Nareszcie wróciliśmy do domu. Byłem zmęczony tym wszystkim co się dziś działo, ale najważniejsze, że Persefona jest z dala od tych piranii. Przez całą zabawę coś tkwiło we mnie i nie dawało spokoju, to była chęć ochrony Per przed tymi łaszącymi się bogami. O jeny, co ja sobie myślę, prawie jej nie znam Persefona, a traktuje ją w myślach jak małą siostrzyczkę, którą trzeba uchronić przed całym światem.
Chciałem teraz tylko się położyć i pójść spać, a jutro zacząć nowy dzień bez tych wszystkich cholernych i dziwacznych myśli. Tak, to jest to, ale przed tym czeka mnie gorąca kąpiel, która ukoi nerwy. Wiem, że to sposób kobiet na takie rzeczy jak bycie wkurzonym, ale na mnie też ten sposób działa. Mam to po matce, chociaż nie jestem babą.
Wstałem dziś wcześnie rano, w sumie jak zawsze, bo nie dałem rady spać. Zszedłem do kuchni, ale tam nikogo nie było więc wziąłem żarcie i udałem się do jadalni. Na jednym z krzeseł siedziała Persefona i jadła śniadanie. Zdziwiłem się jej widokiem, gdyż ona nigdy nie była na nogach o tej porze.
- Dzień dobry, Persefono. - Zagadałem do niej.
- Oo, hej. Nie widziałam cię.
- Co tak wcześnie wstałaś? - Nie wiedziałem jak zacząć rozmowę, w sumie dziwiłem się, że wciąż miałem odwagę do niej zagadać.
- Nie mogłam spać i byłam strasznie głodna więc wstałam oraz poszłam do kuchni po jedzenie. - Odpowiedziała na me pytanie. Tego, że była głodna, mogłem się domyślić, bo jej talerz był pełen pokarmu. - A ty? Też nie mogłeś spać, czy zgłodniałeś?
- Czy muszę wybrać jedną z opcji? Jeśli tak, to nie mogłem spać, a jeśli nie, to obie.
- Spoko. - Odpowiedziała i na tym skończyła się nasza rozmowa, przynajmniej na jakiś czas, bo wzięła się za jedzenie. Ja zrobiłem to samo.
Jedliśmy przez dłuższy czas, nikt z nas się nie odezwał. Straciłem poczucie czasu jak i Per. Nie zjażyliśmy się, że przyszła pora na prawdziwe śniadanie. Ojciec przyszedł i usiadł na przeciw mnie. Kucharka zaczęła przynosić z kuchni pożywienie. Byłem już nażarty tak samo jak moja kuzynka lecz żadne z nas nie miało odwagi odejść od stołu. Hades zaczął jeść, a my siedzieliśmy jak skamieniali. W końcu zebrałem się w sobie i odważyłem się zapytać kuzynkę o jej plany na dziś.
- Persefono, czy masz coś zaplanowane na dziś dzień.
- Nie Mordredzie, nie zastanawiałam się jeszcze nad tym, co będę dzisiaj robiła.
- Pomyślałem, że może zabiorę cię na Pola Elizejskie, zobaczysz jak tam jest i w ogóle.
- To świetny pomysł - wtrącił się ojciec. - Zapoznasz się trochę z moim królestwem i swoimi poddanymi, przynajmniej z tą lepszą częścią mej krainy.
- Jeśli nie masz wuju żadnych przeciwskazań, to ja tym bardziej. To kiedy ruszamy - zapytała się mnie z nienacka.
- Wtedy kiedy będziesz miała na to ochotę, ja mam czas. - Chciałem się zachować jak najbardziej normalnie, ale nie wiedziałem czy się nie rozmyśli po tym moim niespotykanym stylu wysławiania się.
- Może od razu po skończonym śniadaniu - zaproponowała. - Chciałabym jak najszybciej się tam udać, jestem tym bardzo podekscytowana - i było to widać na jej twarzy, promiennej i uśmiechniętej.
Nel
Znów błądziłam tym samym korytarzem co wczoraj. Szukałam, aż wreszcie znalazłam pokój Imrego. Chłopak jeszcze spał. Postanowiłam go nie budzić i poszłam wziąć prysznic. Nawet nie zauważyłam, kiedy wszedł do łazienki, a gdy się zorientowałam instynktownie zasłoniłam się kotarą i wrzasnęłam.
- Och,wybacz! - Zaspany Imre szybko wycofał się do poprzedniego pomieszczenia. Natomiast ja dokończyłam kąpiel i ubrałam się w swoje codzienne ciuchy. Gdy wyszłam z łazienki, syn Hermesa czekał już na mnie ubrany, uczesany, aczkolwiek trochę zaspany.
- Gdzie ty wczoraj byłaś? - Zapytał łagodnie z troską w oczach.
- Byłam...- nie chciałam skłamać, a jednocześnie nie chciałam, by poczuł się urażony. - Znaczy się uciekałam, przed kimś kto mnie gonił i ukryłam się w szafie w jednym z pokoi ...
- Wiesz Nel... - zaczął - to ja cię wczoraj goniłem. - I spuścił głowę w dół.
- Wiesz Nel... - zaczął - to ja cię wczoraj goniłem. - I spuścił głowę w dół.
- Serio? - Zdziwiłam się. - Gdybym wiedziała to bym nie uciekała.
- Wiem, mogłem chociażby krzyknąć, byś się zatrzymała, ale myślałem, że cię dogonię - posmutniał.
Strasznie było mi szkoda Imrego więc się do niego powoli i delikatnie przytuliłam. Chyba się mu to spodobało, gdyż odwzajemnił mój uścisk. W jego ramionach czułam się bezpieczna. Staliśmy tak może z pięć minut, gdy do pokoju wkroczył Hermes we własnej osobie.
- A więc to tak Imre! - Zagrzmiał jego donośny głos. Chłopak szybko mnie puścił i schował za siebie, by ochraniać mą osobę.
- O co ci chodzi ojcze - zapytał nic nie rozumiejąc
- Posłuchaj mnie uważnie synu - zbliżył się do niego, a on się cofną o krok. Odwrócił lekko głowę w moją stronę i szepnął:
- Uciekaj - spojrzałam pytająco na niego, a on wzrokiem pokazał mi na drzwi. Od razu się poderwałam o biegu, a Imre usiłował zatrzymać swego ojca.
- Uciekaj - spojrzałam pytająco na niego, a on wzrokiem pokazał mi na drzwi. Od razu się poderwałam o biegu, a Imre usiłował zatrzymać swego ojca.
Biegłam korytarzem i mijałam wielu bogów. Nic dziwnego, gdyż zbliżała się pora śniadaniowa. Uciekałam na oślep, a za mną, dosyć daleko słychać było głos Hermesa, który wrzeszczał ,,Zatrzymaj się ludzka istoto!". Nie wiedziałam jak mnie poznał, miałam nadzieję, że Imre mi to wyjaśni. Biegłam przed siebie, aż w końcu się z kimś zderzyłam. Z dużą siłą uderzyłam w postać przede mną i padłam na plecy. Postać podeszła i podała mi rękę, chwyciłam ją i podniosłam się. Jak się okazało na moje nieszczęście wpadłam na Marco...
- Hej, myślałem, że cię trochę później spotkam. Nic ci nie jest - zapytał z troską w głosie.
- Eeem, nie, dzięki - obejrzałam się za siebie,zauważyłam Imrego i jego ojca. Obaj mężczyźni szarpali się na drugim końcu holu. Szybkim ruchem wyminęłam syna Zeusa i pobiegłam dalej, ale niestety, tamten zaczął za mną biec, aż w końcu mnie dogonił i chwycił mocno za rękę, aż jęknęłam.
- Wybacz - mruknął. - Chodź,pomogę ci się ukryć... - i pociągną mnie za sobą w kierunku wyjścia. Nie doganiałam go więc zrobił coś, czego bym się po nim nie spodziewała. Szybkim ruchem wziął mnie na ręce i biegł dalej. To były te same ręce co mi się dzisiaj śniły. Po czym to poznałam? Były tak anielsko ciepłe. Żeby nie spaść założyłam mu ręce na szyje i bardziej się w niego wtuliłam, na co on odpowiedział ciepłym uśmiechem. Było mi tak ciepło, że zasnęłam w jego ramionach.
Obudziłam się mniej więcej o zachodzie słońca. Leżałam na prowizorycznym łóżku z liści i jakichś szmatek w jaskini. Obok mnie znajdowało się wygasłe ognisko. Podniosłam się z mego ,,legowiska" i stanęłam przed jaskinią. Na przeciwko mnie znajdowało się otwarte morze albo ocean? Nie wiem, nieważne. Na brzegu siedział Marco, ale czegoś mu brakowało ... Koszuli! Teraz już wiem co to była za szmatka, którą byłam przykryta. Okazała się nią ta już nie śnieżnobiała koszula chłopaka. Usłyszał moje kroki i przemówił nie odrywając wzroku od zachodzącego słońca:
- I jak? Wyspałaś się?
- Chyba tak ... - nie byłam pewna.
- Jeśli masz ochotę to chodź usiądź. - Zaproponował i odwrócił twarz w moją stronę. Zaakceptowałam jego propozycje i usiadłam po jego lewej stronie. W zachodzącym słońcu na jego ciele rysował się pięknie rzeźbiony kaloryfer, a na rękach silne mięśnie. Nie mogłam od niego oderwać wzroku. Pierwszy raz widziałam takiego typu chłopaka. Z moich wzdychań wyrwał mnie jego głos:
- Wiesz Nel, ja już wczoraj wiedziałem, że nie jesteś stąd ... - zaczął. - Wokół ciebie panuje inna aura i w dodatku masz inny akcent.
- Wiesz Nel, ja już wczoraj wiedziałem, że nie jesteś stąd ... - zaczął. - Wokół ciebie panuje inna aura i w dodatku masz inny akcent.
- Czyli wszyscy wiedzieli kim jestem? - zapytałam wystraszona.
- Nie, tylko ja. I teraz prawdopodobnie Hermes - odparł.
- Całe szczęście... - odetchnęłam z ulgą.
- Dlatego poprosiłem cię do tańca - ciągnął. - Chciałem cię poznać, bo jeszcze nigdy nie spotkałem takiej dziewczyny - i tak jakoś ciągnęła się nasza rozmowa.
Lena
W mig znaleźliśmy się na Polach Elizejskich. Były naprawdę przecudowne. Znajdowały się tam topole i asfodele. Panowała tu wieczna wiosna i świeciło ''słonce". Rośliny wyglądały jak prawdziwe, nawet w dotyku dawały tę ułudę. Nie było widać nikogo, oprócz naszej dwójki nikt nie dawał oznaki życia. Pogłaskałam roślinę, tak bardzo za nimi tęskniłam, za przyrodą, za wszystkim co żywe.
Gdy ponowiłam tą czynność, zdawało mi się, że słyszę śmiech. I jeszcze raz. Myślę, że odnalazłam ducha, który kryje się w kwiecie. Nagle, jakaś rzecz o dziwnej konsystencji, wypłynęła z kielicha rośliny. Przybrała ona ludzką formę i uśmiechnęła się do mnie. Była to kobieta w moim wieku o brązowych włosach i piwnych oczach.
Po niej pojawiły się kolejne istoty. Bywały one młodsze, starsze i w tym samym wieku. Małe dzieci bawiły się razem, biegały i śmiały. Cieszyły się tym, co im zostało, czyli życiem po śmierci, które polegało na byciu szczęśliwym. Zazdrościłam im tego szczęścia.
- Witaj pani. Oczekiwaliśmy ciebie lecz nie wiedzieliśmy dokładnie, kiedy przybędziesz. - Zwróciła się do mnie dziewczyna. Głos miała łagodny, spokojny i przepełniony miłością. Od razu chciałam stać się jej przyjaciółką.
- Jak widzisz jestem i bardzo z tego powodu się cieszę. Jest mi również bardzo przykro, z powodu mojej długiej nieobecności tutaj.
- Nie ma potrzeby. Liczy się obecna chwila i to, że pani teraz z nami jest.
- Ah. Jesteś nazbyt wyrozumiała, chyba teraz wiem czemu trafiłaś tutaj, a nie do Erebu.
- Trafiłam tutaj z tego samego powodu co inni, pani.
- Rozumiem. Mam jedynie nadzieję, że więcej ludzi trafi tu po śmierci, że się zmienią i przejdą na dobrą stronę mocy.
- Czego my lady???
- Ah - zaklnęłam się w duszy - chodzi o to, że zmienią swe usposobienie i przejdą na stronę dobra i tyle.
- Ahaa. Teraz juz rozumiem. Dziękuję ci pani, za wyjaśnienie mi tego wyrażenia.
- Nie ma za co, ale nie mów na mnie pani, po prostu Persefona.
- Oh. No dobrze, jeśli tego sobie życzysz, to oczywiście się zgadzam. Właściwe będzie wyjawienie tobie mego imienia. Nazywam się Iris.
- Miło mi. Proponuję żebyśmy zostały przyjaciółkami - byłam bardzo uparta, tak jak zawsze gdy dąże do wyznaczonego celu.
Zaczęłyśmy gawędzić jak prawdziwe przyjaciółki znające się od lat. Naprawdę dobrze się z nią gadało i okazało się, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Ciężko było uwierzyć, że w takim miejscu, kryją sie na prawde ciekawe osobowości. Godziny mijały na potulnej rozmowie. Nikt nie zauważył, że nadszedł już zachód słońca i że powinnismy się powoli zbierać. Nawet mój brzuch o tym wiedział. Nie wiem jak, ale zupełnie zapomniałam o obecności Mordreda. Gdy się obejrzałam leżał, w sumie to drzemał na łące. Wyglądał naprawdę uroczo. Mogłabym na niego tak patrzeć godzinami lecz miałam świadomość tego, że to nie może się zdarzyć, gdyż umierałam z głodu.
Po chwili poruszył się i obudził. Wstał i strzepną ze swojej czarnej kurtki i dopasowanych spodni trawę. Wyglądał oszołamiająco ze zmierzwionymi lekko włosami. Byłam oniemiała tym widokiem.Nagle zerknął na mnie i otworzył usta ze zdziwenia nie wiedziałam czemu. W końcu ja odezwałam się nie licząc na to, że on coś powie.Lena
W mig znaleźliśmy się na Polach Elizejskich. Były naprawdę przecudowne. Znajdowały się tam topole i asfodele. Panowała tu wieczna wiosna i świeciło ''słonce". Rośliny wyglądały jak prawdziwe, nawet w dotyku dawały tę ułudę. Nie było widać nikogo, oprócz naszej dwójki nikt nie dawał oznaki życia. Pogłaskałam roślinę, tak bardzo za nimi tęskniłam, za przyrodą, za wszystkim co żywe.
Gdy ponowiłam tą czynność, zdawało mi się, że słyszę śmiech. I jeszcze raz. Myślę, że odnalazłam ducha, który kryje się w kwiecie. Nagle, jakaś rzecz o dziwnej konsystencji, wypłynęła z kielicha rośliny. Przybrała ona ludzką formę i uśmiechnęła się do mnie. Była to kobieta w moim wieku o brązowych włosach i piwnych oczach.
Po niej pojawiły się kolejne istoty. Bywały one młodsze, starsze i w tym samym wieku. Małe dzieci bawiły się razem, biegały i śmiały. Cieszyły się tym, co im zostało, czyli życiem po śmierci, które polegało na byciu szczęśliwym. Zazdrościłam im tego szczęścia.
- Witaj pani. Oczekiwaliśmy ciebie lecz nie wiedzieliśmy dokładnie, kiedy przybędziesz. - Zwróciła się do mnie dziewczyna. Głos miała łagodny, spokojny i przepełniony miłością. Od razu chciałam stać się jej przyjaciółką.
- Jak widzisz jestem i bardzo z tego powodu się cieszę. Jest mi również bardzo przykro, z powodu mojej długiej nieobecności tutaj.
- Nie ma potrzeby. Liczy się obecna chwila i to, że pani teraz z nami jest.
- Ah. Jesteś nazbyt wyrozumiała, chyba teraz wiem czemu trafiłaś tutaj, a nie do Erebu.
- Trafiłam tutaj z tego samego powodu co inni, pani.
- Rozumiem. Mam jedynie nadzieję, że więcej ludzi trafi tu po śmierci, że się zmienią i przejdą na dobrą stronę mocy.
- Czego my lady???
- Ah - zaklnęłam się w duszy - chodzi o to, że zmienią swe usposobienie i przejdą na stronę dobra i tyle.
- Ahaa. Teraz juz rozumiem. Dziękuję ci pani, za wyjaśnienie mi tego wyrażenia.
- Nie ma za co, ale nie mów na mnie pani, po prostu Persefona.
- Oh. No dobrze, jeśli tego sobie życzysz, to oczywiście się zgadzam. Właściwe będzie wyjawienie tobie mego imienia. Nazywam się Iris.
- Miło mi. Proponuję żebyśmy zostały przyjaciółkami - byłam bardzo uparta, tak jak zawsze gdy dąże do wyznaczonego celu.
Zaczęłyśmy gawędzić jak prawdziwe przyjaciółki znające się od lat. Naprawdę dobrze się z nią gadało i okazało się, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Ciężko było uwierzyć, że w takim miejscu, kryją sie na prawde ciekawe osobowości. Godziny mijały na potulnej rozmowie. Nikt nie zauważył, że nadszedł już zachód słońca i że powinnismy się powoli zbierać. Nawet mój brzuch o tym wiedział. Nie wiem jak, ale zupełnie zapomniałam o obecności Mordreda. Gdy się obejrzałam leżał, w sumie to drzemał na łące. Wyglądał naprawdę uroczo. Mogłabym na niego tak patrzeć godzinami lecz miałam świadomość tego, że to nie może się zdarzyć, gdyż umierałam z głodu.
- Możemy już wracać?- zapytałam - jestem zmęczona.
- Dobrze - zgodził się. I to by było na tyle, jeśli chodzi o naszą rozmowę. Wróciliśmy do zamku i rozeszliśmy się w dwa przeciwne kierunki- on do swojego pokoju, a ja do kuchni, jak wspominałam umierałam z głodu. Byłam bardzo szczęśliwa znaląwszy resztki z obiadu i pełna lodówkę. Zaczęłam wcinać co popadnie. Gdy już najadłam się do syta odeszłam od kuchennego stołu i ruszyłam do sypialni. Doszedłszy tam opadłam na łózko i momentalnie zasnęłam. Rzadko się to zdarzało, ale miło było zasnąć od razu po położenie się do łóżka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz