krowy.
- Musiało go to zaboleć - westchnęłam.
- Heh, mnie też policzek zabolał - poskarżył się i zaczął kontynuować. - Gdy Minotaur był zajęty swoim odłamanym rogiem, ja powoli wstałem i wziąłem nogi za pas. Gdy wróciłem na Olimp szybko zatamowałem krwawienie i położyłem się spać. Rano,gdy się obudziłem cała poduszka była we krwi ... - urwał. Nie chciał dalej opowiadać, gdyż ciąg dalszy znałam.
- Wow - tylko na tyle było mnie stać. - I co zamierzasz powiedzieć sprzątaczkom czy komuś, kto zajmuje się na Olimpie sprzątaniem, jak zajdzie do twojego pokoju i odkryje zakrwawioną poduszkę?
- Powiem prawdę, ale taką nie do końca ... - spojrzał na mnie przyjaznym wzrokiem i posłał mi szelmowski uśmiech. Cała zarumieniona odwróciłam głowę na bok, by nie ujrzał jaki kolor przybrała moja twarz, chociaż wiedziałam, że to się na nic nie zda ... Delikatnie ujął moją rękę i przyciągnął do siebie. Kciukiem pieścił moją dłoń i się jej uważnie przyglądał. Wreszcie rzekł:
- Masz takie małe dłonie - w końcu puścił moją dłoń i wyprostował swoją. Gdy przyłożyłam moją rękę do jego. Różnica między nimi był ogromna! Moja dłoń przy dłoni Marco wydawał się jak ręka sześciolatki przy ręce zawodowego koszykarza. Gdy przyglądał się naszym złączonym dłoniom uśmiechał się i spoglądał wyczekująco na mnie. Wiedziałam jedno: z tej rany powstanie szpetna blizna. Usłyszałam znajome kroki na korytarzu i szybko zabrałam swoją rękę i usiadłam na swoim miejscu. Akurat w tym momencie do pokoju wszedł Imre (chwała Bogu).
- Zdobyłem wszystko - sapał, co oznaczało, że się spieszył - był problem z maścią, ale jest - wstałam z krzesła, a on podał mi wszystko do ręki.
- Brrr ... Ten lód, to chyba świeży ... - mruknęłam i odwróciłam się do Marco. Spojrzał na mnie,a jego wzrok mówił ''Tylko nie lód! Zabierz to daleko ode mnie!". Czyżby syn Zeusa bał się zwyczajnego lodu? Przyłożyłam woreczek do jego policzka a ten rzucił głowę w tył, co spowodowało, że zrobił Imremu dziurę w ścianie. Szybkim ruchem złapał się ze tył kłowy i wstał z sofy. Patrzyłam oniemiała. Bardziej przytomny okazał się Imre:
- Stary, przecież to zwykły lód! Czego tu się bać? - oboje nic nie rozumieliśmy do póki nie zobaczyliśmy twarzy Marco. Jego rana zrobiła się sino bordowa. Zakryłam dłonią usta i się cofnęłam o krok. Blondyn natomiast zbliżył się do wyższego o głowę poszkodowanego i uważnie przyglądał się jego lewej stronie.
- O ..... - wiedziałam co miał na końcu języka, aczkolwiek nie odważył się tego wypowiedzieć na głos. - Tutaj sam spirytus nie pomoże. Musze cie zabrać do specjalnego lekarza! I to jak najszybciej, bo będzie z tobą źle...
- Co się dzieje Imre? - zapytałam wystraszona, że coś źle zrobiłam.
- Marco ma na coś uczulenie ... - westchnął. - Na co jesteś uczulony?
- ... - chłopak milczał, lecz ból się nasilił i wyjawił nam wstrząsającą prawdę - na zimno - mruknął i spuścił głowę.
- Na zimno? Serio? - Imre był tym tak samo zdziwiony jak ja i lekko rozbawiony. Lekki uśmiech zniknął z jego twarzy, gdy spojrzał na Marco. - Czyli wystarczy sama maść - mruknął - Idę ten lód odnieść, a ty Nel daj mu krem i nałóż bandaż.
- Dobrze - i chłopak wyszedł z workiem lodu mamrocząc coś pod nosem - Marco, jak się czujesz?-zapytałam z troską w oczach.
- Tak sobie - szepnął - teraz mówienie sprawiało mu problem, gdyż rana spuchła.
- Och ... - tak mi go było szkoda, że mało się nie popłakałam. Teraz nawet nie chciał na mnie spojrzeć, wiedział że wygląda gorzej niż najstraszniejsze straszydło. Nie chciałam by się tak czuł więc podeszłam do niego, ale on odwrócił głowę. Stanęłam na palcach i  się delikatnie do niego przytuliłam. Po policzku spływała mi łza:
- I pomyśleć, że tyle zachodu przez jakiegoś Minotaura ... - westchnęłam. Marco wreszcie raczył spojrzeć w dół na mnie i otarł łzę.
- Nie płacz Nel, to nie twoja wina. - Pocieszał mnie, aż w końcu pocałował mnie lekko w głowę. To było jakieś niezwykłe uczucie. Jakby ...
Po kilku chwilach wszystko zostało opatrzone. Byłam usatyswakcjonowana tym, co osiągnęłam dzięki moim zdolnościom. Mogłam przestać się martwić, bo wiedziałam, że niedługo będzie wyglądał jak dawniej.Spokojnie mogłam startować na pielęgniarkę czy coś w tym stylu.Lubiłam nieść ludziom pomoc.Po ukończeniu gimnazjum miałam plany,by pójść do liceum o profilu medycznym.No właśnie...MIAŁAM

środa, 8 lipca 2015

Rozdział 16

Mordred
Nareszcie wróciliśmy do domu. Byłem zmęczony tym wszystkim co się dziś działo, ale najważniejsze, że Persefona jest z dala od tych piranii. Przez całą zabawę coś tkwiło we mnie i nie dawało spokoju, to była chęć ochrony Per przed tymi łaszącymi się bogami. O jeny, co ja sobie myślę, prawie jej nie znam Persefona, a traktuje ją w myślach jak małą siostrzyczkę, którą trzeba uchronić przed całym światem.
Chciałem teraz tylko się położyć i pójść spać, a jutro zacząć nowy dzień bez tych wszystkich cholernych i dziwacznych myśli. Tak, to jest to, ale przed tym czeka mnie gorąca kąpiel, która ukoi nerwy. Wiem, że to sposób kobiet na takie rzeczy jak bycie wkurzonym, ale na mnie też ten sposób działa. Mam to po matce, chociaż nie jestem babą.
Wstałem dziś wcześnie rano, w sumie jak zawsze, bo nie dałem rady spać. Zszedłem do kuchni, ale tam nikogo nie było więc wziąłem żarcie i udałem się do jadalni. Na jednym z krzeseł siedziała Persefona i jadła śniadanie. Zdziwiłem się jej widokiem, gdyż ona nigdy nie była na nogach o tej porze.
- Dzień dobry, Persefono. - Zagadałem do niej.
- Oo, hej. Nie widziałam cię.
- Co tak wcześnie wstałaś? - Nie wiedziałem jak zacząć rozmowę, w sumie dziwiłem się, że wciąż miałem odwagę do niej zagadać.
- Nie mogłam spać i byłam strasznie głodna więc wstałam oraz poszłam do kuchni po jedzenie. - Odpowiedziała na me pytanie. Tego, że była głodna, mogłem się domyślić, bo jej talerz był pełen pokarmu. - A ty?  Też nie mogłeś spać, czy zgłodniałeś?
- Czy muszę wybrać jedną z opcji? Jeśli tak, to nie mogłem spać, a jeśli nie, to obie.
- Spoko. - Odpowiedziała i na tym skończyła się nasza rozmowa, przynajmniej na jakiś czas, bo  wzięła się za jedzenie. Ja zrobiłem to samo.
Jedliśmy przez dłuższy czas, nikt z nas się nie odezwał. Straciłem poczucie czasu jak i Per. Nie zjażyliśmy się, że przyszła pora na prawdziwe śniadanie. Ojciec przyszedł i usiadł na przeciw mnie. Kucharka zaczęła przynosić z kuchni pożywienie. Byłem już nażarty tak samo jak moja kuzynka lecz żadne z nas nie miało odwagi odejść od stołu. Hades zaczął jeść, a my siedzieliśmy jak skamieniali. W końcu zebrałem się w sobie i odważyłem się zapytać kuzynkę o jej plany na dziś.
- Persefono, czy masz coś zaplanowane na dziś dzień.
- Nie Mordredzie, nie zastanawiałam się jeszcze nad tym, co będę dzisiaj robiła.
- Pomyślałem, że może zabiorę cię na Pola Elizejskie, zobaczysz jak tam jest i w ogóle.
- To świetny pomysł - wtrącił się ojciec. - Zapoznasz się trochę z moim królestwem i swoimi poddanymi, przynajmniej z tą lepszą częścią mej krainy.
- Jeśli nie masz wuju żadnych przeciwskazań, to ja tym bardziej. To kiedy ruszamy - zapytała się mnie z nienacka.
- Wtedy kiedy będziesz miała na to ochotę, ja mam czas. - Chciałem się zachować jak najbardziej normalnie, ale nie wiedziałem czy się nie rozmyśli po tym moim niespotykanym stylu wysławiania się.
- Może od razu po skończonym śniadaniu - zaproponowała. - Chciałabym jak najszybciej się tam udać, jestem tym bardzo podekscytowana - i było to widać na jej twarzy, promiennej i uśmiechniętej.

Nel 
Znów błądziłam tym samym korytarzem co wczoraj. Szukałam, aż wreszcie znalazłam pokój Imrego. Chłopak jeszcze spał. Postanowiłam go nie budzić i poszłam wziąć prysznic. Nawet nie zauważyłam, kiedy wszedł do łazienki, a gdy się zorientowałam instynktownie zasłoniłam się kotarą i wrzasnęłam. 
- Och,wybacz! - Zaspany Imre szybko wycofał się do poprzedniego pomieszczenia. Natomiast ja dokończyłam kąpiel i ubrałam się w swoje codzienne ciuchy. Gdy wyszłam z łazienki, syn Hermesa czekał już na mnie ubrany, uczesany, aczkolwiek trochę zaspany. 
- Gdzie ty wczoraj byłaś? - Zapytał łagodnie z troską w oczach. 
- Byłam...- nie chciałam skłamać, a jednocześnie nie chciałam, by poczuł się urażony. - Znaczy się uciekałam, przed kimś kto mnie gonił i ukryłam się w szafie w jednym z pokoi ...
- Wiesz Nel... - zaczął - to ja cię wczoraj goniłem. - I spuścił głowę w dół. 
- Serio?  - Zdziwiłam się. - Gdybym wiedziała to bym nie uciekała. 
- Wiem, mogłem chociażby krzyknąć, byś się zatrzymała, ale myślałem, że cię dogonię - posmutniał.
Strasznie było mi szkoda Imrego więc się do niego powoli i delikatnie przytuliłam. Chyba się mu to spodobało, gdyż odwzajemnił mój uścisk. W jego ramionach czułam się bezpieczna. Staliśmy tak może z pięć minut, gdy do pokoju wkroczył Hermes we własnej osobie.
- A więc to tak Imre! - Zagrzmiał jego donośny głos. Chłopak szybko mnie puścił i schował za siebie, by ochraniać mą osobę.
- O co ci chodzi ojcze - zapytał nic nie rozumiejąc
- Posłuchaj mnie uważnie synu - zbliżył się do niego, a on się cofną o krok. Odwrócił lekko głowę w moją stronę i szepnął:
- Uciekaj - spojrzałam pytająco na niego, a on wzrokiem pokazał mi na drzwi. Od razu się poderwałam o biegu, a Imre usiłował zatrzymać swego ojca.
Biegłam korytarzem i mijałam wielu bogów. Nic dziwnego, gdyż zbliżała się pora śniadaniowa. Uciekałam na oślep, a za mną, dosyć daleko słychać było głos Hermesa, który wrzeszczał ,,Zatrzymaj się ludzka istoto!". Nie wiedziałam jak mnie poznał, miałam nadzieję, że Imre mi to wyjaśni. Biegłam przed siebie, aż w końcu się z kimś zderzyłam. Z dużą siłą uderzyłam w postać przede mną i padłam na plecy. Postać podeszła i podała mi rękę, chwyciłam ją i podniosłam się. Jak się okazało na moje nieszczęście wpadłam na Marco...
- Hej, myślałem, że cię trochę później spotkam. Nic ci nie jest - zapytał z troską w głosie. 
- Eeem, nie, dzięki - obejrzałam się za siebie,zauważyłam Imrego i jego ojca. Obaj mężczyźni szarpali się na drugim końcu holu. Szybkim ruchem wyminęłam syna Zeusa i pobiegłam dalej, ale niestety, tamten zaczął za mną biec, aż w końcu mnie dogonił i chwycił mocno za rękę, aż jęknęłam.
- Wybacz - mruknął. - Chodź,pomogę ci się ukryć... - i pociągną mnie za sobą w kierunku wyjścia. Nie doganiałam go więc zrobił coś, czego bym się po nim nie spodziewała. Szybkim ruchem wziął mnie na ręce i biegł dalej. To były te same ręce co mi się dzisiaj śniły. Po czym to poznałam? Były tak anielsko ciepłe. Żeby nie spaść założyłam mu ręce na szyje i bardziej się w niego wtuliłam, na co on odpowiedział ciepłym uśmiechem. Było mi tak ciepło, że zasnęłam w jego ramionach.
Obudziłam się mniej więcej o zachodzie słońca. Leżałam na prowizorycznym łóżku z liści i jakichś szmatek w jaskini. Obok mnie znajdowało się wygasłe ognisko. Podniosłam się z mego ,,legowiska" i stanęłam przed jaskinią. Na przeciwko mnie znajdowało się otwarte morze albo ocean? Nie wiem, nieważne. Na brzegu siedział Marco, ale czegoś mu brakowało ... Koszuli! Teraz już wiem co to była za szmatka, którą byłam przykryta. Okazała się nią ta już nie śnieżnobiała koszula chłopaka. Usłyszał moje kroki i przemówił nie odrywając wzroku od zachodzącego słońca:
- I jak? Wyspałaś się?
- Chyba tak ... - nie byłam pewna.
- Jeśli masz ochotę to chodź usiądź. - Zaproponował i odwrócił twarz w moją stronę. Zaakceptowałam jego propozycje i usiadłam po jego lewej stronie. W zachodzącym słońcu na jego ciele rysował się pięknie rzeźbiony kaloryfer, a na rękach silne mięśnie. Nie mogłam od niego oderwać wzroku. Pierwszy raz widziałam takiego typu chłopaka. Z moich wzdychań wyrwał mnie jego głos:
- Wiesz Nel, ja już wczoraj wiedziałem, że nie jesteś stąd ... - zaczął. - Wokół ciebie panuje inna aura i w dodatku masz inny akcent.
- Czyli wszyscy wiedzieli kim jestem? - zapytałam wystraszona.
- Nie, tylko ja. I teraz prawdopodobnie Hermes - odparł.
- Całe szczęście... - odetchnęłam z ulgą.
- Dlatego poprosiłem cię do tańca - ciągnął. - Chciałem cię poznać, bo jeszcze nigdy nie spotkałem takiej dziewczyny - i tak jakoś ciągnęła się nasza rozmowa.
Lena
W mig znaleźliśmy się na Polach Elizejskich. Były naprawdę przecudowne. Znajdowały się tam topole i asfodele. Panowała tu wieczna wiosna i świeciło ''słonce". Rośliny wyglądały jak prawdziwe, nawet w dotyku dawały tę ułudę. Nie było widać nikogo, oprócz naszej dwójki nikt nie dawał oznaki życia. Pogłaskałam roślinę, tak bardzo za nimi tęskniłam, za przyrodą, za wszystkim co żywe. 
Gdy ponowiłam tą czynność, zdawało mi się, że słyszę śmiech. I jeszcze raz.  Myślę, że odnalazłam ducha, który kryje się w kwiecie. Nagle, jakaś rzecz o dziwnej konsystencji, wypłynęła z kielicha rośliny. Przybrała ona ludzką formę i uśmiechnęła się do mnie. Była to kobieta w moim wieku o brązowych włosach i piwnych oczach.  
Po niej pojawiły się kolejne istoty. Bywały one młodsze, starsze i w tym samym wieku. Małe dzieci bawiły się razem, biegały i śmiały. Cieszyły się tym, co im zostało, czyli życiem po śmierci, które  polegało na byciu szczęśliwym. Zazdrościłam im tego szczęścia.
- Witaj pani. Oczekiwaliśmy ciebie lecz nie wiedzieliśmy dokładnie, kiedy przybędziesz. - Zwróciła się do mnie dziewczyna. Głos miała łagodny, spokojny i przepełniony miłością. Od razu chciałam stać się jej przyjaciółką.
- Jak widzisz jestem i bardzo z tego powodu się cieszę. Jest mi również bardzo przykro, z powodu mojej długiej nieobecności tutaj.

- Nie ma potrzeby. Liczy się obecna chwila i to, że pani teraz z nami jest.
- Ah. Jesteś nazbyt wyrozumiała, chyba teraz wiem czemu trafiłaś tutaj, a nie do Erebu.
- Trafiłam tutaj z tego samego powodu co inni, pani.
- Rozumiem. Mam jedynie nadzieję, że więcej ludzi trafi tu po śmierci, że się zmienią i przejdą na dobrą stronę mocy.
- Czego my lady???
- Ah - zaklnęłam się w duszy - chodzi o to, że zmienią swe usposobienie i przejdą na stronę dobra i tyle.
- Ahaa. Teraz juz rozumiem. Dziękuję ci pani, za wyjaśnienie mi tego wyrażenia.  
- Nie ma za co, ale nie mów na mnie pani, po prostu Persefona.
- Oh. No dobrze, jeśli tego sobie życzysz, to oczywiście się zgadzam. Właściwe będzie wyjawienie tobie mego imienia. Nazywam się Iris.
- Miło mi. Proponuję żebyśmy zostały przyjaciółkami - byłam bardzo uparta, tak jak zawsze gdy dąże do wyznaczonego celu.
Zaczęłyśmy gawędzić jak prawdziwe przyjaciółki znające się od lat. Naprawdę dobrze się z nią gadało i okazało się, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Ciężko było uwierzyć, że w takim miejscu, kryją sie na prawde ciekawe osobowości. Godziny mijały na potulnej rozmowie. Nikt nie zauważył, że nadszedł już zachód słońca i że powinnismy się powoli zbierać. Nawet mój brzuch o tym wiedział. Nie wiem jak, ale zupełnie zapomniałam o obecności Mordreda. Gdy się obejrzałam leżał, w sumie to drzemał na łące. Wyglądał naprawdę uroczo. Mogłabym na niego tak patrzeć godzinami lecz miałam świadomość tego, że to nie może się zdarzyć, gdyż umierałam z głodu.
Po chwili poruszył się i obudził. Wstał i strzepną ze swojej czarnej kurtki i dopasowanych spodni trawę. Wyglądał oszołamiająco ze zmierzwionymi lekko włosami. Byłam oniemiała tym widokiem.Nagle zerknął na mnie i otworzył usta ze zdziwenia nie wiedziałam czemu. W końcu ja odezwałam się nie licząc na to, że on coś powie.
- Możemy już wracać?- zapytałam - jestem zmęczona. 
- Dobrze - zgodził się. I to by było na tyle, jeśli chodzi o naszą rozmowę. Wróciliśmy do zamku i rozeszliśmy się w dwa przeciwne kierunki- on do swojego pokoju, a ja do kuchni, jak wspominałam umierałam z głodu. Byłam bardzo szczęśliwa znaląwszy resztki z obiadu i pełna lodówkę. Zaczęłam wcinać co popadnie. Gdy już najadłam się do syta odeszłam od kuchennego stołu i ruszyłam do sypialni. Doszedłszy tam opadłam na łózko i momentalnie zasnęłam. Rzadko się to zdarzało, ale miło było zasnąć od razu po położenie się do łóżka.

wtorek, 7 lipca 2015

Rozdział 15

Lena
Sala Biesiadna była naprawdę ogromna. Ściany były ozdobione pięknymi ozdobami. Stoły były ustawione w wielki okrąg. Grała muzyka, a miejsca do tańczenia i siedzenia nie brakowało nikomu. Jedzenia było dostatku lecz najbardziej zdziwiła mnie inna rzecz, a mianowicie ilość seksownych i przystojnych bogów. Na ten widok chciałam krzyczeć z radości. Wiedziałam też, że żaden mnie nie zechce, ale zawsze nadawałam się do nudnej przyjacielskiej rozmowy.W rogu zobaczyłam stojących Zeusa i Posejdona ( wiedziałam to, bo miałam wspomnienia prawdziwej Persefony ). Nie wiele się zmienili, ale wciąż byli pociągający, jak na swój wiek. Bardziej jednak mnie interesowali ich synowie - Marco i Hav. Wyglądali naprawdę nieźle, zmienili się odkąd ostatnio ich widziałam.
Nagle wokół mnie zebrała się grupka ludzi, jeżeli można tak ich nazwać. Głównie chłopcy. Każdy był przystojny na swój sposób. Poczułam się odrobinę onieśmielona. Nie wiedziałam, ze tak bardzo przykuję ich uwagę, chciałam się stamtąd wydostać jak najszybciej, ale zostałam obsypywana komplementami i różnego rodzaju pytaniami. Odpowiadanie na nie wszystkie było strasznie męczące, przyszłam się tu bawić, a nie po to by stać się atrakcją wieczoru, tą osobą miał być Marco,a nie ja. 
Jakaś ręka sięgnęła po mnie i wyrwała z tłumu. Byłam tej osobie ogromnie wdzięczna. Miałam ochotę dowiedzieć się, kim był mój wybawca. Okazało się, że to Mordred - mój kuzyn.
- Dzięki - powiedziałam do niego, tylko na to było mnie stać. 
- Nie ma za co kuzyneczko, zaczynałem się o ciebie martwic, wiesz? 
- Raczej niemożliwe. Myślałam, że zabawiasz się z Loren? - Zmieniłam temat. 
- Czyżbyś była zazdrosna Persefono - zapytał mnie z tą drażniącą irytacją w głosie. 
- Nie, po prostu boję się, że ona ciebie skrzywdzi, przecież to córka Afrodyty, bogini miłości. Z resztą co mnie to obchodzi ... - Naszą szaloną konwersację przerwał cudowny osobnik płci męskiej.
Tym osobnikiem okazał się syn Posejdona... Hav,chyba tak miał na imię. Pochylił się przede mną elegancko i zapytał:
-Można prosić do tańca - i popatrzył na mnie tymi oczami. Och,cóż to były za oczy! Takie głębokie niczym najgłębszy ocean bez dna i tak intensywnie morskie... 
- Eeem... - zacięłam się. - Oczywiście,że tak. - Odparłam beztrosko, a zarazem nonszalancko. 
Zaczęła grać muzyka typowa dla bali w średniowieczu.Taka klasyczna, uroczysta. Hav wręcz bajecznie tańczył. Najwyraźniej gdzieś musiał się nauczyć, bo nikt kogo znam tak nie umiał prowadzić partnerki jak on. 
- Świetnie tańczysz.- Pochwaliłam go. 
- Dziękuję,ty również. Bardzo mi się podoba twoja suknia. - Odpowiedział mi komplementem. 
- A komu by się nie podobała - mruknęłam lekko obrażona na bliźniaczki za zbyt udaną sukienkę. 
- Może miałabyś ochotę po toaście na krótki spacer? - Zapytał z nadzieją w głosie. 
- Czemu nie - i posłałam mu zalotny uśmiech, na co on odpowiedział mi tym samym. 
Sytuacja na sali wyglądała następująco: Mordred stał pod ścianą i przyglądam się nam,jakby planował coś okropnego.Obok niego stał jasnowłosy Imre, który z bólem serca przyglądał sie jak Marco ,,kradnie" mu dziewczynę. Bliźniaczki siedziały za stołem i o czymś rozmawiały,William jak zwykle chlał wino, a Loren podrywała każdego napotkanego boga. Czyżby zapomniała o swoim partnerze? No cóż, tak szczerze to cieszyłam się,że nie interesuje się ona Mordredem. Nie to żebym była zazdrosna, czy coś, ale Loren to po prostu zwykła dziwka i tyle...

Nel
Nigdy nie byłam w tak eleganckim i pięknym miejscu,jak tu na Olimpie...Wszyscy wyglądali jak nie z tej ziemi! Byłam tym wszystkim zachwycona i zarazem wzruszona, aż Imre się mnie zapytał dlaczego płaczę (chociaż wcale nie płakałam,tylko miałam łzy w oczach).Odpowiedziałam,że wszystko w porządku. Boże jak ja musiałam pospolicie wyglądać między tymi bogami i boginiami. Ubrana w skromną sukienkę ze starej bluzki syna Hermesa i ze zwykłymi prostymi blond włosami,nawet żadnej bransoletki czy naszyjnika nie posiadałam.Miałam ochotę stąd wyjść, ale powstrzymywała mnie myśl,że Imremu było by przykro,więc zostałam.Z tego co zauważyłam wokół Persefony zgromadzili się chyba wszyscy bogowie Olimpu...Natomiast ja stałam ,,grzecznie" pod ścianą niczym szara mysz i ,,pilnowałam się" mojego przyjaciela.Wreszcie córka Demeter została uwolniona z tłumu,ku mojemu zdziwieniu jej wybawcą okazał się Mordred. Później chwilę porozmawiali po czym jakiś bóg o brązowych włosach i jakichś (jak dla mnie) dziwnych oczach poprosił Persefonę do tańca. Zaczęła grać piękna dla mych uszu muzyka, chyba klasyczna...
Zrezygnowany Mordred dołączył do nas i złowrogo spoglądał w stronę tego boga co tańczył z jego kuzynką.Nawet nie zauważyłam kiedy podszedł do nas chłopak, który skojarzył mi się od razu z kryminalistą, nie wiem dlaczego.Ukłonił się przede mną i poprosił do tańca. Ja stałam jak wryta, a tym czasem brunet chwycił moją rękę i wyciągną na prawie sam środek sali... Musiało to dosyć dziwnie wyglądać jak tańczyliśmy.Chłopak był wyższy ode mnie o dwie głowy,ubrany niezbyt elegancko jak na typ tego przyjęcia. Położył mi swoją dosyć dużą i koścista rękę na moim biodrze. Jak na polecenie zarumieniłam się... Szybko rzuciłam okiem w stronę Imrego. Wyglądał jakby zadawano mu jakieś tortury,natomiast Mordred był aż czerwony ze złości, a może to była zazdrość??Tylko o kogo, o Persefonę? Przecież była jego kuzynką, to by było zbyt bliskie pokrewieństwo. Z moich rozmyśleń wyrwał mnie głos tego typka, co mnie poprosił do tańca. Prosił bym później (po urodzinach) się kiedyś z nim spotkała,ja tylko mu przytaknęłam, chociaż nie miałam ochoty w ogóle mieć z nim do czynienia. Żeby z nim tańczyć musiałam stać na palcach jak najwyżej potrafiłam, chociaż to i tak nic nie dawało....

Mordred
Czułem się dziwnie, patrząc jak ten goguś przystawia się do Persefony. Nie mogłem opanować tego co we mnie wezbrało. Chciałem, tam do nich pójść i zabrać Persefonę z dala od niego, ale z drugiej strony co mnie to wszystko obchodziło. Przecież to moja kuzynka, nie mogłem rościć sobie do niej praw, a już na pewno nie teraz. Spotkaliśmy się po wielu latach, a ta nawet mnie nie pamiętała. Powinienem w tym momencie robić scenę zazdrości Loren, a nie myśleć o innej. To ona jest moją wybranką.Tą jedyną. Tą na całe życie...
Minęło sporo czasu jak się skapnąłem, że Nel nie ma z nami. Do tańca poprosił ją jubilat, który najwidoczniej nie potrzebował tego całego rabanu. Zapewne to wszystko to pomysł Zeusa, bo Marco nigdy by nie zorganizował przyjęcia. Był typem samotnika i pesymisty.
Spojrzałem na Imrego i dostrzegłem,że chłopaka rozrywa coś od środka. Postanowiłem z nim trochę pogadać,by odwrócić myśli od Hav'a i Persefony.
-No Imre,widzę,że Marco nie próżnuje...  -nawet nie dokończyłem zdania,gdy on mi przerwał.
-Proszę cię Mordredzie, nic do mnie nie mów - po tonacji jego głosu słychać było, że mój przyjaciel jest po prostu załamany.
- Ej no, są dwie opcje: 1. Albo jesteś zazdrosny o Nel 2.Albo martwisz się, że wszystko się wyda.
- Pierwsza i druga - burknął.
- No to ładnie... - mruknąłem spoglądając na biedną dziewczynę, która musiała tańczyć z tym wieszakiem. Kurna, czy on nie widzi, jak ona się z nim męczy? Przecież od razu widać, że Nel się go boi (chociaż kogo by się nie bała oprócz Imrego). W dodatku są swoimi przeciwieństwami, chyba tylko z wyglądu. On wysoki, ona niska.On szatyn, ona blondynka. On niebiesko-brązowo oki (tak, Marco posiada jedno oko niebieskie i drugie brązowe), ona zielono oka.Są no po prostu jak woda i ogień, już bardziej do Imrego pasuje, taka spokojna, cicha, delikatna...

 Lena
Muzyka wreszcie ucichła.Bogowie wraz z kieliszkami wina, które stworzył Dionizos, stali przy ścianach, na środku, jednym słowem, gdzie popadnie.
- Ghm, ghm - zaczął Zeus. - Zebraliśmy się tu, aby uczcić 18 000 urodziny mego pierworodnego syna, Marco .Jestem szczęśliwy, że na jego urodziny przybyło tak wielu bogów, choć jestem pewien, że mieliście inne sprawy na głowie. Tak więc wracając do urodzin, to chciałbym złożyć najlepsze życzenia dla mojego syna. Zdrowie Marco. - Pierwszy raz słyszałam tego rodzaju toast i byłam wzruszona tym, jak oni nie boją okazywać sobie nawzajem publicznie uczuć, to było godne podziwu skoro to bogowie. 
-ZDROWIE MARCO!!!!! - Krzyknęli wszyscy zebrani na sali i poza nią.

Nel
Chcąc czy nie dowiedziałam się kim był mój ,,partner" w tańcu.Jak się okazało był nim Marco... Och Boże i co ja mam teraz zrobić? Zapytać się Imrego czy możemy iść?Nie,będzie mu przykro.Może Persefona mi pomoże stąd ,,uciec"? Ona też nie,no bo przecież widać jak patrzy na tego chłopaka,z którym tańczyła,nie wolno mi tego burzyć.A może Mordred? Ech,jemu zbytnio nie ufam...No i zostałam w kropce.Po moich rozmyślaniach nad opuszczeniem imprezy ustaliłam,że pod pozorem ,,wyjścia do łazienki" wrócę do pokoju blondyna i wcześniej pójdę spać, a jakby ktoś się pytał co robię w pokoju odpowiem,że boli mnie głowa.Niby takie proste w wyobraźni,ale trudniejsze w praktyce. Po odejściu od stołu orkiestra znów zagrała jakieś energiczne piosenki i wszyscy się dobrze bawili (chociaż były takie wyjątki jak np. ja). Już chciałam opuścić salę, gdy na mojej drodze staną syn Zeusa.
- Hej, co tak szybko uciekasz? - Zapytał.
- Głowa mnie boli - mruknęłam i wbiłam swój wzrok w podłogę.
- Chcesz może jakieś leki?
- Nie dzięki, muszę się tylko położyć i odpocząć.
- Yhym, rozumiem... - sprawił wrażenie jakby był zawiedziony i odszedł.
- Uff... - odetchnęłam z ulgą, teraz tylko zostało mi dotrzeć do pokoju Imrego. Szłam pomiędzy korytarzami, ale nie mogłam go nigdzie znaleźć. Nagle usłyszałam kroki, dosyć masywne. Szybko przyspieszyłam kroku i weszłam do pierwszego lepszego pokoju i schowałam się do szafy,która w nim stała.Na moje nieszczęście do tego samego pokoju weszła osoba,która mnie ,,goniła". W szafie siedziałam cicho jak mysz,a kroki raz zbliżały się do szafy,a raz oddalały. W końcu ustały. Wolałam nie wychodzić, gdyż osoba która mnie śledziła mogła się schować i czekać aż wyjdę z ukrycia. Postanowiłam spędzić noc w tej szafie. O dziwo szybko zasnęłam. Śniło mi się, że ktoś na mnie patrzy, a potem silne ręce tej osoby biorę mnie po czym układają na czymś niezwykle miękkim.Tak dobrze było mi w tych rękach, że bez namysły chwyciłam rękę,która mnie czymś nakrywała. Był taka ciepła!Tak przyjemnie ciepła...

 Lena
Po wzniesionym toaście zauważyłam, że Nel oddala się w kierunku drzwi. Chciałam ją zatrzymać ale powstrzymał ją Marco. Zamieniła z nim kilka słów i poszła. Prawie natychmiast zauważył to Imre i dyskretnie ruszył za dziewczyną.
Mordred sprawiał wrażenie jakby siedział na szpilkach. Gdyby jego wzrok mógł zabijać na pewno zabiłby Hav'a,tylko dla czego? Nie mam pojęcia,a może chodziło o Loren? W każdym razie mój kuzyn był wściekły i wolałam go nie zaczepiać. Po tym jak ze smakiem zjadłam kawałek tortu urodzinowego Marco, podszedł do mojego siedzenia syn Posejdona i rzekł:
- To jak z tym spacerkiem? - Zauważyłam jakiś niezwykły błysk w jego oczach. Zapowiadało się obiecująco.
- Możemy iść - zdecydowałam i wstałam od stołu. Hav wziął mnie pod rękę i wyszliśmy z sali. W drzwiach mijaliśmy Imrego, który zmartwiony, a za razem zawiedziony wrócił na imprezę.
Chłopak zaprowadził mnie do jakiegoś ogrodu. Był wręcz niesamowity! Zarówno ogród jak i Hav.
Chyba już wcześniej musiał tu być,gdyż w miejscu,w którym się zatrzymaliśmy było sporo lampek w łososiowym kolorze. Była taka romantyczna atmosfera. Księżyc wyszedł zza chmur i patrzyła na tą scenę niczym z filmu romantycznego.Czy może być bardziej cudownie niż teraz? Z mych myśli wyrwał mnie głos chłopaka:
- Jak ci się tutaj podoba Persefono? - Zapytał mnie.
- To jest niezwykłe miejsce - mruknęłam gładząc liść jednej z greckich roślin .- To właśnie tu, w tym miejscu poczęta została Loren - na myśl o niej zrobiło mi się niedobrze, a może to ten tort?
- Doprawdy? - Lekko zirytowany rzekł Hav. - Może usiądziemy?
- Dobrze - próbowałam zgrywać damę, chociaż mi to nie wychodziło. Po czym usiedliśmy na wyczyszczonej ręcznie ławce. Chłopak popatrzył na mnie swymi głębokimi oczami i zadał kolejne pytanie:
- Jak myślisz Persefono, czy jeżeli bym coś zrobił jakbyś zamknęła oczy,byś się na mnie obraziła?
- Nie wiem,to zależy... - ale posłuchałam. Chciałam wiedzieć co zrobi ten ów przystojny młodzieniec.
Gdy me powieki zamknęły się i ujrzałam wieczną ciemność poczułam lekki dotyk jego warg na mej szyi. Było tak rozkosznie, nigdy bym nie przypuszczała, że spotka mnie coś takiego... Później zaczął całować moje policzki, aż w końcu pocałował w usta i wtedy coś we mnie pękło. Czułam się jakbym kogoś zdradziła i to dosłownie. Szybko ocknęłam się i odepchnęłam Hav'a
-No co? - Biedak niczego nie rozumiał, chociaż po części i ja. - Przecież widzę, że ci dobrze było -powiedział ze wzburzonym tonem.
- Wybacz mi lecz ja nie mogę... Po prostu uważam, że to dzieje się zbyt szybko. Proszę, daj mi więcej czasu. - Sprawiałam wrażenie jakbym była nieźle zbita i upokorzona.
- Ech,wy dziewczyny. No cóż, może i masz rację.Odprowadzić cię? - Zaproponował.
- Jeśli byłbyś łaskaw - i odprowadził mnie do sali, po czym ruszył w stronę morza...

Mordred
Persefona wróciła do sali sama. Pewnie miała dość tego dupka, choć nie wyglądała na nieszczęśliwą.
Ale ona nigdy nie wyglądała na nieszczęśliwą, ewentualnie czasem była trochę smutna, ale nigdy nieszczęśliwa.Wydawało się, że jej życie było złożone tylko z radości. Ona była dla mnie zagadką i próbowałem tą zagadkę rozwiązać. Jak quiz. Ale ona nie pozwalała na to, kryła się pod ta swoją maską i nie pokazywała nikomu jaka naprawdę jest. Jakby bała się o to, że świat jej nie zaakceptuje. Kobiety to jedna wielka tajemnica, do takiego wniosku doszedłem. A już na pewno Persefona.
Tymczasem, gdy wszyscy się świetnie bawili, ja myślałem nad tym jak ta impreza jest do dupy. Chciałem stąd wyjść, ale wiedziałem, że Persefona sama nie wróci. Tak więc pożegnałem się z Imrem i poszedłem po Per. Siedziała sama w rogu kanapy i rozmyślała nad czymś. Nie miałem ochoty jej przerywać, bo tak pięknie wyglądała w bezruchu. Ale cóż... 
- Persefono, chciałabyś już wrócić do pałacu mego ojca? - Zapytałem niepewnie. 
- Tym razem ci nie odmówię, bo padam z nóg. - Odpowiedziała leniwie.
- No to wracajmy - chwyciła mnie za ramię i obydwoje zniknęliśmy w ciemnej mgle.

Nel
Rano obudziłam się w wielkim łożu z baldachimem.Cały pokój był pomalowany na biało i wszelkie w nim przedmioty również były pokryte bielą.Przed łożem były drzwi na balkon,a na balkonie ktoś stał.
- Imre? - Szepnęłam. Postać odwróciła się i podeszła do mnie.
- Nie, nie Imre. - Odpowiedział chłopak.
- Widzę. - Mruknęłam wystraszona. Marco usiadł na łóżku obok mnie i popatrzył mi w oczy.
- Dlaczego siedziałaś w mojej szafie? - Zapytał uprzejmie z delikatnością w głosie
- Ktoś mnie wczoraj gonił więc się w niej schowałam - odpowiedziałam zawstydzona.
- Naprawdę? - Nie dowierzał. - Dobra, nie ważne. Jak twoja głowa?
- Nawet ok..
- Ech,wybacz. Nie przedstawiłem się, chociaż to jest raczej zbędne, gdyż wszyscy mnie tu znają.-wstał z łóżka i pokłonił się nisko przede mną - Jestem Marco. Do twych usług pani. - Po czym spojrzał na mnie i się uśmiechną. Pod tą maską ponuraka krył się wspaniały człowiek z poczuciem humoru... Zaraz, zaraz skąd ja to wiem? A może on tylko udaje? Może to ,,te moce", które nadały mi Forkidy? Nie wiem,w każdym razie wygląda teraz sympatycznie.
- Jestem Nel - skromnie się przedstawiłam.
- Nel? Hmm...Nigdy wcześniej ciebie tutaj nie widziałem.
- Bo ja nie mieszkam na Olimpie - zaczęłam powoli panikować. Kto mógłby być moim boskim rodzicem? A może nimfa? Dobra,niech będzie nimfa, może się nie skapnie.
- No to w takim razie gdzie mieszkasz? - Zapytał z lekkim uśmiechem.
- W lesie - starałam się kłamać najlepiej jak mogłam, chociaż prawdą było to,że w nim mieszkam, no bo tak szczerze, to częściej w lesie spędzałam czas niż w domu...
- Yhym... Czyżby nimfa leśna? - Zgadywał.
- Tak. - Również posłałam mu uśmiech. - Wiesz,chyba powinnam wracać... - zaczęłam ale on przerwał mi ruchem swojej ręki.
-Proszę, zostań jeszcze chwilę - błagał. - Ja tu czuję się taki samotny. - To zdanie nie spodobało mi się i od razu poderwałam się z łóżka i odskoczyłam od niego jak poparzona. - Znaczy nie w tym sensie - próbował się tłumaczyć. - Chodzi o to, że po prostu nikt mnie nie odwiedza, a mój ojciec nie ma dla mnie czasu,zresztą tak jak reszta bogów i bogiń... - posmutniał. Wtedy zrozumiałam o co mu chodziło, był po prostu zaniedbywany przez innych. Zrobiło mi się go żal więc zapytałam:
- No to skoro czujesz się tutaj samotny, to mógłbyś mnie kiedyś odwiedzić?
- Mógłbym? Na prawdę? - Nie wierzył w taki cud.
- Oczywiście! - Odparłam. - Tylko teraz koniecznie muszę już iść...
- Ach tak, wybacz. - Spuścił głowę i podszedł do szafy, w której zeszłej nocy się schowałam. -Chciałbym ci tylko coś ofiarować... - i wyciągnął mały kuferek z najwyższej półki. Postawił go na łóżku i czegoś w nim szukał.Chciałam cichaczem wyjść ale nagle usłyszałam jego głos-Znalazłem! Proszę to dla ciebie... - przeraził mnie jego wzrost jak staną na przeciwko mnie z czymś w dłoniach. Wkrótce je odsłonił, a ja ujrzałam chyba ósmy cud świata. W jego dużych i kościstych rękach znajdował się piękny naszyjnik z niewypolerowanym przezroczystym kryształem.
- Och, jaki on piękny! - Wzdychałam, a on tym czasem zniżył się tak by jego twarz znajdowała się na wysokości mojej i założył mi ten naszyjnik na szyję.
- Jakbyś czegoś ode mnie potrzebowała to po prostu potrzyj kryształ. - Wyjaśnił mi ,,instrukcję obsługi" tego cudeńka i delikatni pocałował mnie w policzek. Ja natomiast zrobiłam się cała czerwona na twarzy i szybciej niż tornado wybiegłam z jego pokoju. Chciałam jak najszybciej się znaleźć obok Imrego...



Wisiorek, który dostała Nel od Marco.

niedziela, 5 lipca 2015

Rozdział 14

Lena
Dzisiaj miały się odbyć urodziny Marco. Nawet go nie znałam, ale cóż, skoro zostałam zaproszona, to wypada pójść. Najgorsze było to, że nie miałam co włożyć. Tak więc udałam się do pokoju Nemezis z nadzieją, że znajdę coś dla siebie w jej ciuchach. Szperałam w jej szafie, ale nie mogłam znaleźć niczego, co by dobrze na mnie wyglądało. Zostawało co raz mniej czasu, a ja wciąż byłam bez kreacji na dzisiejszy wieczór. W końcu znalazłam cudowną błękitną jak morze sukienkę lecz nie była zbytnio w moim, ani prawdziwej Persefony stylu. Pomyślmy, może bliźniaczki Tessa i Emma coś z nią zrobią by była bardziej na topie. Zeszłam na dół. Mordred siedział na kanapie z ciastem, z resztą jak zwykle, gdy się czymś przejmuje. Pomyślałam, że może on pomoże mi się dostać na Olimp do bliźniaczek, albo sam zaniesie sukienkę i poprosi, aby ją dla mnie przerobiły. - Nie mam mowy, nigdzie teraz nie pójdziesz, lepiej ja zaniosę tę sukienkę i poproszę by ją trochę przerobiły. - Zrób jak uważasz - powiedziałam, a ten rozmył się w mroku, ale bez ciasta.

Nel
Gdy się obudziłam Imrego nie było już ze mną.,, Zapewne ma dużo na głowie" pomyślałam. Powoli wstałam z łóżka i rozejrzałam się po jego pokoju. Na biurku leżało jakieś zaproszenie, szybkim ruchem chwyciłam kartkę i je przeczytałam.,, Jakie znowu urodziny" wyszeptałam zdziwiona, ,,To bogowie w ogóle obchodzą urodziny??". Próbowałam sobie przypomnieć jaki dziś dzień. Ach oczywiście, osiemnasty sierpień. Czyli to dziś! Zapowiada się niezła balanga sądząc po treści zaproszenia, ciekawe czy Imre idzie? Odłożyłam ,,zaproszenie" i wyszłam do łazienki się odświeżyć.Gdy weszłam pod prysznic,Imre wrócił.
- Ej Nel, kąpiesz się? - zawołał z sąsiedniego pokoju. 
- Tak, coś trzeba? 
- Niee... - urwał a potem zaczął - Dziś jak chyba zauważyłaś zaproszenie jest biesiada z okazji urodzin Marco... Może chciałabyś ze mną pójść? - zaproponował.
- Eeem... - przecież miałam się ukrywać! Kurcze, no ale skoro Imre proponuje, to nie warto by było odmówić - Pewnie. - rzekłam. 
- No to fajnie - usłyszałam jego uradowany głos - Ale poczekaj, w co ty się ubierzesz?! Przecież ja nie mam żadnych kiecek u siebie w pokoju! - spanikował. 
- Pozwól, iż jak skończę się myć zajrzę do twojej szafy.. .A i przy okazji, wyciągnij z niej jakieś bluzki, w których już nie chodzisz i nie będziesz chodził. Przydadzą mi się. - i dokończyłam swoją kąpiel. Po opuszczeniu łazienki skierowałam się w stronę łóżka Imrego, na którym leżały porozrzucane bluzki. - Do koloru, do wyboru - mruknęłam.Szczególnie zwróciłam uwagę na bluzkę koloru niebieskiego. - Czy mogłabym pożyczyć tę? - spytałam. 
- Jasne - rzekł beztrosko - Co moje to twoje.
- Noo już bez przesady. - zaśmiałam się wesoło na co Imre odpowiedział mi ciepłym uśmiechem.
Jako iż często czytałam książki typu ,,zrób to sama" wiedziałam co zrobić z tą niebieską bluzką. Najpierw włożyłam ją na siebie, ale od dołu (z tego co zapamiętałam nie wolno było wkładać jej do końca, bo rękawy miały służyć ozdobie). Tak więc otwór gdzie miała pierwotnie wychodzić głowa posłużyła mi za górną część sukienki, później rękawy wepchnęłam w dekolt i gotowe. Sukienka jak ze sklepu (noo może jednak nie, ale jakaś była).

Lena
Mordred wrócił, po dłużej nie określonym czasie. Zobaczyłam go dopiero po południu i miał wtedy ze sobą sukienkę oraz jeszcze coś. Wręczył mi te dwie rzeczy do rąk i odszedł jak gdyby nigdy nic. To było w jego stylu i dobrze o tym wiedziałam.Poszłam do swego pokoju. Tam mogłam ujrzeć zawartość kuferka, który dały mi w prezencie bliźniaczki ( na wieszaku od sukienki znalazłam liścik, w którym było zawarte to, abym nie otwierała kuferka przy kimkolwiek). W kuferku znajdowały się najdroższe i najlepsze kosmetyki. Rozpoczęłam więc rytuał przygotowawczy. Jego wynik był naprawdę zaskakujący.
Kiedy byłam prawie gotowa ( zostało mi tylko lekko poprawić makijaż), ktoś wszedł do mojego pokoju. Tą osobą był Mordred. 
- Co ty tutaj robisz?! - Wrzasnęłam do Mordreda, choć nie wiem po co skoro byłam już ubrana. 
- Wybacz, że wchodzę tak bez uprzedzenia... Wow, pięknie wyglądasz Persefono - mówiąc to, odrobinę się zarumienił. - Chciałem ci tylko powiedzieć, że zaraz wychodzimy. I to by było na tyle. 
- Dziękuję Mordredzie, ty też wyglądasz całkiem nieźle. - Odpowiedziałam komplementem na komplement. - Poczekaj sekundę.

Moredred 
Była dopiero siedemnasta ale ja tam zawsze wolałem być wcześniej, a przy okazji zamierzałem odwiedzić Imrego i tę dziewczynę (już nie nazywałem jej paskudą po tym jak ,,dotrzymywała mi towarzystwa" kiedy zwalił mi się ten regał na nogę).
Zawołałem w stronę pokoju Persefony: 
- Idziesz ty czy nie? Nie będę stał tu w nieskończoność. 
- Przecież nie ma jeszcze osiemnastej - usłyszałem jej odpowiedź. 
- Dobra,w takim razie idę sam - zażartowałem. 
- No już idę! - w jej głosie można było usłyszeć nutkę ironii i irytacji.
Jak wreszcie zeszła na dół wręcz oniemiałem...Wyglądała jak dokładnie oszlifowany diament. Nie, jak sto takich diamentów! Wziąłem ją pod rękę, chciałem być jak ten ,,dżentelmen", którym nigdy nie byłem, i rozpłynęliśmy się w czarnej mgle...
Gdy pojawiliśmy się na Olimpie Persefona zaczęła się jakoś dziwnie rozglądać, jakby tu była po raz pierwszy, a może mi się zdawało? No, w każdym razie kierowaliśmy się w stronę pokoju Imrego. Po drodze spotkaliśmy Loren. Wyglądała olśniewająco w tej białej sukni, ale nie tak fantastycznie co moja kuzynka w swojej błękitnej.
-Witaj Loreno. - zacząłem - Pięknie dziś wyglądasz.
- Ach Mordredzie! - rzuciła mi się na szyje, a ja się zarumieniłem - Nieszczęście się stało. - rzekła swoim teatralnym głosem.
-A cóż to za nieszczęście - warknęła zirytowana Persefona.
- Nie mam partnera do tańców...
- No, ale przecież jest tylu przystojnych bogów, którzy z chęcią by z tobą zatańczyli...-aż wreszcie zrozumiałem o co jej od początku chodziło - Znaczy się oczywiście będę mógł z tobą tańczyć -wykrztusiłem.
- Ach,cudownie. Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć - uradowała się i pobiegła dalej przed siebie.
- Zdzira - mruknęła Persefona, a ja się roześmiałem.
Wreszcie doszliśmy do pokoju mojego przyjaciela. Po drodze oczywiście spotkaliśmy jeszcze bliźniaczki i Williama (ten to się wręcz ślinił jak pies na widok siostrzenicy mego ojca).
Zapukałem dyskretnie do drzwi.
- Kto tam - usłyszałem zdenerwowany głos Imrego
- Zeus, we własnej osobie otwierać - postanowiłem napędzić mu stracha. Drzwi się lekko uchyliły a zza nich wyszedł wystraszony syn Hermesa - Żartowałem bałwanie - roześmiałem się, chociaż Persefona nie załapała co śmiesznego było w moim żarcie
- Uff - odetchną z ulgą - Ale żeś mi stracha napędził...
- No i o to chodziło - powiedziałem z dumą w głosie
- Jak ma się Nel - córka Demeter jak to miała w zwyczaju, nie lubiła gdy się ją ignorowało więc jakoś wkręciła się do naszej rozmowy
-Proszę, Persefono, ciszej... - wystraszony Imre rozejrzał się po korytarzu i wpuścił nas do środka -Możesz wyjść, to tylko Mordred i jego kuzynka - powiedział chłopak po polsku.W końcu ukrywająca się istota wyszła z łazienki. Ku mojemu zdziwieniu Nel, mimo iż była w prostej sukience wyglądała jakby tu pasowała. Tu czyli na Olimpie, wśród bogów.
- Noo nieźle, jak na ziemską istotę - pochwaliłem ją, Imre od razu jej przetłumaczył mój komplement, a na jej buzi pojawił się nieśmiały uśmiech.
- Ty to sama zrobiłaś? - zapytała Persefona z niedowierzaniem i ku mojej irytacji w języku polskim.
- Tak - odpowiedziała krótko Nel - Zrobiłam ją ze starej bluzki Imrego - po czym spojrzała w stronę blondyna i posłała mu oczko.
- Ale pewna jesteś, że nie byłaś u Emmy i Tessy - moja kuzynka dalej nie dowierzała.
- Absolutnie - odpowiedział za nią Imre.
- Ech,wszystko fajnie itp, ale jak ty chcesz ją zabrać ze sobą na ,,hot osiemnastkę" Marco? -zapytałem - Chodzi mi o znajomość greckiego, no bo wygląd zniewala, no nie powiem, ale tego, że niczego nie będzie rozumieć to chyba nie ukryjesz...
- Eemm... - chłopak się wahał i spojrzał w stronę tej małej osóbki - No cóż... - zaczął - Jeszcze nad tym nie myślałem...
- Ale ja pomyślałam - przerwała mu Persefona - Może zróbmy tak, że zajdziemy do pewnych wiedźm, wiesz tych Forkid...
- Przecież one nam nigdy nie pomogą! - załamał się Imre.
- Owszem pomogą. - miałem asa w rękawie - Mają pewien dług u mojego ojca, więc łatwo będzie je przekupić. Oj uwierzcie, nie chcielibyście mieć długów u Hadesa, już sam się o tym przekonałem
- Dobra, daruj nam te swoje przemówienia i ruszajmy do tych czarownic - rzuciła Persefona.Nel złapała za rękę mojego przyjaciela i wszyscy się rozpłynęliśmy w czarnych oparach.

Lena
Jakimś sposobem teleportowaliśmy się do lasu, w którym mieszkały Forkidy. Wylądowaliśmy przed małym domkiem. Imre zapukał do drzwi, a te same się otworzyły. Przestraszyłam sie. Złapałam Mordreda za ramię, a on na mnie spojrzał w taki sposób, w jaki nigdy się na mnie nie patrzył. Niestety musiałam przerwać tę przecudowną chwilę, nie mogłam sobie teraz pozwolić na Rozproszenie. Tak więc weszliśmy do domku, a tam przy wielkim kotle czekały na nas trzy stare panny.Wyglądały one naprawdę przerażająco. Ale wierzyłam w to, że mogą zrobić coś w sprawie Nel, która jak trzęsła się ze strachu. Pewnie dlatego, że miały tylko jedno oko na ich trzy i w ogóle nie przypominały istot ludzkich. Wiem, że to był mój pomysł, aby tu przychodzić, ale teraz, moim jedynym priorytetem było, jak najszybsze wydostanie się stąd. Nagle odezwał się wysoki głos:
- Widzimy, że przybyłeś ze swoimi znajomymi, abyśmy miały mozliwość uregulowania naszego długu u Hadesa. Tak więc mówcie, czego chcecie, a my postaramy się spełnić waszą wolę.
- Chcemy, aby ta oto młoda dama nie budziła podejrzeń wśród bogów, czyli jak pewnie przez to rozumiecie żeby mówiła płynnie po grecku, miała jakąś moc itp. Czy rozumiemy się???
Nigdy nie widziałam Mordreda tak pewnego siebie i władczego jak teraz. Robił naprawdę dobre wrażenie. 
- Oczywiście, że się rozumiemy Mordredzie, tylko musisz wiedzieć, że już nie będzie odwrotu, zostanie taka na zawsze. - Mordred spojrzał na Nel i Imrego, a ci kiwnęli twierdząco głową. Istoty sprowadziły Nel bliżej siebie i zaczęły gadać coś w języku jakim nie znałam oraz robiły dziwne rzeczy z rękoma. Po chwili Nel odwróciła się w naszą stronę, w jej wyglądzie nie było widać żadnej zmiany. 
- Nel, jak się czujesz? - Zapytał troskliwi Imre. 
- Jakoś inaczej, ale tak samo. - Nel mówiła do nas po grecku, Mordredowi szczęka opadła, bo zrozumiał co ona powiedziała. W sumie to wszyscy byliśmy zaskoczeni. Teraz mogliśmy wracać na imprezę i dobrze się bawić...

       

    <---Suknia Persefony                
Suknia Nel --->

sobota, 4 lipca 2015

Rozdział 13

Lena
Nadszedł  nowy dzień. Nowa przygoda, jeśli w ogóle można to tak nazwać. Nel już nie było. Za to ja, znajdowałam się w swoim pokoju w łóżku, a nie na kanapie w bibliotece. To Imre - zgadywałam. Pewnie zaniósł mnie do sypialni, kiedy spałam, a Nel zabrał ze sobą. Zrobiło mi się trochę smutno, bo się z nimi nie pożegnałam, liczyłam jednak na kolejną wizytę.
Teraz musiałam wymyślić, co zrobię w sprawie poddanych. Chciałam, aby Demeter się zjawiła i mi coś doradziła. Nie miałam zielonego pojęcia, co mam począć w tejże sytuacji. Myślę, że ona by wiedziała. Chciałabym, choć raz znaleźć wyjście z sytuacji, pragnęłam tego z całej swojej duszy. Ale cóż, marzenia się nie spełniają, a książę na białym koniu się nie zjawi. Tak to już jest w życiu, niektórym ludziom trafia się szczęśliwe zakończenie, a niektórzy zostają sami do końca życia. Tak jest również w innych sprawach, niektórzy mają szczęście, a niektórzy nie. Ja należałam do tych drugich, przynajmniej ja tak myślę, ale teraz nie jest czas na użalanie się nad sobą, tylko głębokie przemyślenia dotyczące tego, co powinnam zrobić. Miałam pół roku żeby zapiąć całą sprawę na ostatni guzik i zamierzałam wyrobić się w terminie. Traktowałam to jak pracę, tylko że bez wyznaczonych granic, a pracodawca nie brał udziału w tym wszystkim.
Podczas śniadania dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy na temat pałacu Hadesa. Na przykład można dać, że znajduje się tutaj ogród z prawdziwymi kwiatami, a nie sztucznymi, jak się okazało to możliwe. Gdy się o tym dowiedziałam, byłam naprawdę zdziwiona, ale i też podekscytowana. Kochałam przyrodę, ale nie tylko dlatego, że prawdziwa Persefona była boginią urodzaju, ale też dlatego, że byłam wychowywana zgodnie z prawami natury. Chciałam, jak najszybciej udać się tam, bo miałam możliwość odnalezienia spokoju ducha i poczuć się tak, jakbym była w swoim świecie choć na chwilę. Wiem, że to uczucie będzie nietrwałe, ale warto ponownie zasmakować zapachu kwiatów chociażby po to, aby pamiętać o moim prawdziwym świecie.

Imre

Po tym jak ''uspałem" Mordreda, zabrałem go na ziemię do lekarzy. Oni w trymiga zagipsowali
mu nogę ( powiedziałem, że regał spadł mu na kostkę, a ta mu spuchła i prawdopodobnie ma
''skręcenie" więc ją mu zagipsowali ). Później ponownie udałem się do Hadesu i położyłem Mordreda do jego łoża ( nie to żebym się przechwalał, ale zawsze byłem silniejszy od mojego przyjaciela i przywykłem do noszenia ciężarów i innego typu rzeczy ). Następnie udałem się po Nel.
Ech, aż cieplej mi się robi na sercu, gdy o niej pomyślę... No, ale dobra. Zachodzę do biblioteki, a
tam Nel i Persefona śpią razem. Znaczy się nie tak razem, ale głowa jednej leży na ramieniu drugiej.
Wpierw zaniosłem siostrzenicę Hadesa do jej pokoju i wygodnie ułożyłem w łóżku. Na chwilę
przystanąłem i wpatrywałem się w śpiącą dziewczynę. Czułem do niej pewną sympatię, ale nie tego
rodzaju co do Nel. Do tej kruchej istotki czułem silną miłość, a do młodej bogini nic więcej niż
przyjaźń.Po moich filozofiach poszedłem po Nel. Jak zauważyłem, ułożyła się wygodniej na kanapie od pozycji, w której ją wcześniej widziałem. Wziąłem ją na swoje ręce i po cichu wymknęliśmy się z Hadesu. Rano Nel jeszcze spała, a ja miałem ręce pełne roboty. A mianowicie miałem zadanie, by roznieść zaproszenia na biesiadę z okazji 18-stych urodzin Marco. Szybko i delikatnie ucałowałem czoło Nel, prawie nie dotykając jej skóry.Ta mruknęła coś przez sen jak kot i przekręciła się na drugi bok. Wziąłem wszystkie zaproszenia z mojego biurka (wcześniej Zeus mi je dostarczył), po czym wyszedłem z pokoju i zamknąłem za sobą drzwi na klucz. Spokojnie, wszystkie ,,boskie dzieci" mają własne łazienki więc ten problem miałem z głowy, a jedzenie dla niej zostawiłem na etażerce przy łóżku. Zanim zacząłem roznosić zaproszenia wpadłem do mego ojca z prośbą o ,,szybki środek transportu".
 - No cóż synu, chyba nadszedł już czas - zaczął mój ojciec. - Masz już osiemnaście lat więc powinieneś dostać coś ode mnie...
- Cóż masz na myśli ojcze - mój ojciec uwielbiał, gdy zwracałem się do niego z szacunkiem
- Ech,poczekaj chwile - po czym podszedł do starej szafy i coś z niej wyjął. - Spójrz,to dla ciebie...
- Och! - Odebrało mi mowę. To nie był jęk radości, chociaż mój tata mógł to inaczej odebrać. -SANDAŁY??? Ze skrzydłami! - Powiedziałem z lekkim zaskoczeniem w głosie.
- Otóż tak synu. Kiedyś należały one do mnie, a teraz chcę abyś ty je wziął.
- A czy mógłbym je troszeczkę przerobić ojcze? - Zaproponowałem. - Noo bo wiesz, teraz sandały są już niemodne... I chciałbym je przerobić na trampki... - Na pierwszy rzut oka mój pomysł się mu nie spodobał, ale zaakceptował go mówiąc:
- Ach,ta dzisiejsza młodzież. Przerabiaj je jak chcesz, w końcu należą do ciebie.
 Błyskawicznie zaniosłem moje przyszłe trampki do bliźniaczek Ateny - Tessy i Emmy. One znały się na modzie i na szyciu. Od razu przerobiły je na trampki, oczywiście ze skrzydłami w tym samym miejscu. Prosiłem, aby na uważały, gdyż one ,,pomagają mi w pracy" i uszanowały moją prośbę. Tak więc z moim nowym obuwiem i zarazem środkiem transportu ruszyłem w drogę.

Na koniec zostały mi dwa zaproszenia. Przeznaczone one były Mordredowi i Persefonie. Chciałem wręczyć im, jako ostatnim, bo zamierzałem zostać jeszcze chwilę w Hadesie na małe towarzyskie spotkanie. Z moich rozmyśleń wyrwał mnie głos Persefony.
- Ooo, witaj Imre. Co cię sprowadza do Królestwa Cieni? - Zaczęła mówić do mnie oficjalnie, ale przyzwyczaiłem się do tego, że ona to robi choć znamy się dość długo. W sumie to od dzieciństwa, ale żadne z nas nie pamięta tej znajomości. Chociaż wolałbym, by zwracała się mniej oficjalnie, to nie miałem wpływu na to jak się wyraża.
- Przyniosłem zaproszenia na osiemnastkę Marco dla ciebie i Mordreda, a poza tym wpadłem na pogawędkę i uzyskanie szybkiej odpowiedzi na temat tych urodzin, bo Zeus chce wiedzieć ile osób przyjdzie. Takie tam nudy.
- Jakby co, to Mordred poszedł po coś do kuchni, ale za chwilę wraca. A co do tej imprezy, to jak tam ma być, bo nie orientuję się.
- To impreza należy do tych długoterminowych i naprawdę ogromnych więc radzę żebyś ubrała się w naprawdę świetną kieckę.
- Dzięki za radę, pomyśle nad tym. - Gdy to powiedziała, przyszedł Mordred z jedną z tych jego zdumiewających min okazujących szczęście. Pewnie zjadł coś niezwykle dobrego.
- Nad czym pomyślisz, moja droga kuzyneczko - zapytał się, a jego twarz wróciła do normy.
- Nad tym, co włoży 18 sierpnia - odpowiedziałem za nią.
- A co się dzieje 18 sierpnia? - Kolejne pytanie.
- Nie pamiętasz? Osiemnastka Marco.
- O bogowie!!! Na śmierć zapomniałem o jego urodzinach. A ty Persefono nigdzie nie idziesz, nie zdołam upilnować ciebie, siebie i Imrego.
- NIE JESTEM DZIECKIEM!!! - Krzyknęliśmy w tym samym czasie z Persefoną.
- No dobra, jak chcecie, tylko żebym nie musiał was nigdzie szukać.
- Mordred, przecież ja całe życie mieszkam na Olimpie, a Persefona na stówę się nie zgubi, najwyżej kogoś zaczepi i poprosi, aby wskazano jej drogę na Salę Biesiad.
- Na Salę Biesiad?! - Mordred wyglądał na zdumionego. - Przecież tam od lat nie urządzano żadnej imprezy.
- Wygląda na to, że dla Marco, Zeus zrobił wyjątek - wtrąciła się Persefona. Pewnie miała dość tego, że przez chwilę ją ignorowaliśmy.
- Dobra, pokaż te zaproszenia - Mordred wyrwał mi z ręki zaproszenie i pierwszą rzeczą jaką zobaczył, był wytłuszczony napis Zaproszenie. Później zaczął czytać na głos jego treść. Oto i ona:

Serdecznie zapraszam wszystkich bogów i boginie na moje 18-ste urodziny, które 

odbędą się 18 sierpnia o godz. 18.00 w Sali Biesiadnej na Olimpie. Proszę być 

gotowym na długie balowanie więc proponuje nie umawiać się zbyt szybko na inne 

spotkania. Będę wdzięczny za przybycie. 

Marco


czwartek, 2 lipca 2015

Rozdział 12

Lena
Gdy wstałam rano, trzymałam w ręku dziennik Nemezis. Wczoraj nie zorientowałam się, że wzięłam go ze sobą do swojego pokoju. Teraz, był odrobinę zgnieciony, ale można uznać, że trzymał się nieźle. Dopiero zwróciłam uwagę, która jest godzina, gdy do końca przebudziła mnie lekka bryza.
- Skoro jest tak wcześnie, to chyba mogę zerknąć co tam nagryzmoliła. -  Tak więc zaczęłam przewertowywać kartki.
Otworzyłam pierwszą stronę dzienniczka i w oczy rzuciła mi się wielka plama po prawej stronie kartki. Tytuł pierwszej strony brzmiał: ,,Dziennik Nemezis". Przewróciłam kartkę i zaczęłam czytać. Pierwszy wpis dotyczył tego, jak bardzo cieszyła się z ciąży, ale można było zarazem wyczuć smutek w jej słowach. Nie wiedziałam, jak to jest czuć emocje tak sprzeczne ze sobą. Czytałam dalej. Opisywała swoje złe i dobre dni w Hadesie. W niektórych słowach zamieściła swoją tęsknotę za światem, w którym wcześniej żyła jak i za wolnością.Mimo że była boginią zemsty i sprawiedliwości, nadal miała w sobie ludzkie uczucia. Czasem jej wpisy były przepełnione gniewem i goryczą, to wciąż wierzyła, że jak urodzi dziecko będzie wolna jak ptak, chociaż wiedziała, że ma obowiązek do wypełnienia. Obowiązek bycia matką na jaką Mordred - jej synek, zasługuje. Lecz to byłoby sprzeczne z jej naturą. Reszta wpisu była rozmazana. Nie napisała nic przez kilka lat, a potem wróciła do tej czynności. Nareszcie natrafiłam na coś ciekawego. Był to wpis, dotyczący Mordreda. Mówił on o jakimś porwaniu chłopca. Zdaje się, że Nemezis uratowała synka z rąk porywaczy, którzy handlowali żywym towarem. 
Na myśl o takim czymś, chciało mi się płakać. O bogowie, co on przeszedł, a ja zachowałam się ja zołza. Żałuję, że wcześniej się tego nie dowiedziałam. Demeter mogła mi powiedzieć. 
Przerwałam czytanie i rozmyślanie, bo ktoś zapukał do drzwi. Tą osobą była Liz. Przyniosła mi przepiękna suknię, którą miałam założyć dzisiejszego dnia. Przekazała mi również informacje, dotyczące śniadania. Nawet nie wiedziałam jak bardzo byłam głodna, dopóki nie zaburczało mi głośno w brzuchu. Szczęście, że Liz już wyszła. 
-Byłby straszny wstyd, gdyby to usłyszała - pomyślałam. Tak więc zeszłam na dół na śniadanie. 
Odbyło się ono w towarzystwie Hadesa i Liz. Mordreda nie było. Wcinałam ile wlezie, aż się nażarłam. Odeszłam od stołu i udałam się do bibliotek, którą wczoraj znalazłam. 
Była bardzo wszechstronna i została wyposażona w ogromne zbiory ksiąg. Spędziłam w niej całe popołudnie i nie dostrzegłam upływu czasu, zbyt wciągnęła mnie literatura angielska. Nim się zorientowałam, Liz stała nade mną i prosiła bym przyszła na obiad.
Zasiedliśmy wszyscy do stołu, prócz Mordreda. Nie widziała go od tamtej pamiętnej nocy, gdy zachowałam się jak jędza. Na obiad były wykwintne żeberka w sosie. Deser był jeszcze lepszy, bo został przyrządzony tort czekoladowy z polewą o smaku toffi. 
Po skończonym posiłku udałam się do mojego pokoju i ponownie zagłębiłam się w lekturze, którą wzięłam z biblioteki, bo tak bardzo kocham książki. Mimo, iż nie dokończyłam czytać wpisu w dzienniku i tak książka ląduje na pierwszym miejscu.
Mordred
Następnego dnia wstałem niewyspany. Całą noc kołatałem się w łóżku, aż kołdra mi spadła. Zszedłem na śniadanie, ale było tak wcześnie, że w kuchni powitała mnie tylko kucharka i Cerber. Zjadłem śniadanie i wyruszyłem na Olimp do Imrego. Mimo iż nie popierałem tego, że chodzenie po ziemi jest bezpieczne,bardzo martwiłem się o mojego przyjaciela. Gdy dotarłem na Olimp było praktycznie tak samo jak dziś: zanim zdążyłem zapukać do drzwi Imre stał za mną:
- Dzień dobry Imre - powitałem go chłodno.
- Witaj Mordredzie, jak się dzisiaj miewasz? - Zapytał zatroskany.
- Daruj to sobie przyjacielu,musimy poważnie pogadać. Chodźmy do twojego pokoju by nikt nas nie usłyszał... - gdy chciałem otworzyć drzwi do jego pokoju, Imre szybko staną pomiędzy mną a drzwiami - Co do licha...
- Lepiej byś tam nie wchodził - zaczął. - Straszny tam bałagan no i wiesz..
- Nie kłam Imre, dobrze wiesz,że nie umiesz. - I otworzyłem drzwi. Pokój wyglądał na zadbany i czysty.Wszystko było na swoim miejscu. W końcu dostrzegłem powód, dla którego Imre nie chciał mnie wpuścić do środka. Na łóżku siedziała dziewczyna! Była niska o blond włosach zakrywających całe plecy. Oczy były koloru świeżej trawy, tak intensywnie zielone. Na sobie miała białą bluzkę, dżinsową kamizelkę i dżinsy. - Co to jest! - Wrzasnąłem na cały głos.
- Cicho Mordred! Błagam bądź cicho! - Prosił mnie mój przyjaciel. - To jest osoba, którą spotkałem na ziemi... - zaczął.
- Oj przyjacielu, nie ładnie tak okłamywać innych! - Robiłem mu wyrzuty i spoglądałem ukradkiem na istotę siedzącą na jego łóżku. 
- To jest Nel. - Przedstawił mi ją Imre. - Ona jest całkiem nie groźna...
- Ale do jakiej rasy należy? Półbogowie? Nimfy? Nie wiem...Do niczego to niepodobne
- To człowiek - odpowiedział ze spuszczoną głową.
- CZŁOWIEK!!?? - Krew mnie jasna zalewała. Musiałem coś zjeść. Kątem oka zauważyłem tackę z owocami więc szybkim ruchem chwyciłem jabłko i się w nie wgryzłem. Jak się okazało to były sztuczne owoce. Twarz Imrego stała się czerwona, aż w końcu wybuchnął śmiechem, to samo uczyniła ta paskuda. Nie wytrzymałem i chwyciłem pierwszy lepszy przedmiot (na nieszczęście Imrego było to krzesło) i rzuciłem nim w mojego przyjaciela. Ten zrobił unik, a krzesło rozbiło się o ścianę. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, a ja rzuciłem się z pięściami na Imrego. Z jego twarzy tryskała krew, a tamta paskuda nie przestawała wrzeszczeć.W końcu Imre wrzasnął w niezrozumiałym dla mnie języku:
- Nel schowaj się pod łóżko i nie krzycz tak. - Dziewczyna posłuchała i się schowała.W tym momencie w drzwiach pokoju pojawił się mały tłumek. Syn Zeusa oraz jego krewniak syn Posejdona rozdzielili mnie od Imrego i wtedy odezwała się Emma jedna z córek Ateny (Atena miała bliźniaczki);
- Czy panicze mogliby wyjaśnić co tu się wyprawia? - Imre spojrzał na mnie błagalnie.- Mam dziś zły dzień - burknąłem
- No to czego przyłazisz na Olimp - zbulwersowała się druga z bliźniaczek-Tessa.
-Spacerowałem se i zaszedłem do mojego przyjaciela, od rana wszyscy mnie denerwowali... - nic więcej nie mogłem wymyślić.
- Mordredzie, synu Hadesa.Posłuchaj mnie uważnie, bo to moje ostatnie ostrzeżenie…- zaczęła pierwsza z bliźniaczek.
- Ech, znowu kazanie - przeleciało mi przez głowę.
- Jeszcze jeden taki wybryk, a nie będziesz mógł powracać na Olimp...- i tak dalej. Wszyscy zaczynali wychodzić z pokoju mojego przyjaciela. Spojrzałem na niego. W jego oczach był wyraz podziękowania i szacunku. Podszedłem do niego i szepnąłem do ucha:
- Przyjdź o północy do Hadesu. - Kiwną głową na znak, że się zgadza. Postanowiłem wrócić do domu, zanim informacja o mojej ,,bijatyce" dotrze do ojca... 
Po stoczonej ,,bitwie" wróciłem do domu. Miałem nadzieję,że nie wyrządziłem Imremu zbytniej krzywdy. Mimo, iż mnie wnerwił to martwiłem się o mojego przyjaciela,no bo szczerze mówiąc nieźle go poturbowałem. Miałem zepsuty humor i wyrzuty sumienia. Zawsze gdy mi było źle zachodziłem do pokoju matki i po prostu wdychałem wieczny zapach jej perfum i wczuwałem się w atmosferę pokoju. Dzisiaj jak tam zaszedłem było trochę inaczej.Jakby ktoś obcy był tu wcześniej i zaburzył tą przyjemną atmosferę. Usiadłem na łożu mej matki i po prostu zacząłem krzyczeć (szczęście, że ściany były dźwiękoszczelne):
- Dlaczego mnie opuściłaś? Powiedz mi matko, dlaczego? - Byłem po prostu zdruzgotany. Ona była jedyną osobą, która mnie rozumiała, a teraz jej nie ma...
Po tym ,,uwolnieniu emocji" ogarnąłem się i zszedłem na obiad.
Jak się okazało na obiad przyszedłem za wcześnie. Kucharka posłusznie podała mi talerz ze ,,specjałem dnia", którym okazały się żeberka w sosie. Pochłonąłem całą zawartość talerza w krótkim czasie i znów wróciłem na Olimp, ale teraz nie zachodziłem do Imrego. Chciałem odwrócić myśli od gościa mojego przyjaciela więc wybrałem się do ,,mojej miłości".
Jak się okazało ktoś mnie wyprzedził...Był to nie kto inny jak syn Dionizosa - William.Miał ciemne włosy i brązowe oczy. Wyglądał na piętnastolatka .Rozmawiał z córką Afrodyty – Loren. Była to dziewczyna wysoka, zgrabna, o szarych oczach i pięknych jasno blond włosach.
- Witaj Loreno,jak się masz? - Zacząłem.
- Spadaj - prychnął William.
- Nie ciebie się pytałem - odarłem - Droga pani,czy zechciałabyś wybrać się jutro ze mną na kolację? - zaproponowałem.
- Och dziękuję ci, Mordredzie lecz William zaprosił mnie jutro na spacer. Więc może dzisiaj? - 
- Niestety, dzisiejszy wieczór mam zajęty, noo wiesz, ktoś musi zająć się umarlakami - skłamałem,byłem świetny w tym (w przeciwieństwie do Imrego).
- Och Mordredzie, czy umarlaki są ważniejsze ode mnie? - Zapytała spontanicznie i z ironią, po czym odeszła w kierunku pokoju bliźniaczek Ateny.
- Och, jaka szkoda…Romeo ma ważniejsze sprawy na głowie…- odezwał się zaczepnie William.
- Ty mi kurduplu nie podskakuj – warknąłem. Chłopak był ode mnie niższy o głowę. - Loren to dla ciebie za wysokie progi...
- Zamilcz! -  wykrzyknął. - Ona jest już moja! Odpuść sobie ją, jeśli chcesz nadal przebywać na Olimpie.
- Grozisz mi?! - Podniosłem głos. - Ty?Nędzny syn boga winnej latorośli masz czelność mi grozić?! - ryknąłem, aż William skulił się w sobie i zaczął się cofać w tył, aż uderzył plecami o ścianę. - A teraz posłuchaj mnie uważnie: jeżeli chcesz dalej żyć na Olimpie to mi młody nie podskakuj, bo masz do czynienia z Księciem Otchłani i momentalnie znajdzie się u mnie miejsce na kolejnego umarlaka… - najwyraźniej to podziałało,bo ten patałach zrobił maślane oczy lecz ja na takie sztuczki byłem niewrażliwy. - Hahaha myślisz, że weźmiesz mnie na litość? Chyba zapomniałeś,że moja matka była konsekwentna i nie miała NIGDY litości! Więc teraz na kolana i błagaj o wybaczenie - rozkazałem.
William miał opory i zapytał :
- Mordredzie, czemu tak bardzo zależy ci na Lorenie?
- A tobie? - Odpowiedziałem pytaniem.
- Noo jest ładna, mądra, miła no i w ogóle jest po prostu idealna…
- Ech, ale ty durny jesteś… - skarciłem go. - Chodzi o to czy chcesz być z nią na całe życie czy nie?
- N..na całe życie? - Przeraził się.- A..ale ja nie chce się z nią wiązać na całe życie! Musze odwołać ten spacer! Wygrałeś Mordredzie… - poddał się o odszedł, a natomiast ja triumfowałem.
Te ,,odwiedziny” były tak długie, aż się ciemno zrobiło. Powinienem wracać,no bo w końcu umówiłem się z Imre. Powoli rozpłynąłem się w czarnej mgle i wróciłem do domu. 
Mordred i Lena
W końcu pojawiłem się w domu. Była już dwudziesta trzecia trzydzieści. Ech znowu mnie kolacja ominęła, ale trudno, przyzwyczaiłem się do odgrzewanego jedzenia. Wyjąłem mój talerz z lodówki i raczyłem się poczęstować tortem czekoladowym z polewą toffi. O Zeusie jak ja kocham czekoladę i toffi. Starałem się jeść ten rarytas jak najwolniej, ale nim poczułem smak czekolady w ustach tortu już nie było. Zrezygnowany zacząłem niespokojnie chodzić pod drzwiami i wyczekiwać północy. Nagle na schodach usłyszałem lekkie kroki. Spojrzałem w ich kierunku i dostrzegłem Persefonę. Stała i wpatrywała się we mnie z dziwnym wyrazem twarz, jakby współczującym.
- Hej - zagadnąłem. - Co tam młoda? 
- Chciałam cie przeprosić za wczoraj. Naprawdę źle się zachowałam, tak więc przepraszam - te słowa wyszły z moich ust z trudem, ale nie odczuwałam już poczucia winy.
- Eeem...- byłem zdziwiony. Czy Persefona mnie właśnie przeprosiła!? Przecież to nie możliwe! - Noo nic się niee stało. - Odparłem zbity z tropu po czym powiedziałem coś,czego nigdy bym do niej nie powiedział. - Ja również powinienem cie przeprosić...
 - Proponuje zapomnieć o wczorajszym wydarzeniu i żyć dalej. To jak, zgoda? - Mówiąc takie rzeczy czułam, że to wbrew naturze Persefony, ale przecież miałam zmienić dawną Persefonę.
- Nooo... - wahałem się. - OK. - Uważałem, że powinienem jej wybaczyć. - No to co tu robisz o tak późnej porze?- Zagadałem.
- No, yyy, nie dałam rady spać więc wybrałam się na małą przechadzkę. A ty co tu robisz?  
- Ja nie dawano wróciłem z Olimpu i raczyłem się poczęstować tortem z lodówki... Ponadto czekam na kogoś. - Niebawem miała wybić północ i chciałem już zakończyć rozmowę z moją kuzynką
- Tak więc lepiej sobie pójdę, bo czuje się w tej chwili tutaj niechciana, ale nie wydaje ci się ani trochę dziwne zapraszanie kogoś o północy?   
- Muszę poważnie porozmawiać z moim przyjacielem... - Nie wiedziałem co dalej powiedzieć. - A w dzień był dosyć za... - Nie dokończyłem bo usłyszałem za drzwiami frontowymi głosy. Zaraz,zaraz...Głosy?! Tak,były to dwa głosy: męski i żeński. Męski na sto procent należał do Imrego a ten żeński? Nie mogłem go zidentyfikować. 
- Chyba twój przyjaciel właśnie przybył i przyprowadził ze sobą jeszcze kogoś - usłyszałam głosy tak dobrze jak on, mimo że byłam na wyższym piętrze. Byłam ciekawa, kim że są te dwie osóbki.   
- Poczekaj tutaj - zaproponowałem - za chwile wrócę- i opuściłem ją,lecz nie na długo, bo gdy otworzyłem drzwi do środka wleciał Imre z tą paskudą. - Imre! - wrzasnąłem.- Co ty przyprowadziłeś do Hadesu!? Przecież tego nawet piekło nie weźmie! -zbulwersowałem się, no bo po co mi ta maszkara w moim domu...
- Mordred, ja wiem,że nie powinienem przyprowadzać Nel tutaj, ale ona nie mogła zostać u mnie w pokoju - próbował nade mną zapanować.
- No dobra,skoro jest tutaj nie mała grupka zarządzam,byśmy przeszli do biblioteczki.


 ***
Szliśmy po ogromnych schodach, a następnie zawitaliśmy do mojego ulubionego miejsca w zamku - biblioteki. Usiedliśmy tam na ogromnej kanapie, ja koło Mordreda, a dziewczyna z chłopakiem koło siebie.  
- No cóż, może lepiej jak się wszyscy zapoznamy -zaproponowałem z przekąsem spoglądając na Imrego.
- Ach tak. Moi drodzy to jest Nel, moja przyjaciółka - dziewczyna siedziała milcząca,co rzucało się w oczy,aż nie wytrzymałem.
- Dlaczego ona nic nie mówi? - Zapytałem. 
- Bo ona nie umie mówić po grecku... - mruknął Imre.
- To gdzie ty do cholery byłeś?
- No na ziemi..
- W jakim kraju?
- W Polsce...
 Ty bencwale, co ci w Grecji nie pasowało?! Klimat?!
Nie mogłam wytrzymać tych ich wrzasków, w sumie nie tylko ja, bo Nel wyglądała na przerażoną. Postanowiłam interweniować.
- Chłopcy, uspokójcie się - powiedziałam łagodnie by nie wystraszyć bardziej dziewczyny - ja z nią pogadam. Świetnie znam język, którym ona się posługuje - zaproponowałam.     
- A niby skąd ty możesz znać polski?! - Zapytałem. - Tylko Imre umie mówić wszystkimi językami świata, skoro jest synem Hermesa co nie? - I popatrzyłem na Imrego.
- O...oczywiście, że tylko ja i mój ojciec znamy wszystkie języki świata... - chłopak był jak zawsze skromny co zawsze mnie tak denerwowało w nim.
- No dobra, teraz nasuwa mi się pytanie: po co ją tutaj zabrałeś? - Zapytałem z podejrzliwą minął. Imre miał mi już odpowiedzieć, gdy nagle Persefona poruszyła się niespokojnie. 
- Lepsze byłoby pytanie kto idzie w ta stronę, drogi kuzynie, a polskiego nauczyłam się na małych wakacjach - uśmiechnęłam się w duchu. Wiedziałam, że wkurzy się odrobinę za to, co powiedziałam, ale powinien być bardziej uprzejmy dla Nel. Była taka jak ja w swojej prawdziwej formie. Nie mogłam zostawić jej na lodzie.  
- Wszyscy cicho! - Zarządziłem półszeptem. - Schowajcie się gdzie popadnie, to mój ojciec! - Po wypowiedzeniu tych słów szybko schowałem się za jednym z regałów, Imre z dziewczyną ukryli się za wysoką zasłoną, która był od podłogi, aż do sufitu, jednak nie wiedziałem jaką kryjówkę sobie wybrała Persefona, miałem jednak nadzieję, że dobrze się ukryła.W ostatnim praktycznie momencie się schowaliśmy, bo niedługo potem drzwi do biblioteki otworzyły się otworem, a w nich stanął mój ojciec, rozglądał się po całym pokoju jakby czegoś szukał.Niestety zaczął szukać czegoś w regale, za którym się ukryłem.  
- Wuju, co ty tutaj robisz? - Wyskoczyłam nagle ze swojej kryjówki, by uratować tyłek Mordreda.
- Persefono, nie strasz mnie. Rozglądałem się za jakimiś dokumentami, które przysłali dzisiaj z Olimpu. Z resztą mógłbym zapytać cię o to samo. Więc czekam na odpowiedź?
- Zaczytałam się. Masz tu całkiem imponującą kolekcję więc postanowiłam zdobyć trochę wiedzy - próbowałam się uśmiechnąć, ale zbytnio mi to nie wychodziło.
- Aha - przymrużył oczy - lepiej idź już spać, bo jest naprawdę późna pora.  
- Dobrze. Dobranoc. - Rzuciłam słowa przez plecy i wyszłam.  
Persefona wyszła natomiast mój ojciec nadal został.
- Już po mnie - pomyślałem. No bo przysłali mu wiadomość o mojej bójce. O bogowie miejcie mnie w opiece...Porozglądał się jeszcze chwilę i wyszedł. Imre i Nel wszyli zza zasłony, ale ja  miałem problem z dokonaniem tego. Regał, za którym się ukryłem nie był zbyt stabilny i przechylił się w moją stronę przyciskając moją lewą nogą do ściany.
-Wyłaź Mordred, twój ojciec już poszedł -zarządził Imre.  
- Kiedy ja nie mogę wyjąć nogi - jęknąłem.
- No nie gadaj - w jego głosie słychać było rozbawienie. - Sam nie dam rady przesunąć regału, muszę iść po pomoc...
-Tylko nie po ojca! - Zawyłem.
- Oczywiście, że nie po ojca, po Persefonę...
- Ale... - zastanowiłem się - no dobra niech będzie. 
***
Ktoś zapukał do drzwi. Był to Imre, jeżeli dobrze pamiętałam imię.
- Dzięki za uratowanie nam tyłków, ale teraz mam do ciebie jedną prośbę.
- Jaką - zapytałam, zawsze byłam ciekawska.
- Mogłabyś mi pomóc osunąć regał w bibliotece, Mordred nie może wyjąć nogi, To jak?
- Dobra. Prowadź do tego regału - i uśmiechnęłam się. No bo jak być bogiem i nie mieć siły takiej, aby lekko przesunąć regał. Znów się trochę zaśmiałam i ruszyłam za Imre.  


***
Po chwili znaleźliśmy się w bibliotece. Rzeczywiście noga Mordreda utknęła. Gdy podeszłam bliżej, to Laluś zakręcił oczami i poddał się bez walki. Najwyraźniej chciał się wydostać jak najszybciej.
Pomogłam Imremu przesunąć regał, a Mordred nawet nic nie powiedział. Nie byłam zbyt silna lecz cieszyłam się, że mogłam mu choć trochę pomoc. Zawsze czułam się bezużyteczna i bezradna, teraz zmienia się to, tak samo jak ja się zmieniam. 
Mordred
Nie wiedziałem, czy mam się cieszyć czy płakać... No bo, jak syn Hadesa nie mógł wyciągnąć zaklinowanej nogi spod regału? Pod czas, gdy Imre poszedł szukać pokoju Persefony, ta mała paskuda (noo może jednak nie była taka brzydka, ale boginie są o wiele lepsze) usiadła niedaleko mnie i zaczęła się na mnie gapić:
- Czego się lampisz?! - Warknąłem. Przechyliła głowę na bok jakby nie rozumiała. - Ech, i tak się z tobą nie dogadam - westchnąłem. 
Gdy skończyliśmy tę interesującą ,,rozmowę" przybiegł Imre z Persefoną. Razem udało się im przesunąć regał i uwolnić moją już spuchniętą nogę. Nie chciałem pokazywać się innym w tym stanie więc bez słowa szybko wyszedłem z pokoju prosto do łazienki kulejąc. Szukałem jakichś bandaży, czy czegoś ale nie znalazłem,więc poczłapałem do swojego pokoju, a za mną wszedł do niego Imre.
- Mordred, wszystko w porządku? - Zapytał się.
-Taa, dzięki - mruknąłem.
-Pokaż nogę - zaproponował. - Można powiedzieć,że znam się trochę na medycynie...
-Hahaha, ty się na medycynie znasz?! Ty, który sam potrzebujesz lekarza!? - Oburzyłem się.
- Ej no, nie obrażaj mnie, to że ty masz lęk przed zejściem na ziemię i ludźmi nie upoważnia cię do obrażanie mej osoby - jak zwykle przemawiał jak cholerny poeta.
- Wal się - mruknąłem.
- No cóż.Hmmm... Gdzie to u ciebie jest? - Po czym zaczął rozglądać się po moim pokoju. Nie znalazłszy tego czego szukał przeszedł do łazienki i przyniósł jakieś tabletki. - Łyknij kilka -zaproponował.
- Przecież to tabletki na sen! - zaprotestowałem,ale gdy napotkałem błagalny wzrok Imrego zażyłem dawkę, którą mi podał. Pociemniało mi w oczach i więcej już nie pamiętałem.

Lena i Nel
Imre wyszedł za Mordredem i tyle go widzidziałyśmy, ja zostałam sama z Nel. Nie miałam bladego pojęcia co mogłybyśmy razem robić przez ten czas.
- Hej, nie bój się, nie jestem taka jak Mordred, więc ze mną możesz normalnie pogadać. - Próbowałam być jak najbardziej łagodna by się nie była znów tak przerażona jak wcześniej.  
- N..no dobra - nie wiedziałam o czym mam rozmawiać z tą olśniewającą boginią choć miała rację, nie była taka jak Mordred, który był olśniewający tak jak ona.  
 - Naprawdę, możesz do mnie mówić jak do swojej znajomej, bo dziwnie się czuję jak tak się na mnie patrzysz. - Teraz to ona sama mnie przeraziła. Nie wiedziałam jak zbytnio rozmawiać z osobą w jej wieku, ale podjęłam się tego zadania więc próbowałam jakoś nawiązać z nią kontakt. 
- E..em, noo to czego boginią jesteś, zapytałam-bo ja wiesz noo, chrześcijanką jestem i nie bardzo znam się na innych religiach. - Zaczęłam paplać bez ładu i składu jak jakaś idiotka.    
- Jestem córką Zeusa i Demeter. Odziedziczyłam swoje moce po matce i tyle, po ojcu nic nie dostałam. Potrafię zwrócić do życia rośliny i ogólnie to jestem boginią urodzaju. Ja nie jestem zbyt ciekawą postacią, ale ty wręcz przeciwnie. Opowiedz mi coś o  sobie.  
- J...jak to, ja? - Zdziwiłam się. - J... ja wcale nie ma takiego ciekawego życia  jak myślisz.   
- Ale twoje życie jest mniej przewidywalne niż moje, ja zawsze wykonuje prawie takie same czynności, a przed tobą świat stoi otworem. - Naprawdę chciałam wiedzieć, co robi taka piękna dziewczyna na co dzień. Ja w moim prawdziwym świecie nie dorównuję jej urodą i dlatego moje życie tam było nudne i pozbawione kolorów.    
- Może to i prawda - mruknęłam zastanawiając się.   
- Bo to jest prawda. Moje jedyne ciekawe zajęcie to czytanie książek, a ty uczysz się codziennie czegoś nowego. Ja już nie mogę i tego właśnie ci zazdroszczę.  
- Jakim cudem, przecież twoje życie to bajka, pomijając fakt, że teraz znajdujesz się w Hadesie. Ja, jakbym mogła wybierać gdzie i jak mam żyć, to właśnie chciałabym żyć jak ty. - Powiedziałam jej co myślę.
- Widzę, że się dogadamy. - Rzekłam tyle i razem przeszłyśmy do ciekawszych tematów.    
Imre odprowadził Mordreda do jego pokoju i długo go nie było. Powoli zaczęłyśmy się zastanawiać, co oni tam wyprawiają. Oczekiwanie stawało się dłuższe i dłuższe, aż kończyły się nam tematy do rozmowy. Znalazłyśmy nić porozumienia i w ten sposób narodziła się przyjaźń. W końcu przysnęłyśmy na kanapie, a po Imre nie było znaku.