środa, 29 lipca 2015

Rozdział 17

Lena
Nadszedł kolejny dzień w Podziemiu, jednak nie zamierzałam go tam spędzić. Dzisiaj chciałam wpaść do Tessy i Emmy z wizytą. Miałam nadzieję,że to będzie to mile spędzony czas. Najpierw musiałam znaleźć sposób, aby dostać się na Olimp. Jedynym rozwiązaniem było poproszenie Mordreda o pomoc.,
Poszłam więc do jego pokoju. Leżał na łóżku i słodko spał.  Kropelki potu spływały po jego torsie, a włosy były w nieładzie. Od czasu do czasu lekko się uśmiechał i tulił się do kołdry. Ciężko było mi oderwać od niego wzrok lecz nie przyszłam do jego sypialni po to, żeby na niego popatrzeć, tylko prosić o przysługę. Nie chciałam go budzić więc wyszłam i postanowiłam, że udam się do Hadesa. Może on coś zaradzi. 
Był w swoim gabinecie i przeglądał jakieś papiery. Wyglądał na bardzo zajętego, ale gdy mnie zauważył, odłożył dokument na bok i spojrzał ponownie w moją stronę. 
- Witaj, Persefono. Usiądź - i wskazał na krzesło. - Jak się spało?
- Dobrze, dziękuję za troskę. 
- Nie ma za co. Masz jakąś sprawę do mnie? - Zadał kolejne pytanie. 
- W sumie to tak. - Zaczęłam. - Chciałabym dostać się na Olimp, a Mordred śpi i nie chciałam go budzić więc przyszłam do ciebie z nadzieją, że mi pomożesz. To jak?
- Oczywiście, że ci pomogę, ale wpierw chcę się dowiedzieć, w jakiej sprawie się tam udasz.
- Zamierzałam odwiedzić przyjaciółki - Tessę i Emmę. Mam nadzieję, że nie zrobię tym ci wuju kłopotu.
- Ależ nie. Za chwilę cię tam przeniosę.
- Dzięki. - Jak rzekł tak się stało.


***

Znalazłam się na Olimpie w mig. 
Długo poszukiwałam pokoju bliźniaczek,aż w końcu poszłam w stronę pokoju Imrego.Tylko jego pokój znałam i wiedziałam gdzie go szukać.Zapukałam do drzwi,lecz nikt mi ich nie otworzył.Zaczęłam spacerować po korytarzu i zupełnie przez przypadek natknęłam się na Emmę:
- Hej - odezwała się Emma. - Gdzie się wybierasz? 
- W sumie to szłam do was - oznajmiłam jej. 
- Dobrze się składa, bo musisz nam powiedzieć, co zamierzasz włożyć w przyszłym tygodniu - prowadziłyśmy naszą rozmowę na środku korytarza. Zastanawiałam się tylko ... 
- A co jest w przyszłym tygodniu - zapytałam zaskoczona.
 - No nie wierze. O tym wydarzeniu trąbi się co roku. Nie pamiętasz? - zadała pytanie retoryczne. - Jest to przyjęcie z okazji rocznicy ślubu Zeusa i Hery. 
- Aaa, no tak - doznałam olśnienia. Nie wiem jakim cudem nie pamiętałam o tym wydarzeniu, skoro miałam wspomnienia prawdziwej Persefony, która w tym czasie robi nie wiadomo co z cukiernią moich rodziców nieboszczyków i uwodzi połowę najprzystojniejszych facetów w całym mieście, którzy nie są zajęci i to moim ciałem.
- Może chodźmy do mojego oraz Tessy studia i zastanówmy się nad twoją przyszłą kreacją i pogadajmy jak za starych czasów - zaproponowała Emma. 
- Dobrze - zgodziłam się bez oporu, bo wiedziałam, że prędzej czy później postawi na swoim. Ruszyłyśmy w stronę studia dziewczyn. Korytarz był niekończącym się labiryntem. Cieszyłam się, że byłam tam z Emmą, bo sama bym się zgubiła. W końcu doszłyśmy do drzwi, których nie sposób rozpoznać. Były ogromne i przerażające, ale zarazem piękne. Ręcznie rzeźbione i beżowe.
Gdy podeszłyśmy bliżej drzwi, otworzyły się przed nami i ukazały inny świat. Świat mody. Naprawdę. Ciuchy wisiały na wieszakach, leżały na stołach, a buty stały na ogromnej półce w rządkach. To był raj. Nigdy nie widziałam tak przecudownych ubrań zebranych w jednym miejscu. Było mi smutno, ale zarazem byłam szczęśliwa. Smutna, dlatego że wcześniej nie miałam dostępu to tego nieba, a szczęśliwa, dlatego że teraz miałam taką możliwość. Warto było pójść do piekła, po to by to wszystko mieć. Chciałabym na zawsze zostać w tym małym raju.
- Cześć Persefono - wykrzyknęła Tessa na powitanie, która znajdowała się teraz w pozycji stojącej. Podbiegła do mnie i przytuliła się mocno. 
- Hej Tesso - odpowiedziałam odrobinę onieśmielona. 
- Długo do nas nie przychodziłaś, bałam się, że już nie uważasz nas za swoje przyjaciółki, ale Em zawsze powtarzała mi, że tak nie jest i że jesteś po prostu bardzo zajęta - wskazała na siostrę, a ta przyłączyła się do naszego niedźwiedziego uścisku. - Cieszę się, że okazało się to prawdą, kamień spadł mi z serca - w jej słowach nie było kłamstwa, sama szczerość. 
- Tęskniłyśmy za tobą - rzekły chórem. 
- Ja za wami też dziewczyny - wtedy, gdy powiedziały, że za mną tęskniły, zajrzałam w pamięć prawdziwej Persefony i dowiedziałam się, że one były jej najlepszymi przyjaciółkami. Nie chciałam żeby ich relacje się zepsuły przez te pół roku więc postanowiłam, że będę z nimi spędzała jakąś część mojego wolnego czasu.
Oczywiście chciałam jeszcze coś innego porobić, gdy będę miała święty spokój, ale nie wdrążajmy się w to w tej chwili, na razie ważne było że mam przyjaciółki w tym miejscu.
Skończyłyśmy obściskiwanie się i przeszłyśmy do pomieszczenia znajdującego się za drzwiami zrobionymi z dwóch wielkich luster. Zasiadłyśmy w bardzo wygodnych fotela i zaczęłyśmy pogawędkę przy naszej ulubionej kawie.

Nel Całkiem miło gawędziło się z synem Zeusa. Opowiadał mi o aurach panujących wokół różnych istot, na przykład wokół ludzi panuje fioletowa aura, wokół nimf zielona, wokół bogów/bogiń złota, a wokół potworów brązowa. Całkiem ciekawie to opowiadał. W końcu zadałam mu pytanie które mnie od zawsze ciekawiło:
- Marco, powiedz mi ... Czy Bóg istnieje?
- Ech, wiesz co Nel? Nie wiem, nie chcę byś zmieniła pogląd na swoją wiarę, ale wydaje mi się, że skoro my istniejemy to i wasz Bóg istnieje - pocieszył mnie.
Po jego słowach zrobiło mi się cieplej na sercu. Razem z nim spoglądałam w niekończącą się dal i oddychałam czystą bryzą. W końcu głód dał mi się we znaki. Spojrzałam ukradkiem na Marco i powiedziałam:
- Nie jesteś głodny?
- Nie, jadłem jak spałaś. A co? Ach,ale ze mnie idiota. Zaczekaj tutaj, pójdę poszukać czegoś jadalnego. - Wstał i ruszył w stronę ,,buszu", który znajdował się niedaleko naszej jaskini.
Zaczęło się ściemniać więc postanowiłam rozpalić wygasłe ognisko, które znajdowało się w naszym ,,domku". Na brzegu było dosyć sporo gałązek i tym podobnych. Gdy wrzuciłam je do ogniska ogień i dym buchnęły mi w twarz. Dusiłam się od tych oparów, co spowodowało, że wróciłam na swoje posłanie. Marco długo nie wracał, a na zewnątrz było ciemno jak w piwnicy u mnie w domu. Zaczynałam się bać, znaczy nie ciemności,tylko w tym miejscu panowała ponura i przytłaczająca atmosfera. Chciałam już wyjść z jaskini, gdy z ,,buszu" dobiegł mnie odgłos łamiących się gałęzi i szelest liści.
- Uff,chyba Marco już wraca - pomyślałam lecz niestety się myliłam ... Coś zmierzało w moją stronę. Głośne sapanie, jakby od zmęczenia odbijało się echem od fal wody. Rozejrzałam się po całej jaskini i dostrzegłam małą dziurę na jej samym końcu. Szybkim ruchem wskoczyłam do niej i schowałam się jak najgłębiej. Zdążyłam w ostatniej chwili zanim owo "coś" weszło do jaskini. Wstrzymałam oddech i tak próbowałam wytrzymaj dopóki intruz nie opuściłby jaskini. Mój "gość" stanął przy ognisku i ukazał swe oblicze. Nie był to nikt inny jak chłopak o blond lokach do ramion i świecących w ciemności turkusowych oczach.
- Imre! - Wrzasnęłam uradowana. Obrócił się w moją stronę i podbiegł do szczeliny, w której się ukryłam. Wyciągnął rękę i pomógł mi z niej wyjść. Teraz stałam przed nim i uśmiechałam się do niego od ucha do ucha.
- Nareszcie cię znalazłem! - Wydyszał. - Musimy szybko stąd spadać, bo coś jest z tą wyspą nie halo. - Szybko się rozejrzał dookoła z nutą niepewności w oczach.
- A Marco? - Zawsze myślałam i troszczyłam się o innych.
- On sobie poradzi - sapnął i chwycił mnie za rękę. Pobiegliśmy w stronę wyjścia, ale coś nam zagrodziło drogę ... Przed nami stanęło niezwykle wysokie stworzenie (większe nawet od Marco). Miał na głowie rogi?
- Minotaur - wyszeptał zesztywniały Imre. - Spróbujmy się powoli wycofać do twojej kryjówki, co ty na to Nel?
- W zupełności się z tobą zgadzam - również zaczęłam szeptać. Imre tak jakby mnie zasłonił, a ja w tym czasie ledwo zauważalnie czmychnęłam do dziury w ścianie. Gdy już znalazłam się w szczelinie chłopak szybko ruszył w moje ślady,a za nim pędził Minotaur z rogami w kierunku blondyna. Imre wskoczył do szpary i razem ściśnięci tam siedzieliśmy. Stwór koczował przed naszą kryjówką i próbował się do nas dostać, ale rogi mu to utrudniały. Bałam się niesamowicie. Byliśmy w potrzasku, znikąd pomocy,ratunku,a tym bardziej wyjścia. Nagle zaświtała mi w głowie pewna myśl. Strasznie nam ciasno było, ale jakoś udało mi się dosięgnąć ręką do naszyjnika schowanego pod bluzką. Szybkim ruchem potarłam kciukiem nieoszlifowany kryształ. Na zewnątrz zagrzmiało i za razem zrobiło się jasno jak w dzień, ale tylko na jakieś dwie sekundy. Minotaur przestał się do nas ,,dobierać" i się odwrócił w kierunku wyjścia jaskini. Szybkim ruchem oberwał pięścią w twarz, aż się zatoczył na drugi koniec jaskini. Wtedy Marco wrzasnął:
- Wychodzić! - Żadne z nas nie zamierzało się go nie posłuchać. Pierwszy wyszedł Imre, bo ostatni wszedł. Marco starał się jak najdłużej zajmować Minotaura, przez co dał nam czas na opuszczenie naszej kryjówki. Wybiegliśmy z jaskini, a blondyn porwał mnie na swoje ręce i wzbił się w powietrze.
- O Boże!!! - Wrzeszczałam jak oszalała, miałam potworny lęk wysokości. Wbiłam swe paznokcie w jego ramię dosyć głęboko, bo nie zdołał ukryć grymasu na swojej twarzy. - Wybacz - mruknęłam.
- Spoko - posłał mi wymuszony uśmiech. Zapewne do przyjemności nie należało trzymanie dziewczyny ważącej czterdzieści siedem kilogramów i wbijającej się w ramiona. Lecieliśmy co raz wyżej, a ja co raz bardziej sprawiałam Imremu męki moimi paznokciami. W końcu dotarliśmy na Olimp. Weszliśmy ,,tylnym wejściem" żeby nikt nas nie zauważył. Chłopak był strasznie niepewny i spięty. Starannie sprawdzał każdy centymetr korytarza, aby nikt się na mnie przypadkiem nie natknął. Po tym ,,spacerze" dotarliśmy do jego pokoju. Szybko zamknął drzwi na klucz i zmęczony rzucił się na łóżko. Popatrzyłam na niego i poszłam się umyć...

Lena
Gadałyśmy na temat mojej przyszłej sukni bitą godzinę. Dziewczyny postanowiły, że uszyją mi przepiękną suknię i wybiorą do niej dopasowane szpilki. W kwestii dodatków miałam wolną rękę lecz mój wybór miał być zawężony do zasobów znajdujących się w ich studiu. Mi to wystarczało. I tak nie przepadałam za dużą ilością dodatków więc na pewno "skarbiec" dziewczyn nie zostanie opróżniony.
Powoli rozmowa schodziła na temat chłopców. Tess i Em nawijały o tabunach przystojniaków, którzy przyjdą na dzień w cudownym ośrodku wypoczynkowym, który należy do nas wszystkich rodziców, czyli w skrócie bogowie w naszym wieku nie mieli do tej pory tam wstępu, ale że jest rocznica ślubu dwójki najważniejszych bogów na Olimpie, to w akcie dobroci pozwolili nam na ten jeden dzień z niego korzystać. To było miłe z ich strony, ale ja nie mogłam już słuchać tego co one o tym gadały. Mało brakowało żebym przestawiła się na ich oprogramowanie.
W końcu rozmowa przyjęła inne tempo w wyniku, którego Em i Tess zaczęły mnie wypytywać, o to co niby jest między mną i Hav'em. No owszem, było z niego niezłe ciacho i flirciarz, ale nie byłam pewna tego, czy w ogóle między nami coś jest. Naprawdę był milusi, ale nie wiedziałam, czy jestem gotowa na jakąkolwiek przygodę, poza tą, którą teraz przeżywam. Naprawdę mnie pociąga, głównie te jego pełne usta, które same proszą się o pocałunki.
Moje przemyślenia przerwał głos Tess.
- Sybilla wygłosiła nową przepowiednię, niewiele osób ją słyszało. Podobno dotyczy twego chłoptasia Hav'a. Słyszałaś ją - zadała mi pytanie, które zbiło mnie z pantałyku.
- Nie - odpowiedziałam najprostszym słowem, a zarazem jedyny, które miałam w głowie, gdy oczekiwano ode mnie odpowiedzi.
- Skoro nie słyszałaś, to musisz koniecznie usłyszeć, na pewno cię zaciekawi - stwierdziła Em. - Niech Tessa ci ją opowie, ma do tego naprawdę talent.
- Okay. Skoro nalegacie to przyjmę te wyzwanie z wielką chęcią, ale uprzedzam, że będzie to w dużym skrócie, bo za dużo tego jest - zakomunikowała nam Tess. - To leci tak. "Loren - córka bogini Afrodyty. Miłość do mężczyzn wciąż trawi jej ciało i ciągle jest jej mało. Dopóki nie znajdzie wybranka swego, z którym powiązana przyszłość dziecięcia tego. Matki narodziny wskazówkę dają, że zakochani nigdy nieszczęścia nie zaznają. Miłości niekończąca ich połączy, a wraz z nią krew po ziemi będzie się sączyć. Podpowiedź jest taka: co z morza przybyło do niego też wraca."



Nel
Po prysznicu położyłam się spać na sofę,która znajdowała się w pokoju Imrego. Długo nie mogłam zasnąć, w końcu postanowiłam dokładnie obejrzeć mój ,,mały skarb", który był zawieszony na mej szyi. Przez okno na kanapę padało światło księżyca co ułatwiało mi studiowanie naszyjnika. Obracałam go w dłoniach, był taki średni. Aż przeraziło mnie wspomnienie, że w rękach Marco wydawał się być niczym malutka piłeczka kauczukowa. W pewnym momencie skierowałam kryształ na ,,promienie" księżyca. Wtedy mym oczom ukazał się niesamowity widok. Na ścianie, w miejscu, gdzie światło padało na wylot od wisiorka ujrzałam coś w stylu wierszyka:
,,Jeżeli mnie znalazłaś to się ciesz,
Nie wiem jak dużo o mnie wiesz.
Jestem ukryty w księżyca świetle,
Lecz spotkać mnie możesz tylko w piekle.
Niech nie umknie twej uwadze,
To, że nieszczęście na ciebie sprowadzę.
Jest to ma zachęta,
Do zdjęcia piekielnego piętna ..."
Nie wiedziałam, co to mogło oznaczać ... Prośba o pomoc? No cóż, niezbyt zachęcająca. Zerknęłam w stronę Imrego, by sprawdzić czy śpi. Chciałam zapytać Marco czy to jakiś żart czy coś, lecz z drugiej strony miałam ochotę pogawędzić trochę ze śpiącym blondynem. Ech, nie zostało mi nic innego jak zaczekać do rana. Znów położyłam się do łóżka, a właściwie na sofę i próbowałam zasnąć, aż w końcu mi się udało.

 ***

Rano obudziłam się przykryta kocem. Strasznie byłam niewyspana. Jak zombie zatoczyłam się do łazienki, aby wziąć mój poranny prysznic.Wchodzę a tu, przed moimi oczami stoi Imre w śnieżnobiałym ręczniku związanym w pasie. Swoje loczki wycierał również śnieżnobiałym materiałem. Stałam tak jak zahipnotyzowana, dopóki chłopak nie spojrzał na mnie pytająco. Zarumieniłam się po korzonki włosów i praktycznie sparaliżowana wróciłam z powrotem do pokoju. Usiadłam na kanapie i zaczęłam przypominać sobie scenę, którą miałam przed sobą: Imre, który stał na środku łazienki ''ubrany" tylko w ręcznik. Nie umknął mej uwadze jego sześciopak oraz kilka innych mięśni. Był po prostu BOSKI! Z mych rozmyśleń wyrwał mnie głos Imrego:
- I jak wyspałaś się? - zapytał lekko zawstydzony.
- Eeem ... Noo nie do końca ... A ty? - oboje byliśmy onieśmieleni.
- Jakoś ... - chwila ciszy, aż w końcu zmieniłam temat.
- A mam do ciebie takie małe pytanko, a właściwie ich trochę więcej ... No więc pierwsze: czemu twój ojciec mnie nie lubi?
- Eeee ... Znaczy się on nie to, że on ciebie ,,nie lubi" tylko uważa, że to co ziemskie powinno być na ziemi a to co boskie na Olimpie ... On jest za to odpowiedzialny.
- Pytanie drugie: jak nas znalazłeś?
- Noo, to dobre pytanie - podrapał się po głowie i rzekł. - Szukałem cię wszędzie, ale to było za trudne zadanie więc zacząłem szukać Marco. Jego aura jest o wiele jaśniejsza i bardziej rzucająca się w oczy. A tak w ogóle wiesz coś o aurach?
- Jasne, Marco mi o nich opowiadał.
- Aaa no to spoko ... - w jego głosie było słychać irytację i nutkę zazdrości.
- Ej, Imre - zagadałam. Chłopak popatrzył mi prosto w oczy, a one zdawały się przekazywać, jak wiele dla niego znaczę. Najchętniej bym go przytuliła, ale chyba dziewczynie nie wypada robić ''pierwszego kroku"? W dodatku nie wiem, czy przypadkiem Imre nie ma innej czy coś ...
- Słucham - odparł ze spokojem nadal spoglądając głęboko w moje oczy, jakby chciał przejrzeć moją duszę na wylot.
- Wiesz... - nie chciałam tego przerywać. To było takie ... I nagle jak grom z jasnego nieba wlazł do jego (a raczej naszego) pokoju Marco. Szybkim ruchem odsunęłam się od blondyna i spojrzałam pytająco, a za razem wyczekująco na gościa.
- Witaj Marco - przywitał się Imre próbując ukryć irytację w swoim głosie.
- Miło was widzieć - odpowiedział brunet. Coś mnie w jego wyglądzie niepokoiło. W końcu udało mi się powód mego niepokoju znaleźć:
- Och! - jęknęłam.- Marco, c-co ty masz na twarzy? - na policzku miał perfidną ranę.
- E tam, to nic takiego - pocieszał mnie. - Trochę się pokłóciliśmy z Minotaurem, noo i wiesz ... - mówił jakby w ogóle się tym nie przejmował.
- Przecież to trzeba szybko opatrzyć! Imre, masz jakieś bandaże i wodę utlenioną?
- Bandaże są, ale mam spirytus zamiast wody utlenionej - powiedział to z satysfakcją w głosie. Wiedział, że spirytus jest o wiele boleśniejszy niż woda utleniona.
- Też się przyda. Przynieś te rzeczy szybko! - i wyszedł do łazienki. Marco to wykorzystał.
- Wiesz, wybacz, że zabrałem cię na wyspę Minotaura. Ale to było pierwsze i najbliższe miejsce jakie przyszło mi do głowy - podrapał się po swoich brązowych włosach.
- Nic nie szkodzi ... - bąknęłam.
- No, ale mam to na co zasłużyłem - i spojrzał na odbicie swojej twarzy w lustrze, przy którym stał. W końcu wrócił Imre z zaopatrzeniem.
- Proszę bardzo - wyłożył wszystko co przyniósł na komodzie.
- Ech, pokaż tę ranę - popatrzyłam na Marco, który od razu mnie posłuchał i usiadł na sofie. Tak się składało, że akurat jak on siedział był wzrostem równy ze mną ... Miałam okazję przyjrzeć się lepiej jego niezwykłym oczom i dostrzec w nich różnorodność. Jak dla mnie były piękne, ale nie zamierzałam mu tego powiedzieć z dwóch powodów. Jednym z nich była obecność Imrego, a drugim moja nieśmiałość. Ta sytuacja była trochę dziwna. Wolałam jednak o tym nie myśleć, gdy widziałam rany Marco. Naprawdę mu współczułam i było mi smutno, gdyż doznał obrażeń z powodu ochrony mnie i Imrego. Czułam się zobowiązana do tego, aby pomóc mu wrócić do pełnego zdrowia.
Wzięłam więc spirytus do ręki i zaczęłam oczyszczać jego ranę na policzku. Gdy dotknęłam nasączonym wacikiem jego skóry syknął przez zęby. Usłyszenie tego odgłosu wcale nie poprawiło mojego humoru. Coraz bardziej chciałam, by już wyleczony. Kontynuowałam rozpoczętą przeze mnie czynność. Starałam się to robić najdelikatniej jak umiałam, obchodziłam się z Marco jak z małym dzieckiem, które potrzebowało całodobowej opieki.
Nie wiem czemu, ale Marco od początku mej ,,kuracji"dziwnie się uśmiechał. To było odrobinę przerażające, ale i przyciągające.W jego uśmiechu krył się zarazem triumf jak i przyjemność. Jego oczy błyszczały od przychodzących łez, ale był silny i nie pozwolił im ujść na świat. Zwróciłam na to uwagę:
- Nieźle się trzymasz - pochwaliłam.
- Nie ma pięciu lat - burknął Imre oparty o ścianę, który przyglądał się uważnie temu zabiegowi.
- To wcale nie boli...Aaaagrch - zwinął się z bólu i złapał się z policzek.
- Och Boże! - wrzasnęłam wystraszona. - Wybacz! - zakryłam dłonią usta i przerażona spoglądałam na Marco.
- Nic mi nie jest - powoli podniósł głowę i z powrotem odsłonił policzek. - Możesz kontynuować ...
- Ufff - wciągnęłam i wypuściłam powietrze. - Dobrze, zaczynam.
Później było ,,z górki". Syn Zeusa mniej cierpiał, gdyż spirytus odkaził jego ranę więc pozostało mi tylko nałożyć okład.
- Imre, czy mógłbyś załatwić jakieś torebki z lodem? - zapytałam blondyna nie odrywając oczu od policzka Marco - i jakiś leczniczy krem czy coś w tym rodzaju?
- Jasne - mruknął i wyszedł z pokoju. Zostałam z brunetem sam na sam. Czułam się trochę nieswojo. W pokoju panowała wyczekująca atmosfera. Powoli odeszłam od Marco, by ocenić, jak wygląda jego rana z daleka. Aż mi się słabo zrobiło. Lewą połowę twarzy miał całą czerwoną od spirytusu, a rana rozciągała się od szczęki aż prawie do oka:
- Co on ci zrobił! - szepnęłam.
- To co musiał - odszepnął.
- Opowiesz mi jak to się stało?
- Jeśli sobie tego życzysz ... - ruchem pokazał bym usiadła obok na sofie, lecz ja wolałam nie kusić losu i sięgnęłam po krzesło i ustawiłam je nieopodal ''poszkodowanego przez los" boga. Gdy uznał, że jestem gotowa do wysłuchania jego historii zaczął:
- A więc, gdy uciekliście razem z Imrem, ja zostałem z Minotaurem sam. - W tym momencie zawładnęły mną wyrzuty sumienia. Jak mogliśmy go zostawić? - Rzuciła się na mnie napierając rogami do przodu, ale odskoczyłem w bok i uniknąłem ciosu, który jak mi się zdaje był wymierzony w brzuch. Później znów próbował, lecz pudło.Niestety na moje nieszczęście przy drugim uniku potknąłem się i upadłem, a on to wykorzystał. Przystawił mi swoje rogi do twarzy, a ja rękoma próbowałem je trzymać jak najdalej się da. Z każda chwilą słabłem, aż w końcu lewa ręka puściła, a jego róg spotkał się z mym policzkiem. Ale za to drugą ręką oderwałem mu drugi róg - i wyjął z kieszeni fragment rogu Minotaura. Nie różnił się niczym od rogu zwyczajnej krowy.
- Musiało go to zaboleć - westchnęłam.
- Heh, mnie też policzek zabolał - poskarżył się i zaczął kontynuować. - Gdy Minotaur był zajęty swoim odłamanym rogiem, ja powoli wstałem i wziąłem nogi za pas. Gdy wróciłem na Olimp szybko zatamowałem krwawienie i położyłem się spać. Rano,gdy się obudziłem cała poduszka była we krwi ... - urwał. Nie chciał dalej opowiadać, gdyż ciąg dalszy znałam.
- Wow - tylko na tyle było mnie stać. - I co zamierzasz powiedzieć sprzątaczkom czy komuś, kto zajmuje się na Olimpie sprzątaniem, jak zajdzie do twojego pokoju i odkryje zakrwawioną poduszkę?
- Powiem prawdę, ale taką nie do końca ... - spojrzał na mnie przyjaznym wzrokiem i posłał mi szelmowski uśmiech. Cała zarumieniona odwróciłam głowę na bok, by nie ujrzał jaki kolor przybrała moja twarz, chociaż wiedziałam, że to się na nic nie zda ... Delikatnie ujął moją rękę i przyciągnął do siebie. Kciukiem pieścił moją dłoń i się jej uważnie przyglądał. Wreszcie rzekł:
- Masz takie małe dłonie - w końcu puścił moją dłoń i wyprostował swoją. Gdy przyłożyłam moją rękę do jego. Różnica między nimi był ogromna! Moja dłoń przy dłoni Marco wydawał się jak ręka sześciolatki przy ręce zawodowego koszykarza. Gdy przyglądał się naszym złączonym dłoniom uśmiechał się i spoglądał wyczekująco na mnie. Wiedziałam jedno: z tej rany powstanie szpetna blizna. Usłyszałam znajome kroki na korytarzu i szybko zabrałam swoją rękę i usiadłam na swoim miejscu. Akurat w tym momencie do pokoju wszedł Imre (chwała Bogu).
- Zdobyłem wszystko - sapał, co oznaczało, że się spieszył - był problem z maścią, ale jest - wstałam z krzesła, a on podał mi wszystko do ręki.
- Brrr ... Ten lód, to chyba świeży ... - mruknęłam i odwróciłam się do Marco. Spojrzał na mnie,a jego wzrok mówił ''Tylko nie lód! Zabierz to daleko ode mnie!". Czyżby syn Zeusa bał się zwyczajnego lodu? Przyłożyłam woreczek do jego policzka a ten rzucił głowę w tył, co spowodowało, że zrobił Imremu dziurę w ścianie. Szybkim ruchem złapał się ze tył kłowy i wstał z sofy. Patrzyłam oniemiała. Bardziej przytomny okazał się Imre:
- Stary, przecież to zwykły lód! Czego tu się bać? - oboje nic nie rozumieliśmy do póki nie zobaczyliśmy twarzy Marco. Jego rana zrobiła się sino bordowa. Zakryłam dłonią usta i się cofnęłam o krok. Blondyn natomiast zbliżył się do wyższego o głowę poszkodowanego i uważnie przyglądał się jego lewej stronie.
- O ..... - wiedziałam co miał na końcu języka, aczkolwiek nie odważył się tego wypowiedzieć na głos. - Tutaj sam spirytus nie pomoże. Musze cie zabrać do specjalnego lekarza! I to jak najszybciej, bo będzie z tobą źle...
- Co się dzieje Imre? - zapytałam wystraszona, że coś źle zrobiłam.
- Marco ma na coś uczulenie ... - westchnął. - Na co jesteś uczulony?
- ... - chłopak milczał, lecz ból się nasilił i wyjawił nam wstrząsającą prawdę - na zimno - mruknął i spuścił głowę.
- Na zimno? Serio? - Imre był tym tak samo zdziwiony jak ja i lekko rozbawiony. Lekki uśmiech zniknął z jego twarzy, gdy spojrzał na Marco. - Czyli wystarczy sama maść - mruknął - Idę ten lód odnieść, a ty Nel daj mu krem i nałóż bandaż.
- Dobrze - i chłopak wyszedł z workiem lodu mamrocząc coś pod nosem - Marco, jak się czujesz?-zapytałam z troską w oczach.
- Tak sobie - szepnął - teraz mówienie sprawiało mu problem, gdyż rana spuchła.
- Och ... - tak mi go było szkoda, że mało się nie popłakałam. Teraz nawet nie chciał na mnie spojrzeć, wiedział że wygląda gorzej niż najstraszniejsze straszydło. Nie chciałam by się tak czuł więc podeszłam do niego, ale on odwrócił głowę. Stanęłam na palcach i  się delikatnie do niego przytuliłam. Po policzku spływała mi łza:
- I pomyśleć, że tyle zachodu przez jakiegoś Minotaura ... - westchnęłam. Marco wreszcie raczył spojrzeć w dół na mnie i otarł łzę.
- Nie płacz Nel, to nie twoja wina. - Pocieszał mnie, aż w końcu pocałował mnie lekko w głowę. To było jakieś niezwykłe uczucie. Jakby ...
Po kilku chwilach wszystko zostało opatrzone. Byłam usatyswakcjonowana tym, co osiągnęłam dzięki moim zdolnościom. Mogłam przestać się martwić, bo wiedziałam, że niedługo będzie wyglądał jak dawniej.Spokojnie mogłam startować na pielęgniarkę czy coś w tym stylu.Lubiłam nieść ludziom pomoc.Po ukończeniu gimnazjum miałam plany,by pójść do liceum o profilu medycznym.No właśnie...MIAŁAM

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz