Gdy wstałam rano, trzymałam w ręku dziennik Nemezis. Wczoraj nie zorientowałam się, że wzięłam go ze sobą do swojego pokoju. Teraz, był odrobinę zgnieciony, ale można uznać, że trzymał się nieźle. Dopiero zwróciłam uwagę, która jest godzina, gdy do końca przebudziła mnie lekka bryza.
- Skoro jest tak wcześnie, to chyba mogę zerknąć co tam nagryzmoliła. - Tak więc zaczęłam przewertowywać kartki.
Otworzyłam pierwszą stronę dzienniczka i w oczy rzuciła mi się wielka plama po prawej stronie kartki. Tytuł pierwszej strony brzmiał: ,,Dziennik Nemezis". Przewróciłam kartkę i zaczęłam czytać. Pierwszy wpis dotyczył tego, jak bardzo cieszyła się z ciąży, ale można było zarazem wyczuć smutek w jej słowach. Nie wiedziałam, jak to jest czuć emocje tak sprzeczne ze sobą. Czytałam dalej. Opisywała swoje złe i dobre dni w Hadesie. W niektórych słowach zamieściła swoją tęsknotę za światem, w którym wcześniej żyła jak i za wolnością.Mimo że była boginią zemsty i sprawiedliwości, nadal miała w sobie ludzkie uczucia. Czasem jej wpisy były przepełnione gniewem i goryczą, to wciąż wierzyła, że jak urodzi dziecko będzie wolna jak ptak, chociaż wiedziała, że ma obowiązek do wypełnienia. Obowiązek bycia matką na jaką Mordred - jej synek, zasługuje. Lecz to byłoby sprzeczne z jej naturą. Reszta wpisu była rozmazana. Nie napisała nic przez kilka lat, a potem wróciła do tej czynności. Nareszcie natrafiłam na coś ciekawego. Był to wpis, dotyczący Mordreda. Mówił on o jakimś porwaniu chłopca. Zdaje się, że Nemezis uratowała synka z rąk porywaczy, którzy handlowali żywym towarem.
Na myśl o takim czymś, chciało mi się płakać. O bogowie, co on przeszedł, a ja zachowałam się ja zołza. Żałuję, że wcześniej się tego nie dowiedziałam. Demeter mogła mi powiedzieć.
Przerwałam czytanie i rozmyślanie, bo ktoś zapukał do drzwi. Tą osobą była Liz. Przyniosła mi przepiękna suknię, którą miałam założyć dzisiejszego dnia. Przekazała mi również informacje, dotyczące śniadania. Nawet nie wiedziałam jak bardzo byłam głodna, dopóki nie zaburczało mi głośno w brzuchu. Szczęście, że Liz już wyszła.
-Byłby straszny wstyd, gdyby to usłyszała - pomyślałam. Tak więc zeszłam na dół na śniadanie.
Odbyło się ono w towarzystwie Hadesa i Liz. Mordreda nie było. Wcinałam ile wlezie, aż się nażarłam. Odeszłam od stołu i udałam się do bibliotek, którą wczoraj znalazłam.
Była bardzo wszechstronna i została wyposażona w ogromne zbiory ksiąg. Spędziłam w niej całe popołudnie i nie dostrzegłam upływu czasu, zbyt wciągnęła mnie literatura angielska. Nim się zorientowałam, Liz stała nade mną i prosiła bym przyszła na obiad.
Zasiedliśmy wszyscy do stołu, prócz Mordreda. Nie widziała go od tamtej pamiętnej nocy, gdy zachowałam się jak jędza. Na obiad były wykwintne żeberka w sosie. Deser był jeszcze lepszy, bo został przyrządzony tort czekoladowy z polewą o smaku toffi.
Po skończonym posiłku udałam się do mojego pokoju i ponownie zagłębiłam się w lekturze, którą wzięłam z biblioteki, bo tak bardzo kocham książki. Mimo, iż nie dokończyłam czytać wpisu w dzienniku i tak książka ląduje na pierwszym miejscu.
Otworzyłam pierwszą stronę dzienniczka i w oczy rzuciła mi się wielka plama po prawej stronie kartki. Tytuł pierwszej strony brzmiał: ,,Dziennik Nemezis". Przewróciłam kartkę i zaczęłam czytać. Pierwszy wpis dotyczył tego, jak bardzo cieszyła się z ciąży, ale można było zarazem wyczuć smutek w jej słowach. Nie wiedziałam, jak to jest czuć emocje tak sprzeczne ze sobą. Czytałam dalej. Opisywała swoje złe i dobre dni w Hadesie. W niektórych słowach zamieściła swoją tęsknotę za światem, w którym wcześniej żyła jak i za wolnością.Mimo że była boginią zemsty i sprawiedliwości, nadal miała w sobie ludzkie uczucia. Czasem jej wpisy były przepełnione gniewem i goryczą, to wciąż wierzyła, że jak urodzi dziecko będzie wolna jak ptak, chociaż wiedziała, że ma obowiązek do wypełnienia. Obowiązek bycia matką na jaką Mordred - jej synek, zasługuje. Lecz to byłoby sprzeczne z jej naturą. Reszta wpisu była rozmazana. Nie napisała nic przez kilka lat, a potem wróciła do tej czynności. Nareszcie natrafiłam na coś ciekawego. Był to wpis, dotyczący Mordreda. Mówił on o jakimś porwaniu chłopca. Zdaje się, że Nemezis uratowała synka z rąk porywaczy, którzy handlowali żywym towarem.
Na myśl o takim czymś, chciało mi się płakać. O bogowie, co on przeszedł, a ja zachowałam się ja zołza. Żałuję, że wcześniej się tego nie dowiedziałam. Demeter mogła mi powiedzieć.
Przerwałam czytanie i rozmyślanie, bo ktoś zapukał do drzwi. Tą osobą była Liz. Przyniosła mi przepiękna suknię, którą miałam założyć dzisiejszego dnia. Przekazała mi również informacje, dotyczące śniadania. Nawet nie wiedziałam jak bardzo byłam głodna, dopóki nie zaburczało mi głośno w brzuchu. Szczęście, że Liz już wyszła.
-Byłby straszny wstyd, gdyby to usłyszała - pomyślałam. Tak więc zeszłam na dół na śniadanie.
Odbyło się ono w towarzystwie Hadesa i Liz. Mordreda nie było. Wcinałam ile wlezie, aż się nażarłam. Odeszłam od stołu i udałam się do bibliotek, którą wczoraj znalazłam.
Była bardzo wszechstronna i została wyposażona w ogromne zbiory ksiąg. Spędziłam w niej całe popołudnie i nie dostrzegłam upływu czasu, zbyt wciągnęła mnie literatura angielska. Nim się zorientowałam, Liz stała nade mną i prosiła bym przyszła na obiad.
Zasiedliśmy wszyscy do stołu, prócz Mordreda. Nie widziała go od tamtej pamiętnej nocy, gdy zachowałam się jak jędza. Na obiad były wykwintne żeberka w sosie. Deser był jeszcze lepszy, bo został przyrządzony tort czekoladowy z polewą o smaku toffi.
Po skończonym posiłku udałam się do mojego pokoju i ponownie zagłębiłam się w lekturze, którą wzięłam z biblioteki, bo tak bardzo kocham książki. Mimo, iż nie dokończyłam czytać wpisu w dzienniku i tak książka ląduje na pierwszym miejscu.
Mordred
Następnego dnia wstałem niewyspany. Całą noc kołatałem się w łóżku, aż kołdra mi spadła. Zszedłem na śniadanie, ale było tak wcześnie, że w kuchni powitała mnie tylko kucharka i Cerber. Zjadłem śniadanie i wyruszyłem na Olimp do Imrego. Mimo iż nie popierałem tego, że chodzenie po ziemi jest bezpieczne,bardzo martwiłem się o mojego przyjaciela. Gdy dotarłem na Olimp było praktycznie tak samo jak dziś: zanim zdążyłem zapukać do drzwi Imre stał za mną:
- Dzień dobry Imre - powitałem go chłodno.
- Witaj Mordredzie, jak się dzisiaj miewasz? - Zapytał zatroskany.
- Daruj to sobie przyjacielu,musimy poważnie pogadać. Chodźmy do twojego pokoju by nikt nas nie usłyszał... - gdy chciałem otworzyć drzwi do jego pokoju, Imre szybko staną pomiędzy mną a drzwiami - Co do licha...
- Lepiej byś tam nie wchodził - zaczął. - Straszny tam bałagan no i wiesz..
- Nie kłam Imre, dobrze wiesz,że nie umiesz. - I otworzyłem drzwi. Pokój wyglądał na zadbany i czysty.Wszystko było na swoim miejscu. W końcu dostrzegłem powód, dla którego Imre nie chciał mnie wpuścić do środka. Na łóżku siedziała dziewczyna! Była niska o blond włosach zakrywających całe plecy. Oczy były koloru świeżej trawy, tak intensywnie zielone. Na sobie miała białą bluzkę, dżinsową kamizelkę i dżinsy. - Co to jest! - Wrzasnąłem na cały głos.
- Cicho Mordred! Błagam bądź cicho! - Prosił mnie mój przyjaciel. - To jest osoba, którą spotkałem na ziemi... - zaczął.
- Oj przyjacielu, nie ładnie tak okłamywać innych! - Robiłem mu wyrzuty i spoglądałem ukradkiem na istotę siedzącą na jego łóżku.
- To jest Nel. - Przedstawił mi ją Imre. - Ona jest całkiem nie groźna...
- Ale do jakiej rasy należy? Półbogowie? Nimfy? Nie wiem...Do niczego to niepodobne
- To człowiek - odpowiedział ze spuszczoną głową.
- CZŁOWIEK!!?? - Krew mnie jasna zalewała. Musiałem coś zjeść. Kątem oka zauważyłem tackę z owocami więc szybkim ruchem chwyciłem jabłko i się w nie wgryzłem. Jak się okazało to były sztuczne owoce. Twarz Imrego stała się czerwona, aż w końcu wybuchnął śmiechem, to samo uczyniła ta paskuda. Nie wytrzymałem i chwyciłem pierwszy lepszy przedmiot (na nieszczęście Imrego było to krzesło) i rzuciłem nim w mojego przyjaciela. Ten zrobił unik, a krzesło rozbiło się o ścianę. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, a ja rzuciłem się z pięściami na Imrego. Z jego twarzy tryskała krew, a tamta paskuda nie przestawała wrzeszczeć.W końcu Imre wrzasnął w niezrozumiałym dla mnie języku:
- Nel schowaj się pod łóżko i nie krzycz tak. - Dziewczyna posłuchała i się schowała.W tym momencie w drzwiach pokoju pojawił się mały tłumek. Syn Zeusa oraz jego krewniak syn Posejdona rozdzielili mnie od Imrego i wtedy odezwała się Emma jedna z córek Ateny (Atena miała bliźniaczki);
- Czy panicze mogliby wyjaśnić co tu się wyprawia? - Imre spojrzał na mnie błagalnie.- Mam dziś zły dzień - burknąłem
- No to czego przyłazisz na Olimp - zbulwersowała się druga z bliźniaczek-Tessa.
-Spacerowałem se i zaszedłem do mojego przyjaciela, od rana wszyscy mnie denerwowali... - nic więcej nie mogłem wymyślić.
- Mordredzie, synu Hadesa.Posłuchaj mnie uważnie, bo to moje ostatnie ostrzeżenie…- zaczęła pierwsza z bliźniaczek.
- Ech, znowu kazanie - przeleciało mi przez głowę.
- Jeszcze jeden taki wybryk, a nie będziesz mógł powracać na Olimp...- i tak dalej. Wszyscy zaczynali wychodzić z pokoju mojego przyjaciela. Spojrzałem na niego. W jego oczach był wyraz podziękowania i szacunku. Podszedłem do niego i szepnąłem do ucha:
- Przyjdź o północy do Hadesu. - Kiwną głową na znak, że się zgadza. Postanowiłem wrócić do domu, zanim informacja o mojej ,,bijatyce" dotrze do ojca...
Po stoczonej ,,bitwie" wróciłem do domu. Miałem nadzieję,że nie wyrządziłem Imremu zbytniej krzywdy. Mimo, iż mnie wnerwił to martwiłem się o mojego przyjaciela,no bo szczerze mówiąc nieźle go poturbowałem. Miałem zepsuty humor i wyrzuty sumienia. Zawsze gdy mi było źle zachodziłem do pokoju matki i po prostu wdychałem wieczny zapach jej perfum i wczuwałem się w atmosferę pokoju. Dzisiaj jak tam zaszedłem było trochę inaczej.Jakby ktoś obcy był tu wcześniej i zaburzył tą przyjemną atmosferę. Usiadłem na łożu mej matki i po prostu zacząłem krzyczeć (szczęście, że ściany były dźwiękoszczelne):
- Dlaczego mnie opuściłaś? Powiedz mi matko, dlaczego? - Byłem po prostu zdruzgotany. Ona była jedyną osobą, która mnie rozumiała, a teraz jej nie ma...
Po tym ,,uwolnieniu emocji" ogarnąłem się i zszedłem na obiad.
Jak się okazało na obiad przyszedłem za wcześnie. Kucharka posłusznie podała mi talerz ze ,,specjałem dnia", którym okazały się żeberka w sosie. Pochłonąłem całą zawartość talerza w krótkim czasie i znów wróciłem na Olimp, ale teraz nie zachodziłem do Imrego. Chciałem odwrócić myśli od gościa mojego przyjaciela więc wybrałem się do ,,mojej miłości".
Jak się okazało ktoś mnie wyprzedził...Był to nie kto inny jak syn Dionizosa - William.Miał ciemne włosy i brązowe oczy. Wyglądał na piętnastolatka .Rozmawiał z córką Afrodyty – Loren. Była to dziewczyna wysoka, zgrabna, o szarych oczach i pięknych jasno blond włosach.
- Witaj Loreno,jak się masz? - Zacząłem.
- Spadaj - prychnął William.
- Nie ciebie się pytałem - odarłem - Droga pani,czy zechciałabyś wybrać się jutro ze mną na kolację? - zaproponowałem.
- Och dziękuję ci, Mordredzie lecz William zaprosił mnie jutro na spacer. Więc może dzisiaj? -
- Niestety, dzisiejszy wieczór mam zajęty, noo wiesz, ktoś musi zająć się umarlakami - skłamałem,byłem świetny w tym (w przeciwieństwie do Imrego).
- Och Mordredzie, czy umarlaki są ważniejsze ode mnie? - Zapytała spontanicznie i z ironią, po czym odeszła w kierunku pokoju bliźniaczek Ateny.
- Och, jaka szkoda…Romeo ma ważniejsze sprawy na głowie…- odezwał się zaczepnie William.
- Ty mi kurduplu nie podskakuj – warknąłem. Chłopak był ode mnie niższy o głowę. - Loren to dla ciebie za wysokie progi...
- Zamilcz! - wykrzyknął. - Ona jest już moja! Odpuść sobie ją, jeśli chcesz nadal przebywać na Olimpie.
- Grozisz mi?! - Podniosłem głos. - Ty?Nędzny syn boga winnej latorośli masz czelność mi grozić?! - ryknąłem, aż William skulił się w sobie i zaczął się cofać w tył, aż uderzył plecami o ścianę. - A teraz posłuchaj mnie uważnie: jeżeli chcesz dalej żyć na Olimpie to mi młody nie podskakuj, bo masz do czynienia z Księciem Otchłani i momentalnie znajdzie się u mnie miejsce na kolejnego umarlaka… - najwyraźniej to podziałało,bo ten patałach zrobił maślane oczy lecz ja na takie sztuczki byłem niewrażliwy. - Hahaha myślisz, że weźmiesz mnie na litość? Chyba zapomniałeś,że moja matka była konsekwentna i nie miała NIGDY litości! Więc teraz na kolana i błagaj o wybaczenie - rozkazałem.
William miał opory i zapytał :
- Mordredzie, czemu tak bardzo zależy ci na Lorenie?
- A tobie? - Odpowiedziałem pytaniem.
- Noo jest ładna, mądra, miła no i w ogóle jest po prostu idealna…
- Ech, ale ty durny jesteś… - skarciłem go. - Chodzi o to czy chcesz być z nią na całe życie czy nie?
- N..na całe życie? - Przeraził się.- A..ale ja nie chce się z nią wiązać na całe życie! Musze odwołać ten spacer! Wygrałeś Mordredzie… - poddał się o odszedł, a natomiast ja triumfowałem.
Te ,,odwiedziny” były tak długie, aż się ciemno zrobiło. Powinienem wracać,no bo w końcu umówiłem się z Imre. Powoli rozpłynąłem się w czarnej mgle i wróciłem do domu.
Następnego dnia wstałem niewyspany. Całą noc kołatałem się w łóżku, aż kołdra mi spadła. Zszedłem na śniadanie, ale było tak wcześnie, że w kuchni powitała mnie tylko kucharka i Cerber. Zjadłem śniadanie i wyruszyłem na Olimp do Imrego. Mimo iż nie popierałem tego, że chodzenie po ziemi jest bezpieczne,bardzo martwiłem się o mojego przyjaciela. Gdy dotarłem na Olimp było praktycznie tak samo jak dziś: zanim zdążyłem zapukać do drzwi Imre stał za mną:
- Dzień dobry Imre - powitałem go chłodno.
- Witaj Mordredzie, jak się dzisiaj miewasz? - Zapytał zatroskany.
- Daruj to sobie przyjacielu,musimy poważnie pogadać. Chodźmy do twojego pokoju by nikt nas nie usłyszał... - gdy chciałem otworzyć drzwi do jego pokoju, Imre szybko staną pomiędzy mną a drzwiami - Co do licha...
- Lepiej byś tam nie wchodził - zaczął. - Straszny tam bałagan no i wiesz..
- Nie kłam Imre, dobrze wiesz,że nie umiesz. - I otworzyłem drzwi. Pokój wyglądał na zadbany i czysty.Wszystko było na swoim miejscu. W końcu dostrzegłem powód, dla którego Imre nie chciał mnie wpuścić do środka. Na łóżku siedziała dziewczyna! Była niska o blond włosach zakrywających całe plecy. Oczy były koloru świeżej trawy, tak intensywnie zielone. Na sobie miała białą bluzkę, dżinsową kamizelkę i dżinsy. - Co to jest! - Wrzasnąłem na cały głos.
- Cicho Mordred! Błagam bądź cicho! - Prosił mnie mój przyjaciel. - To jest osoba, którą spotkałem na ziemi... - zaczął.
- Oj przyjacielu, nie ładnie tak okłamywać innych! - Robiłem mu wyrzuty i spoglądałem ukradkiem na istotę siedzącą na jego łóżku.
- To jest Nel. - Przedstawił mi ją Imre. - Ona jest całkiem nie groźna...
- Ale do jakiej rasy należy? Półbogowie? Nimfy? Nie wiem...Do niczego to niepodobne
- To człowiek - odpowiedział ze spuszczoną głową.
- CZŁOWIEK!!?? - Krew mnie jasna zalewała. Musiałem coś zjeść. Kątem oka zauważyłem tackę z owocami więc szybkim ruchem chwyciłem jabłko i się w nie wgryzłem. Jak się okazało to były sztuczne owoce. Twarz Imrego stała się czerwona, aż w końcu wybuchnął śmiechem, to samo uczyniła ta paskuda. Nie wytrzymałem i chwyciłem pierwszy lepszy przedmiot (na nieszczęście Imrego było to krzesło) i rzuciłem nim w mojego przyjaciela. Ten zrobił unik, a krzesło rozbiło się o ścianę. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, a ja rzuciłem się z pięściami na Imrego. Z jego twarzy tryskała krew, a tamta paskuda nie przestawała wrzeszczeć.W końcu Imre wrzasnął w niezrozumiałym dla mnie języku:
- Nel schowaj się pod łóżko i nie krzycz tak. - Dziewczyna posłuchała i się schowała.W tym momencie w drzwiach pokoju pojawił się mały tłumek. Syn Zeusa oraz jego krewniak syn Posejdona rozdzielili mnie od Imrego i wtedy odezwała się Emma jedna z córek Ateny (Atena miała bliźniaczki);
- Czy panicze mogliby wyjaśnić co tu się wyprawia? - Imre spojrzał na mnie błagalnie.- Mam dziś zły dzień - burknąłem
- No to czego przyłazisz na Olimp - zbulwersowała się druga z bliźniaczek-Tessa.
-Spacerowałem se i zaszedłem do mojego przyjaciela, od rana wszyscy mnie denerwowali... - nic więcej nie mogłem wymyślić.
- Mordredzie, synu Hadesa.Posłuchaj mnie uważnie, bo to moje ostatnie ostrzeżenie…- zaczęła pierwsza z bliźniaczek.
- Ech, znowu kazanie - przeleciało mi przez głowę.
- Jeszcze jeden taki wybryk, a nie będziesz mógł powracać na Olimp...- i tak dalej. Wszyscy zaczynali wychodzić z pokoju mojego przyjaciela. Spojrzałem na niego. W jego oczach był wyraz podziękowania i szacunku. Podszedłem do niego i szepnąłem do ucha:
- Przyjdź o północy do Hadesu. - Kiwną głową na znak, że się zgadza. Postanowiłem wrócić do domu, zanim informacja o mojej ,,bijatyce" dotrze do ojca...
Po stoczonej ,,bitwie" wróciłem do domu. Miałem nadzieję,że nie wyrządziłem Imremu zbytniej krzywdy. Mimo, iż mnie wnerwił to martwiłem się o mojego przyjaciela,no bo szczerze mówiąc nieźle go poturbowałem. Miałem zepsuty humor i wyrzuty sumienia. Zawsze gdy mi było źle zachodziłem do pokoju matki i po prostu wdychałem wieczny zapach jej perfum i wczuwałem się w atmosferę pokoju. Dzisiaj jak tam zaszedłem było trochę inaczej.Jakby ktoś obcy był tu wcześniej i zaburzył tą przyjemną atmosferę. Usiadłem na łożu mej matki i po prostu zacząłem krzyczeć (szczęście, że ściany były dźwiękoszczelne):
- Dlaczego mnie opuściłaś? Powiedz mi matko, dlaczego? - Byłem po prostu zdruzgotany. Ona była jedyną osobą, która mnie rozumiała, a teraz jej nie ma...
Po tym ,,uwolnieniu emocji" ogarnąłem się i zszedłem na obiad.
Jak się okazało na obiad przyszedłem za wcześnie. Kucharka posłusznie podała mi talerz ze ,,specjałem dnia", którym okazały się żeberka w sosie. Pochłonąłem całą zawartość talerza w krótkim czasie i znów wróciłem na Olimp, ale teraz nie zachodziłem do Imrego. Chciałem odwrócić myśli od gościa mojego przyjaciela więc wybrałem się do ,,mojej miłości".
Jak się okazało ktoś mnie wyprzedził...Był to nie kto inny jak syn Dionizosa - William.Miał ciemne włosy i brązowe oczy. Wyglądał na piętnastolatka .Rozmawiał z córką Afrodyty – Loren. Była to dziewczyna wysoka, zgrabna, o szarych oczach i pięknych jasno blond włosach.
- Witaj Loreno,jak się masz? - Zacząłem.
- Spadaj - prychnął William.
- Nie ciebie się pytałem - odarłem - Droga pani,czy zechciałabyś wybrać się jutro ze mną na kolację? - zaproponowałem.
- Och dziękuję ci, Mordredzie lecz William zaprosił mnie jutro na spacer. Więc może dzisiaj? -
- Niestety, dzisiejszy wieczór mam zajęty, noo wiesz, ktoś musi zająć się umarlakami - skłamałem,byłem świetny w tym (w przeciwieństwie do Imrego).
- Och Mordredzie, czy umarlaki są ważniejsze ode mnie? - Zapytała spontanicznie i z ironią, po czym odeszła w kierunku pokoju bliźniaczek Ateny.
- Och, jaka szkoda…Romeo ma ważniejsze sprawy na głowie…- odezwał się zaczepnie William.
- Ty mi kurduplu nie podskakuj – warknąłem. Chłopak był ode mnie niższy o głowę. - Loren to dla ciebie za wysokie progi...
- Zamilcz! - wykrzyknął. - Ona jest już moja! Odpuść sobie ją, jeśli chcesz nadal przebywać na Olimpie.
- Grozisz mi?! - Podniosłem głos. - Ty?Nędzny syn boga winnej latorośli masz czelność mi grozić?! - ryknąłem, aż William skulił się w sobie i zaczął się cofać w tył, aż uderzył plecami o ścianę. - A teraz posłuchaj mnie uważnie: jeżeli chcesz dalej żyć na Olimpie to mi młody nie podskakuj, bo masz do czynienia z Księciem Otchłani i momentalnie znajdzie się u mnie miejsce na kolejnego umarlaka… - najwyraźniej to podziałało,bo ten patałach zrobił maślane oczy lecz ja na takie sztuczki byłem niewrażliwy. - Hahaha myślisz, że weźmiesz mnie na litość? Chyba zapomniałeś,że moja matka była konsekwentna i nie miała NIGDY litości! Więc teraz na kolana i błagaj o wybaczenie - rozkazałem.
William miał opory i zapytał :
- Mordredzie, czemu tak bardzo zależy ci na Lorenie?
- A tobie? - Odpowiedziałem pytaniem.
- Noo jest ładna, mądra, miła no i w ogóle jest po prostu idealna…
- Ech, ale ty durny jesteś… - skarciłem go. - Chodzi o to czy chcesz być z nią na całe życie czy nie?
- N..na całe życie? - Przeraził się.- A..ale ja nie chce się z nią wiązać na całe życie! Musze odwołać ten spacer! Wygrałeś Mordredzie… - poddał się o odszedł, a natomiast ja triumfowałem.
Te ,,odwiedziny” były tak długie, aż się ciemno zrobiło. Powinienem wracać,no bo w końcu umówiłem się z Imre. Powoli rozpłynąłem się w czarnej mgle i wróciłem do domu.
Mordred i Lena
W końcu pojawiłem się w domu. Była już dwudziesta trzecia trzydzieści. Ech znowu mnie kolacja ominęła, ale trudno, przyzwyczaiłem się do odgrzewanego jedzenia. Wyjąłem mój talerz z lodówki i raczyłem się poczęstować tortem czekoladowym z polewą toffi. O Zeusie jak ja kocham czekoladę i toffi. Starałem się jeść ten rarytas jak najwolniej, ale nim poczułem smak czekolady w ustach tortu już nie było. Zrezygnowany zacząłem niespokojnie chodzić pod drzwiami i wyczekiwać północy. Nagle na schodach usłyszałem lekkie kroki. Spojrzałem w ich kierunku i dostrzegłem Persefonę. Stała i wpatrywała się we mnie z dziwnym wyrazem twarz, jakby współczującym.
- Hej - zagadnąłem. - Co tam młoda?
- Chciałam cie przeprosić za wczoraj. Naprawdę źle się zachowałam, tak więc przepraszam - te słowa wyszły z moich ust z trudem, ale nie odczuwałam już poczucia winy.
- Eeem...- byłem zdziwiony. Czy Persefona mnie właśnie przeprosiła!? Przecież to nie możliwe! - Noo nic się niee stało. - Odparłem zbity z tropu po czym powiedziałem coś,czego nigdy bym do niej nie powiedział. - Ja również powinienem cie przeprosić...
- Proponuje zapomnieć o wczorajszym wydarzeniu i żyć dalej. To jak, zgoda? - Mówiąc takie rzeczy czułam, że to wbrew naturze Persefony, ale przecież miałam zmienić dawną Persefonę.
- Nooo... - wahałem się. - OK. - Uważałem, że powinienem jej wybaczyć. - No to co tu robisz o tak późnej porze?- Zagadałem.
- No, yyy, nie dałam rady spać więc wybrałam się na małą przechadzkę. A ty co tu robisz?
- Ja nie dawano wróciłem z Olimpu i raczyłem się poczęstować tortem z lodówki... Ponadto czekam na kogoś. - Niebawem miała wybić północ i chciałem już zakończyć rozmowę z moją kuzynką
- Tak więc lepiej sobie pójdę, bo czuje się w tej chwili tutaj niechciana, ale nie wydaje ci się ani trochę dziwne zapraszanie kogoś o północy?
- Muszę poważnie porozmawiać z moim przyjacielem... - Nie wiedziałem co dalej powiedzieć. - A w dzień był dosyć za... - Nie dokończyłem bo usłyszałem za drzwiami frontowymi głosy. Zaraz,zaraz...Głosy?! Tak,były to dwa głosy: męski i żeński. Męski na sto procent należał do Imrego a ten żeński? Nie mogłem go zidentyfikować.
- Chyba twój przyjaciel właśnie przybył i przyprowadził ze sobą jeszcze kogoś - usłyszałam głosy tak dobrze jak on, mimo że byłam na wyższym piętrze. Byłam ciekawa, kim że są te dwie osóbki.
- Poczekaj tutaj - zaproponowałem - za chwile wrócę- i opuściłem ją,lecz nie na długo, bo gdy otworzyłem drzwi do środka wleciał Imre z tą paskudą. - Imre! - wrzasnąłem.- Co ty przyprowadziłeś do Hadesu!? Przecież tego nawet piekło nie weźmie! -zbulwersowałem się, no bo po co mi ta maszkara w moim domu...
- Mordred, ja wiem,że nie powinienem przyprowadzać Nel tutaj, ale ona nie mogła zostać u mnie w pokoju - próbował nade mną zapanować.
- No dobra,skoro jest tutaj nie mała grupka zarządzam,byśmy przeszli do biblioteczki.
- Hej - zagadnąłem. - Co tam młoda?
- Chciałam cie przeprosić za wczoraj. Naprawdę źle się zachowałam, tak więc przepraszam - te słowa wyszły z moich ust z trudem, ale nie odczuwałam już poczucia winy.
- Eeem...- byłem zdziwiony. Czy Persefona mnie właśnie przeprosiła!? Przecież to nie możliwe! - Noo nic się niee stało. - Odparłem zbity z tropu po czym powiedziałem coś,czego nigdy bym do niej nie powiedział. - Ja również powinienem cie przeprosić...
- Proponuje zapomnieć o wczorajszym wydarzeniu i żyć dalej. To jak, zgoda? - Mówiąc takie rzeczy czułam, że to wbrew naturze Persefony, ale przecież miałam zmienić dawną Persefonę.
- Nooo... - wahałem się. - OK. - Uważałem, że powinienem jej wybaczyć. - No to co tu robisz o tak późnej porze?- Zagadałem.
- No, yyy, nie dałam rady spać więc wybrałam się na małą przechadzkę. A ty co tu robisz?
- Ja nie dawano wróciłem z Olimpu i raczyłem się poczęstować tortem z lodówki... Ponadto czekam na kogoś. - Niebawem miała wybić północ i chciałem już zakończyć rozmowę z moją kuzynką
- Tak więc lepiej sobie pójdę, bo czuje się w tej chwili tutaj niechciana, ale nie wydaje ci się ani trochę dziwne zapraszanie kogoś o północy?
- Muszę poważnie porozmawiać z moim przyjacielem... - Nie wiedziałem co dalej powiedzieć. - A w dzień był dosyć za... - Nie dokończyłem bo usłyszałem za drzwiami frontowymi głosy. Zaraz,zaraz...Głosy?! Tak,były to dwa głosy: męski i żeński. Męski na sto procent należał do Imrego a ten żeński? Nie mogłem go zidentyfikować.
- Chyba twój przyjaciel właśnie przybył i przyprowadził ze sobą jeszcze kogoś - usłyszałam głosy tak dobrze jak on, mimo że byłam na wyższym piętrze. Byłam ciekawa, kim że są te dwie osóbki.
- Poczekaj tutaj - zaproponowałem - za chwile wrócę- i opuściłem ją,lecz nie na długo, bo gdy otworzyłem drzwi do środka wleciał Imre z tą paskudą. - Imre! - wrzasnąłem.- Co ty przyprowadziłeś do Hadesu!? Przecież tego nawet piekło nie weźmie! -zbulwersowałem się, no bo po co mi ta maszkara w moim domu...
- Mordred, ja wiem,że nie powinienem przyprowadzać Nel tutaj, ale ona nie mogła zostać u mnie w pokoju - próbował nade mną zapanować.
- No dobra,skoro jest tutaj nie mała grupka zarządzam,byśmy przeszli do biblioteczki.
***
Szliśmy po ogromnych schodach, a następnie zawitaliśmy do mojego ulubionego miejsca w zamku - biblioteki. Usiedliśmy tam na ogromnej kanapie, ja koło Mordreda, a dziewczyna z chłopakiem koło siebie.
- No cóż, może lepiej jak się wszyscy zapoznamy -zaproponowałem z przekąsem spoglądając na Imrego.
- Ach tak. Moi drodzy to jest Nel, moja przyjaciółka - dziewczyna siedziała milcząca,co rzucało się w oczy,aż nie wytrzymałem.
- Dlaczego ona nic nie mówi? - Zapytałem.
- Bo ona nie umie mówić po grecku... - mruknął Imre.
- To gdzie ty do cholery byłeś?
- No na ziemi..
- W jakim kraju?
- W Polsce...
Ty bencwale, co ci w Grecji nie pasowało?! Klimat?!
Nie mogłam wytrzymać tych ich wrzasków, w sumie nie tylko ja, bo Nel wyglądała na przerażoną. Postanowiłam interweniować.
- Chłopcy, uspokójcie się - powiedziałam łagodnie by nie wystraszyć bardziej dziewczyny - ja z nią pogadam. Świetnie znam język, którym ona się posługuje - zaproponowałam.
- A niby skąd ty możesz znać polski?! - Zapytałem. - Tylko Imre umie mówić wszystkimi językami świata, skoro jest synem Hermesa co nie? - I popatrzyłem na Imrego.
- O...oczywiście, że tylko ja i mój ojciec znamy wszystkie języki świata... - chłopak był jak zawsze skromny co zawsze mnie tak denerwowało w nim.
- No dobra, teraz nasuwa mi się pytanie: po co ją tutaj zabrałeś? - Zapytałem z podejrzliwą minął. Imre miał mi już odpowiedzieć, gdy nagle Persefona poruszyła się niespokojnie.
- Lepsze byłoby pytanie kto idzie w ta stronę, drogi kuzynie, a polskiego nauczyłam się na małych wakacjach - uśmiechnęłam się w duchu. Wiedziałam, że wkurzy się odrobinę za to, co powiedziałam, ale powinien być bardziej uprzejmy dla Nel. Była taka jak ja w swojej prawdziwej formie. Nie mogłam zostawić jej na lodzie.
- Wszyscy cicho! - Zarządziłem półszeptem. - Schowajcie się gdzie popadnie, to mój ojciec! - Po wypowiedzeniu tych słów szybko schowałem się za jednym z regałów, Imre z dziewczyną ukryli się za wysoką zasłoną, która był od podłogi, aż do sufitu, jednak nie wiedziałem jaką kryjówkę sobie wybrała Persefona, miałem jednak nadzieję, że dobrze się ukryła.W ostatnim praktycznie momencie się schowaliśmy, bo niedługo potem drzwi do biblioteki otworzyły się otworem, a w nich stanął mój ojciec, rozglądał się po całym pokoju jakby czegoś szukał.Niestety zaczął szukać czegoś w regale, za którym się ukryłem.
- Wuju, co ty tutaj robisz? - Wyskoczyłam nagle ze swojej kryjówki, by uratować tyłek Mordreda.
- Persefono, nie strasz mnie. Rozglądałem się za jakimiś dokumentami, które przysłali dzisiaj z Olimpu. Z resztą mógłbym zapytać cię o to samo. Więc czekam na odpowiedź?
- Zaczytałam się. Masz tu całkiem imponującą kolekcję więc postanowiłam zdobyć trochę wiedzy - próbowałam się uśmiechnąć, ale zbytnio mi to nie wychodziło.
- Aha - przymrużył oczy - lepiej idź już spać, bo jest naprawdę późna pora.
- Dobrze. Dobranoc. - Rzuciłam słowa przez plecy i wyszłam.
Persefona wyszła natomiast mój ojciec nadal został.
- Już po mnie - pomyślałem. No bo przysłali mu wiadomość o mojej bójce. O bogowie miejcie mnie w opiece...Porozglądał się jeszcze chwilę i wyszedł. Imre i Nel wszyli zza zasłony, ale ja miałem problem z dokonaniem tego. Regał, za którym się ukryłem nie był zbyt stabilny i przechylił się w moją stronę przyciskając moją lewą nogą do ściany.
-Wyłaź Mordred, twój ojciec już poszedł -zarządził Imre.
- Kiedy ja nie mogę wyjąć nogi - jęknąłem.
- No nie gadaj - w jego głosie słychać było rozbawienie. - Sam nie dam rady przesunąć regału, muszę iść po pomoc...
-Tylko nie po ojca! - Zawyłem.
- Oczywiście, że nie po ojca, po Persefonę...
- Ale... - zastanowiłem się - no dobra niech będzie.
- No cóż, może lepiej jak się wszyscy zapoznamy -zaproponowałem z przekąsem spoglądając na Imrego.
- Ach tak. Moi drodzy to jest Nel, moja przyjaciółka - dziewczyna siedziała milcząca,co rzucało się w oczy,aż nie wytrzymałem.
- Dlaczego ona nic nie mówi? - Zapytałem.
- Bo ona nie umie mówić po grecku... - mruknął Imre.
- To gdzie ty do cholery byłeś?
- No na ziemi..
- W jakim kraju?
- W Polsce...
Ty bencwale, co ci w Grecji nie pasowało?! Klimat?!
Nie mogłam wytrzymać tych ich wrzasków, w sumie nie tylko ja, bo Nel wyglądała na przerażoną. Postanowiłam interweniować.
- Chłopcy, uspokójcie się - powiedziałam łagodnie by nie wystraszyć bardziej dziewczyny - ja z nią pogadam. Świetnie znam język, którym ona się posługuje - zaproponowałam.
- A niby skąd ty możesz znać polski?! - Zapytałem. - Tylko Imre umie mówić wszystkimi językami świata, skoro jest synem Hermesa co nie? - I popatrzyłem na Imrego.
- O...oczywiście, że tylko ja i mój ojciec znamy wszystkie języki świata... - chłopak był jak zawsze skromny co zawsze mnie tak denerwowało w nim.
- No dobra, teraz nasuwa mi się pytanie: po co ją tutaj zabrałeś? - Zapytałem z podejrzliwą minął. Imre miał mi już odpowiedzieć, gdy nagle Persefona poruszyła się niespokojnie.
- Lepsze byłoby pytanie kto idzie w ta stronę, drogi kuzynie, a polskiego nauczyłam się na małych wakacjach - uśmiechnęłam się w duchu. Wiedziałam, że wkurzy się odrobinę za to, co powiedziałam, ale powinien być bardziej uprzejmy dla Nel. Była taka jak ja w swojej prawdziwej formie. Nie mogłam zostawić jej na lodzie.
- Wszyscy cicho! - Zarządziłem półszeptem. - Schowajcie się gdzie popadnie, to mój ojciec! - Po wypowiedzeniu tych słów szybko schowałem się za jednym z regałów, Imre z dziewczyną ukryli się za wysoką zasłoną, która był od podłogi, aż do sufitu, jednak nie wiedziałem jaką kryjówkę sobie wybrała Persefona, miałem jednak nadzieję, że dobrze się ukryła.W ostatnim praktycznie momencie się schowaliśmy, bo niedługo potem drzwi do biblioteki otworzyły się otworem, a w nich stanął mój ojciec, rozglądał się po całym pokoju jakby czegoś szukał.Niestety zaczął szukać czegoś w regale, za którym się ukryłem.
- Wuju, co ty tutaj robisz? - Wyskoczyłam nagle ze swojej kryjówki, by uratować tyłek Mordreda.
- Persefono, nie strasz mnie. Rozglądałem się za jakimiś dokumentami, które przysłali dzisiaj z Olimpu. Z resztą mógłbym zapytać cię o to samo. Więc czekam na odpowiedź?
- Zaczytałam się. Masz tu całkiem imponującą kolekcję więc postanowiłam zdobyć trochę wiedzy - próbowałam się uśmiechnąć, ale zbytnio mi to nie wychodziło.
- Aha - przymrużył oczy - lepiej idź już spać, bo jest naprawdę późna pora.
- Dobrze. Dobranoc. - Rzuciłam słowa przez plecy i wyszłam.
Persefona wyszła natomiast mój ojciec nadal został.
- Już po mnie - pomyślałem. No bo przysłali mu wiadomość o mojej bójce. O bogowie miejcie mnie w opiece...Porozglądał się jeszcze chwilę i wyszedł. Imre i Nel wszyli zza zasłony, ale ja miałem problem z dokonaniem tego. Regał, za którym się ukryłem nie był zbyt stabilny i przechylił się w moją stronę przyciskając moją lewą nogą do ściany.
-Wyłaź Mordred, twój ojciec już poszedł -zarządził Imre.
- Kiedy ja nie mogę wyjąć nogi - jęknąłem.
- No nie gadaj - w jego głosie słychać było rozbawienie. - Sam nie dam rady przesunąć regału, muszę iść po pomoc...
-Tylko nie po ojca! - Zawyłem.
- Oczywiście, że nie po ojca, po Persefonę...
- Ale... - zastanowiłem się - no dobra niech będzie.
***
Ktoś zapukał do drzwi. Był to Imre, jeżeli dobrze pamiętałam imię.
- Dzięki za uratowanie nam tyłków, ale teraz mam do ciebie jedną prośbę.
- Jaką - zapytałam, zawsze byłam ciekawska.
- Mogłabyś mi pomóc osunąć regał w bibliotece, Mordred nie może wyjąć nogi, To jak?
- Dobra. Prowadź do tego regału - i uśmiechnęłam się. No bo jak być bogiem i nie mieć siły takiej, aby lekko przesunąć regał. Znów się trochę zaśmiałam i ruszyłam za Imre.
- Dzięki za uratowanie nam tyłków, ale teraz mam do ciebie jedną prośbę.
- Jaką - zapytałam, zawsze byłam ciekawska.
- Mogłabyś mi pomóc osunąć regał w bibliotece, Mordred nie może wyjąć nogi, To jak?
- Dobra. Prowadź do tego regału - i uśmiechnęłam się. No bo jak być bogiem i nie mieć siły takiej, aby lekko przesunąć regał. Znów się trochę zaśmiałam i ruszyłam za Imre.
***
Po chwili znaleźliśmy się w bibliotece. Rzeczywiście noga Mordreda utknęła. Gdy podeszłam bliżej, to Laluś zakręcił oczami i poddał się bez walki. Najwyraźniej chciał się wydostać jak najszybciej.
Pomogłam Imremu przesunąć regał, a Mordred nawet nic nie powiedział. Nie byłam zbyt silna lecz cieszyłam się, że mogłam mu choć trochę pomoc. Zawsze czułam się bezużyteczna i bezradna, teraz zmienia się to, tak samo jak ja się zmieniam.
Pomogłam Imremu przesunąć regał, a Mordred nawet nic nie powiedział. Nie byłam zbyt silna lecz cieszyłam się, że mogłam mu choć trochę pomoc. Zawsze czułam się bezużyteczna i bezradna, teraz zmienia się to, tak samo jak ja się zmieniam.
Mordred
Nie wiedziałem, czy mam się cieszyć czy płakać... No bo, jak syn Hadesa nie mógł wyciągnąć zaklinowanej nogi spod regału? Pod czas, gdy Imre poszedł szukać pokoju Persefony, ta mała paskuda (noo może jednak nie była taka brzydka, ale boginie są o wiele lepsze) usiadła niedaleko mnie i zaczęła się na mnie gapić:
- Czego się lampisz?! - Warknąłem. Przechyliła głowę na bok jakby nie rozumiała. - Ech, i tak się z tobą nie dogadam - westchnąłem.
Gdy skończyliśmy tę interesującą ,,rozmowę" przybiegł Imre z Persefoną. Razem udało się im przesunąć regał i uwolnić moją już spuchniętą nogę. Nie chciałem pokazywać się innym w tym stanie więc bez słowa szybko wyszedłem z pokoju prosto do łazienki kulejąc. Szukałem jakichś bandaży, czy czegoś ale nie znalazłem,więc poczłapałem do swojego pokoju, a za mną wszedł do niego Imre.
- Mordred, wszystko w porządku? - Zapytał się.
-Taa, dzięki - mruknąłem.
-Pokaż nogę - zaproponował. - Można powiedzieć,że znam się trochę na medycynie...
-Hahaha, ty się na medycynie znasz?! Ty, który sam potrzebujesz lekarza!? - Oburzyłem się.
- Ej no, nie obrażaj mnie, to że ty masz lęk przed zejściem na ziemię i ludźmi nie upoważnia cię do obrażanie mej osoby - jak zwykle przemawiał jak cholerny poeta.
- Wal się - mruknąłem.
- No cóż.Hmmm... Gdzie to u ciebie jest? - Po czym zaczął rozglądać się po moim pokoju. Nie znalazłszy tego czego szukał przeszedł do łazienki i przyniósł jakieś tabletki. - Łyknij kilka -zaproponował.
- Przecież to tabletki na sen! - zaprotestowałem,ale gdy napotkałem błagalny wzrok Imrego zażyłem dawkę, którą mi podał. Pociemniało mi w oczach i więcej już nie pamiętałem.
Nie wiedziałem, czy mam się cieszyć czy płakać... No bo, jak syn Hadesa nie mógł wyciągnąć zaklinowanej nogi spod regału? Pod czas, gdy Imre poszedł szukać pokoju Persefony, ta mała paskuda (noo może jednak nie była taka brzydka, ale boginie są o wiele lepsze) usiadła niedaleko mnie i zaczęła się na mnie gapić:
- Czego się lampisz?! - Warknąłem. Przechyliła głowę na bok jakby nie rozumiała. - Ech, i tak się z tobą nie dogadam - westchnąłem.
Gdy skończyliśmy tę interesującą ,,rozmowę" przybiegł Imre z Persefoną. Razem udało się im przesunąć regał i uwolnić moją już spuchniętą nogę. Nie chciałem pokazywać się innym w tym stanie więc bez słowa szybko wyszedłem z pokoju prosto do łazienki kulejąc. Szukałem jakichś bandaży, czy czegoś ale nie znalazłem,więc poczłapałem do swojego pokoju, a za mną wszedł do niego Imre.
- Mordred, wszystko w porządku? - Zapytał się.
-Taa, dzięki - mruknąłem.
-Pokaż nogę - zaproponował. - Można powiedzieć,że znam się trochę na medycynie...
-Hahaha, ty się na medycynie znasz?! Ty, który sam potrzebujesz lekarza!? - Oburzyłem się.
- Ej no, nie obrażaj mnie, to że ty masz lęk przed zejściem na ziemię i ludźmi nie upoważnia cię do obrażanie mej osoby - jak zwykle przemawiał jak cholerny poeta.
- Wal się - mruknąłem.
- No cóż.Hmmm... Gdzie to u ciebie jest? - Po czym zaczął rozglądać się po moim pokoju. Nie znalazłszy tego czego szukał przeszedł do łazienki i przyniósł jakieś tabletki. - Łyknij kilka -zaproponował.
- Przecież to tabletki na sen! - zaprotestowałem,ale gdy napotkałem błagalny wzrok Imrego zażyłem dawkę, którą mi podał. Pociemniało mi w oczach i więcej już nie pamiętałem.
Lena i Nel
Imre wyszedł za Mordredem i tyle go widzidziałyśmy, ja zostałam sama z Nel. Nie miałam bladego pojęcia co mogłybyśmy razem robić przez ten czas.
- Hej, nie bój się, nie jestem taka jak Mordred, więc ze mną możesz normalnie pogadać. - Próbowałam być jak najbardziej łagodna by się nie była znów tak przerażona jak wcześniej.
- N..no dobra - nie wiedziałam o czym mam rozmawiać z tą olśniewającą boginią choć miała rację, nie była taka jak Mordred, który był olśniewający tak jak ona.
- Naprawdę, możesz do mnie mówić jak do swojej znajomej, bo dziwnie się czuję jak tak się na mnie patrzysz. - Teraz to ona sama mnie przeraziła. Nie wiedziałam jak zbytnio rozmawiać z osobą w jej wieku, ale podjęłam się tego zadania więc próbowałam jakoś nawiązać z nią kontakt.
- E..em, noo to czego boginią jesteś, zapytałam-bo ja wiesz noo, chrześcijanką jestem i nie bardzo znam się na innych religiach. - Zaczęłam paplać bez ładu i składu jak jakaś idiotka.
- Jestem córką Zeusa i Demeter. Odziedziczyłam swoje moce po matce i tyle, po ojcu nic nie dostałam. Potrafię zwrócić do życia rośliny i ogólnie to jestem boginią urodzaju. Ja nie jestem zbyt ciekawą postacią, ale ty wręcz przeciwnie. Opowiedz mi coś o sobie.
- J...jak to, ja? - Zdziwiłam się. - J... ja wcale nie ma takiego ciekawego życia jak myślisz.
- Ale twoje życie jest mniej przewidywalne niż moje, ja zawsze wykonuje prawie takie same czynności, a przed tobą świat stoi otworem. - Naprawdę chciałam wiedzieć, co robi taka piękna dziewczyna na co dzień. Ja w moim prawdziwym świecie nie dorównuję jej urodą i dlatego moje życie tam było nudne i pozbawione kolorów.
- Może to i prawda - mruknęłam zastanawiając się.
- Bo to jest prawda. Moje jedyne ciekawe zajęcie to czytanie książek, a ty uczysz się codziennie czegoś nowego. Ja już nie mogę i tego właśnie ci zazdroszczę.
- Jakim cudem, przecież twoje życie to bajka, pomijając fakt, że teraz znajdujesz się w Hadesie. Ja, jakbym mogła wybierać gdzie i jak mam żyć, to właśnie chciałabym żyć jak ty. - Powiedziałam jej co myślę.
- Widzę, że się dogadamy. - Rzekłam tyle i razem przeszłyśmy do ciekawszych tematów.
Imre odprowadził Mordreda do jego pokoju i długo go nie było. Powoli zaczęłyśmy się zastanawiać, co oni tam wyprawiają. Oczekiwanie stawało się dłuższe i dłuższe, aż kończyły się nam tematy do rozmowy. Znalazłyśmy nić porozumienia i w ten sposób narodziła się przyjaźń. W końcu przysnęłyśmy na kanapie, a po Imre nie było znaku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz